1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Miłość własna

Miłość własna

fot. 123rf
fot. 123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kochaj siebie - słyszymy to hasło, czytamy o nim, myślimy. Ale to nie wystarczy. Jak naprawdę dotknąć miłości własnej, żyć nią?

Sprawa jest poważna, bo bez miłości własnej nie doświadczymy jej w żadnej relacji ani nie obdarzymy nią nikogo. Jeśli nie kochamy siebie, nie przyjmiemy miłości bądź nie pojawi się ktoś, kto kocha. Kiedy szukamy miłości, którą chcemy dostać od innych ludzi, tak naprawdę nasza miłość szuka nas.

Skoro nie wiemy, nie czujemy jak to jest kochać siebie, możemy pokusić się o zdefiniowanie braku miłości do siebie.

W tych wszystkich przypadkach wstrzymujemy miłość do siebie, tym samym odmawiamy przyjęcia miłości, czujemy się bowiem jej niegodni. To wszystko rozgrywa się na poziomie uczuć, możemy to zracjonalizować, ubrać w zaprzeczające słowa, udawać że tego nie ma. Albo, żeby to ukryć, pobłażać sobie - czekoladkami, zakupami czy na przykład poczuciem wyższości. Jeśli brak miłości jest nieuświadomiony, jest niebezpieczny. Wokół nas pojawiają się wówczas ludzie, którzy nas nie kochają i nas krzywdzą. Są tacy wobec nas, jak my sami wobec siebie. Dzieje się to po to, żebyśmy odkryli tę „tajemnicę”.

Kochasz siebie? Żeby to sprawdzić, stań przed lustrem i patrząc sobie w oczy, powiedz - Kocham Cię.

Potrafisz to zrobić? Jakie uczucia towarzyszą twoim słowom? Jeśli nie umiesz wyznać sobie miłości, albo czujesz że coś w tym wyznaniu jest zafałszowane, zastanów się nad powstrzymywaniem miłości własnej? Jak to możliwe, że „mieszkasz” w swojej skórze bez miłości i współczucia dla siebie? Czy jesteś szczęśliwa, żyjąc w ten sposób? Chcesz być szczęśliwa? Chcesz doświadczyć miłości? Jakie myśli na swój temat potrzebujesz zmienić, żeby poczuć miłość do siebie? Co masz zrobić? Odpowiedzi na te pytania znasz tylko ty.

Samotne chwile - nie bój się ich - TUTAJ

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak zaopiekować się sobą? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Nie zawsze wiemy jak mądrze o siebie zadbać. Wiele zgubnych nawyków pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa. (fot. iStock)
Nie zawsze wiemy jak mądrze o siebie zadbać. Wiele zgubnych nawyków pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kupujemy modne buty, bierzemy kredyt na dom i zapisujemy dzieci na kolejne zajęcia dodatkowe. Ale czasu na rozmowy z przyjaciółmi nie mamy. Czy opiekujemy się sobą? Co to właściwie znaczy? I dlaczego tak niewielu z nas to potrafi – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, twórca metody budowania odporności na stres „8 razy O”.

Może opiekowanie się sobą jest trudne, bo chcielibyśmy, żeby w życiu było jak w piosence i żeby to ktoś inny zaopiekował się nami? Ale by cokolwiek z programu „8 razy O” sensownie zastosować w swoim życiu, trzeba opanować umiejętność opiekowania się sobą. Niestety, większość z nas ma do siebie stosunek niechętny, podejrzliwy, a nierzadko agresywny. Jesteśmy wobec samych siebie nadmiernie wymagający, stawiamy sobie bardzo wysoko poprzeczkę i wyznaczamy nierealistyczne zadania. A na dodatek jawnie sobie szkodzimy, wpadamy w różnorakie uzależnienia, udając przed sobą i przed światem, że czynimy tylko to, co chcemy i lubimy.

A chcemy napić się alkoholu codziennie wieczorem. Albo wypalić 40 papierosów dziennie. Zapominamy, że jeśli stracimy umiar, to, co najbardziej lubimy, może stać się naszym największym wrogiem. A coś, co uznaliśmy za najlepsze lekarstwo na stres i poczucie zagrożenia, może przynieść więcej cierpienia niż stres i zagrożenie. A więc opiekowanie się sobą nie jest sprawą prostą. Czasem wymaga gruntownej zmiany nawykowych postaw wobec siebie. Uczymy się bowiem opiekować sobą od tych, którzy zajmowali się nami, gdy najbardziej tej opieki wymagaliśmy. Jakość tej opieki, jej klimat i praktyczny kształt decydują o tym, w jaki sposób sami będziemy zajmować się sobą jako dorośli. Przejmujemy to tak, jakbyśmy przerzucali program z jednego komputera na drugi.

A więc jeśli nie byliśmy zadbani w dzieciństwie, będziemy mieli problemy z właściwym odżywianiem, przestrzeganiem godzin snu czy ćwiczeniami? Będziemy tkwili w złych nawykach i nie będziemy szukać alternatywy aż do chwili, gdy nasze zdrowie zostanie poważnie zagrożone. Doprowadzimy się na przykład do sytuacji wypalenia energetycznego. To brak tej wewnętrznej postawy, którą nazywamy zdolnością do opiekowania się sobą, jest najważniejszą przyczyną nasilającej się epidemii syndromu wypalenia.

Epidemii... – czyli niedbanie o siebie jest aż tak powszechne? Zaskakująco powszechne jest traktowanie swojego ciała i jego potrzeb jako czegoś nieważnego. Uważamy, że jesteśmy stworzeni do tzw. wyższych celów, a ciało to tylko kłopotliwy balast, który nam w tym przeszkadza. W efekcie traktujemy samych siebie przedmiotowo – nadużywamy naszego ciała. Ale opiekowania się sobą nie da się sprowadzić wyłącznie do dbania o kondycję fizyczną. Trzeba też pamiętać o umiejętności odmawiania innym, gdy usiłują przekroczyć granice naszej psychofizycznej wydolności. I zachować uważny stosunek do tych potrzeb i wartości, które wykraczają poza materialne powodzenie i poczucie bezpieczeństwa. Należy do nich również podtrzymywanie dobrych relacji z ważnymi, bliskimi nam emocjonalnie ludźmi. Wszystko to wymaga całkowicie innego ustawienia życiowych priorytetów. Ale aby to pomieścić i zrealizować w naszym zabieganym życiu, niezbędne jest zdrowe, silne i sprawne ciało.

Znam ludzi, u których poświęcanie czasu samemu sobie budzi złość. Od czego mogą zacząć naukę dbania o siebie? Od refleksji nad tym, czego w tym zakresie nauczono ich w dzieciństwie. Czyli w jaki sposób opiekowano się nimi. Najważniejszy jest stosunek wymagań do wsparcia i miłości. Każdy rodzic w wychowaniu uwzględnia te dwa aspekty, ale nasilenie zachowań autoagresywnych wskazuje, że większość dzieci, które w ostatnich latach weszły w dorosłe życie, została wychowana pod presją zbyt dużych oczekiwań. Dlatego też w dorosłym życiu wymagają od siebie zbyt wiele i nie potrafią dawać sami sobie wsparcia, miłości – czyli nie potrafią opiekować się sobą.

Dla rodziców podnoszenie dzieciom poprzeczki to często wyraz miłości. Nie ma nic złego w oczekiwaniu od dziecka, żeby się uczyło, rozwijało talenty. Ale nie powinniśmy wymagać za dużo ani poświęcać czasu, który można przeznaczyć na kontakt z dzieckiem, wyłącznie na przewożenie go z miejsca na miejsce na kolejne zajęcia dodatkowe. Nawet jeśli są tylko rekreacyjne, jak tenis czy gra na gitarze. Dziecko potrzebuje się ponudzić, bo tylko wtedy uruchamia swój twórczy potencjał. Rodzice nie tylko powinni dbać o jego wykształcenie, ale też bawić się z nim, wygłupiać, okazywać czułość i troskę. Warto się więc zastanowić, czy nasi rodzice przytulali nas, grali z nami w piłkę i gotowali budyń także wtedy, kiedy nie byliśmy chorzy?

 
A jeśli nie? To może znaczyć, że zostaliśmy tak ukształtowani, że będziemy od siebie wymagać zbyt wiele, stale wątpić, czy zrobiliśmy wystarczająco dużo, żeby zasłużyć na wypoczynek, na pochwałę, na miłość. Aby to zmienić, trzeba uświadomić sobie ten mechanizm i postanowić, że będziemy dla siebie lepszymi opiekunami niż nasi wcześniejsi opiekunowie. Że zaczniemy odmawiać, kiedy inni będą chcieli nam dołożyć zbyt wiele roboty. Że będziemy uwzględniać swoje ważne potrzeby, również potrzeby ducha, i że zajmiemy się w mądry sposób naszym ciałem. Że nie wszystko, w co się angażujemy, musi być podporządkowane jakiemuś celowi: posiadaniu, karierze, pozycji, że będziemy robić różne rzeczy dla nich samych, dla przyjemności, satysfakcji.

Przyjemnością, z jaką najczęściej mamy dziś do czynienia, są chyba zakupy. Moje koleżanki kupują ubrania, koledzy sprzęt elektroniczny. I zgodnie nazywają to opiekowaniem się sobą. Kupowanie jest formą opieki. Ale jeśli umiemy sprawiać sobie przyjemność wyłącznie zakupami, to prawdopodobnie w dzieciństwie prezenty były podstawową formą okazywania nam miłości. Rodzice nie mieli widocznie czasu ani pomysłu na nic innego. A jeśli okazujemy sobie troskę, przekarmiając się, to zapewne w dzieciństwie podstawową formą wyrażania miłości było karmienie.

Jak je zamienić na opiekowanie się sobą w zdrowy sposób? To nie będzie łatwe, przypomina wychodzenie z nałogu. Najpierw trzeba być na odwyku, ograniczyć kupowanie, zmienić dietę. A potem nauczyć się zaspokajać swoje potrzeby w zdrowy sposób, czyli dać sobie miłość. Trzeba zapomnieć o iluzji, która mówi, że miłość można kupić. Trzeba zatrzymać się, posiedzieć w ciszy, ponudzić się, nie szukać dodatkowej roboty. Powstrzymać się przed paniką. Jeśli nam się uda, wkrótce odnajdziemy to, co nam potrzebne. Przypomnimy sobie na przykład, że kiedyś lubiliśmy pływać, i wtedy będziemy mogli do tego wrócić.

A może wyjechać z miasta, rzucić pracę w korporacji? Katarzyna Grochola podobnie jak Małgorzata Kalicińska, autorka „Domu nad rozlewiskiem”, opisuje proces przemiany kobiety, która była korporacyjnym wojownikiem walczącym o dobra materialne, a potem nagle rzuciła wszystko, by wyjechać za miasto, palić ogień i chodzić boso po trawie. To życie skrajnościami – od ściany do ściany. Program „8 razy O” jest drogą środka. Nie ma powodu, aby rzucać pracę w korporacji, jeśli to nasza pasja, a nasze ambicje i talenty są tam realizowane. Rodzą się tylko pytania: jak godzić pracę z życiem poza nią? Jak dbać o siebie na co dzień?

Dlaczego warto zadbać o to, żeby dbać o siebie? Najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest refleksja pod koniec życia, że przystawiliśmy drabinę do złej ściany. Kontakt ze sobą, przychylna postawa wobec siebie, czas na uświadomienie sobie swoich potrzeb, frustracji i radości są niezbędne, żeby w porę drabinę przestawić. Czasem w życiu trzeba to zrobić wiele razy, bo zmieniają się nasze potrzeby i priorytety.

  1. Seks

Energia seksualna pomoże ci pokonać lęk

Energia seksualna to źródło mocy i siły. (fot. iStock)
Energia seksualna to źródło mocy i siły. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Kiedy jesteśmy zamknięci na energię seksualną, nie potrafimy kochać. Jeśli się na nią otworzymy, wypełni nas pierwotna siła, dzięki której będziemy mieli odwagę skonfrontować się z lękiem.

Kultura, w której żyjemy, sprzyja odbieraniu nam wewnętrznej siły płynącej właśnie z energii seksualnej. Postrzeganie ciała jako grzesznego, wpajanie przekonań zamykających na swobodne bycie w kontakcie seksualnym z drugą osobą, tłumienie emocji, takich jak złość czy smutek – przyczyniło się do rozwoju cywilizacji ludzi zalęknionych i zamkniętych w sobie, coraz częściej doświadczających poczucia bezsensu i zagubienia. Drogą do wyzwolenia jest otworzenie się na prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem.

Nazwij swoje ograniczenia

Seks ma swój początek w mózgu, dlatego nie dojdzie do stanu spełnienia, jeśli umysł na to nie zezwoli. Zatem pierwszym krokiem na drodze do wolności seksualnej jest przyjrzenie się naszym przekonaniom i temu, co dla nas jest wstydliwe, czyli tak naprawdę granicom, które przejęliśmy w spadku po rodzicach. Dobrze jest na nowo je nazwać i świadomie zracjonalizować, czyli zobaczyć, na ile są słuszne, aktualne, zdrowe i wspierające, a w jakim stopniu nas ograniczają i sprawiają, że życie traci blask – a my uznajemy to za coś naturalnego, szukając spełnienia na zewnątrz.

Zaakceptuj swoje lęki

Zawsze przyciągamy do siebie partnera, który odwzajemnia naszą gotowość do otwarcia się na seksualność. Jeśli masz zamknięte serce i spięte ciało, będziesz spotykała mężczyzn o podobnych problemach, często nieobecnych, odciętych od uczuć. Dlatego bardzo ważne jest zaakceptowanie siebie ze swoimi lękami i blokadami, z intencją otwarcia się – to drugi krok, który należy uczynić. Wyrażenie jasnej intencji – kierunku, w którym zmierzamy, spowoduje, że podświadomość otrzyma jasny komunikat. Wyjdźmy więc poza ramy aktualnych przekonań. Jeśli przeszłość dostarczyła nam wielu traum, jeśli miłość nas zraniła, nic dziwnego, że obawiamy się przyszłości. Jednak poprzez wyrażenie szczerego pragnienia doświadczenia prawdziwej bliskości, zamiast koncentrowania uwagi na poczuciu bycia ofiarą – sprawimy, że koleje losu powoli zaczną się zmieniać.

Przestań dążyć do ideału

Kiedy wkraczamy na drogę rozwoju osobistego, często dostrzegamy w sobie tyle niedoskonałości, że naprawiania siebie nie widać końca, tymczasem nie ma nic bardziej zamykającego na prawdziwą bliskość, jak maniakalna potrzeba udoskonalania siebie. Masz prawo odczuwać złość, masz prawo czuć się źle, masz prawo wyobrażać sobie, że jest wiele kobiet bardziej atrakcyjnych od ciebie. Usiądź spokojnie i obserwuj, jak powstają te ciągi myśli, jak dana teoria kiełkuje w świadomości i jak wpływa na twoje uczucia i wybory, bądź świadoma, że każde uczucie jest stwarzane przez myśl. Pozwól pojawić się emocji, pozwól na drżenie ciała. Otul się kocem i obserwuj.

Zacznij wyrażać uczucia

Co robi dziecko, kiedy jest przestraszone? Krzyczy, płacze. Co robią dorośli, kiedy się czegoś boją? Najczęściej udają, że nic nie czują. Jeśli udajesz, że się nie boisz, będziesz tak samo udawała, że jest ci dobrze – w konsekwencji stracisz odwagę do poszukiwania przyjemności dotyku i bliskiego kontaktu. Jeśli nie zdążysz przekształcić myśli we wspierające, i zawładnie tobą trudna emocja, przejdź do kroku czwartego, czyli do pozwolenia sobie na wyrażenie tego, co czujesz. Jeśli chce ci się płakać, to płacz naprawdę, jeśli czujesz złość, to znajdź sposób na szczere, ale bezpieczne dla otoczenia danie jej ujścia. Ten, kto poddał się takiemu doświadczeniu, wie, że na dnie każdej trudnej emocji czeka niespodzianka – pełne wyrażenie smutku sprawia, że możemy doświadczać czystej, niczym nieskrępowanej radości, a poddanie się złości jest kluczem do dzikiej, pozbawionej lęku seksualności, która otwiera serce na miłość.

Skieruj się ku ciału

Gdy zauważysz moment, w którym zaczynasz funkcjonować jak na automatycznym pilocie: jesteś spięta, boli cię głowa, zatrzymaj się i poszukaj spokojnego miejsca. Zacznij powoli oddychać, przypominając sobie miejsce i czas, w którym czułaś najgłębszy spokój. Teraz skieruj uwagę w stronę serca, potem połącz je z centrum twojej seksualności, czyli dolnymi partiami ciała, delikatnie oddychając. Uświadom sobie, że wszystko, co blokuje twoje ciało na swobodny przepływ energii, jest wynikiem twoich myśli. To spowoduje, że znowu się odprężysz i przestaniesz się wstydzić. Twoje ciało zaczyna żyć, a ty, bez względu na wiek, emanujesz kobiecością i seksualnością. Zadomowienie się w ciele jest podstawową zasadą atrakcyjności. Każdą komórką ciała czujesz, że żyjesz!

Dorota Hołówka: Prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

  1. Psychologia

Samoakceptacja. Nieważne, co inni o tobie myślą - ważne, co ty myślisz o sobie

Samoakceptacja to postawa pogodzenia się z życiem i ze sobą: znamy siebie, wiemy, na co nas stać, a na co nie. To wielka ulga, bo najwięcej energii tracimy na udawanie kogoś innego, lepszego. (Fot. iStock)
Samoakceptacja to postawa pogodzenia się z życiem i ze sobą: znamy siebie, wiemy, na co nas stać, a na co nie. To wielka ulga, bo najwięcej energii tracimy na udawanie kogoś innego, lepszego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kochać można się nauczyć. To podstawowy zasób, jaki mamy. Najlepsze, co możemy sobie dać, to miłość do siebie. Tylko co to naprawdę znaczy – wyjaśnia duńska terapeutka Anette Kannegaard.

Jest sformułowanie, które mnie niezmiernie irytuje: kochaj siebie. Ma to być lek na całe zło. Tylko co to właściwie znaczy? Można się nakłonić do miłości? To tak, jakby ktoś powiedział: „pokochaj tamtego blondyna...”. Gdy tak na to spojrzymy, oczywiście, nie można. Ale przecież nie o taką miłość chodzi. Jednak ma pani rację, nadużywamy tego określenia. A mało kto zadaje sobie trud wytłumaczenia, o co chodzi. Co nie zmienia faktu, że pracując nad sobą, dążymy właśnie do tego, by siebie pokochać.

Nie o taką miłość chodzi, czyli o jaką? Nie o romantyczne porywy, namiętność, uwielbienie. Ta mieszanka zarezerwowana jest dla partnera. Dlatego osobiście wolę zamiast „miłość” używać słowa „samoakceptacja”. Jest zdecydowanie bliższe temu, o co chodzi, i nie budzi takiego oporu. Poza tym samoakceptację można w sobie wypracować.

W jaki sposób? Trzeba przede wszystkim uświadomić sobie, czym owa samoakceptacja jest. To życzliwa uważność, przyjmowanie siebie takim, jakim jestem. Mam takie, a nie inne talenty, lubię to, a nie znoszę czegoś innego, nie potrafię tego czy tamtego, reaguję tak, a nie inaczej. Podstawowym ćwiczeniem budującym samoakceptację jest obserwacja siebie, wykształcenie w sobie postawy świadka, który widzi, jak jest, jak reaguję, co czuję w danej chwili, bez oceniania. Tak rozumiana miłość do siebie jest największym zasobem, jaki mamy.

Miłość kojarzy mi się z dodatnią temperaturą, nie z chłodnym oglądem. To właśnie sedno nieporozumienia. Ludzie często mówią mi: „Staram się pokochać swoje wady”. Co to znaczy? Uwielbiać to, że ciągle się spóźniam? To mogę jedynie zaakceptować, wraz z faktem, że chwilowo nie umiem lub nie chcę tego zmienić. Samoakceptacja to postawa pogodzenia się z życiem i ze sobą: znamy siebie, wiemy, na co nas stać, a na co nie. To wielka ulga! Najwięcej energii tracimy na udawanie kogoś innego, lepszego. Robimy to wszystko właśnie dlatego, że siebie nie akceptujemy. Mamy oczekiwania, jacy powinniśmy być, i próbujemy im sprostać. To nas usztywnia, boimy się, że inni nas odrzucą, gdy zobaczą naszą prawdziwą twarz. Samoakceptacja pozwala przestać się tym zajmować i zacząć wreszcie żyć. Sama przez to przeszłam. Kiedyś byłam wobec siebie bardzo surowa, wymagająca. Dunki w ogóle tak mają. Wychowują nas na perfekcjonistki. Staramy się być zawsze uprzejme, opanowane, nie okazujemy uczuć, radzimy sobie, nikogo sobą nie absorbujemy. Bardzo wysoko postawiona poprzeczka. Stąd moim zdaniem tyle przypadków depresji. W Danii to dziś prawdziwa epidemia. Większość moich klientów to ludzie z depresją.

Czy depresja bierze się z tego, że nie możemy sprostać wymaganiom? Często bierze się z braku miłości do siebie, z narzucania sobie wyśrubowanych norm i wypierania, duszenia w sobie uczuć, szczególnie złości. Sama pracuję z tym wzorem już wiele lat, ale dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że chyba wreszcie mi się udało. Łapię się na tym, że np. siedzę w samochodzie i czuję się ABSOLUTNIE szczęśliwa. Choć nic się nie dzieje. Doświadczam pogodzenia ze sobą. To daje poczucie wielkiej wolności. Nic nie muszę, mogę robić, co tylko zapragnę. Bo cokolwiek się wydarzy, mam siebie. Cieszę się, bo takie chwile świadomości zdarzają mi się coraz częściej. Są bardzo karmiące.

Ile zajęła pani praca nad tym? Wiele lat. Musiałam kompletnie zmienić swoje myślenie, wzorce zachowań. Ale wierzę, że każdy może to osiągnąć. Proponuję zacząć od prostego ćwiczenia: raz dziennie proszę zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytania: „Co teraz czuję? Co się ze mną dzieje?”. I po prostu stwierdzić fakt: „Jadę właśnie do pracy i jestem zadowolona. OK”. Albo: „Jestem teraz smutna. OK. Jestem zirytowana i podenerwowana. OK”.

Dobrze? Niedobrze? Widzę, że w Polsce również, nie tylko w Danii, niektóre uczucia są trudne do zaakceptowania. Powiedzmy, że czuje się pani smutna. Zauważa to pani. Jaka jest pani pierwsza reakcja?

Niepokój. Dlaczego mi smutno? Czy coś ze mną nie tak? Idealny przykład braku samoakceptacji. Smutek jest naturalną częścią życia. Zdarza się tak samo jak pochmurny dzień. Pani się go boi, więc pewnie go pani chowa, udaje zadowoloną, żeby nikt się nie domyślił, że pani jest smutna. Ale on nie znika. Nie można bezkarnie nie akceptować własnych uczuć, bo wówczas zatrzymujemy je w ciele. Dlatego praca nad samoakceptacją zwykle polega też na stopniowym uwalnianiu nagromadzonych uczuć. Kiedy ludzie zaczynają to robić, na przykład podczas sesji terapeutycznej, są zdumieni, ile tego w nich tkwi. Całe pokłady smutku, odrzucenia, złości, pogardy, zazdrości... Ciało przypomina naszą kronikę wypadków miłosnych. Wszystko jest w nim zapisane.

Gdy zaczynałam pracę ze sobą, myślałam: „O jakie uczucia w ciele chodzi? Przecież nic nie czuję...”. To typowe. Wiele osób żyje w stanie permanentnego zblokowania. Nic nie czują. To jest mechanizm obronny, wieloletnia ochrona przed bólem. Niedawno na warsztacie pewien mężczyzna zaczął płakać i nie mógł przestać. A potem powiedział: „Tak okropnie się czuję, czy to kara za to, że pracuję ze sobą? Myślałem, że jak tu przyjdę, poczuję się lepiej. Przecież przedtem nie było mi tak smutno, dawałem sobie radę”.

To, co mu się przytrafiło, jest normalne. Gdy się „zamrażamy”, nie docierają do nas bodźce z ciała ani uczucia. Spływa po nas. Łatwiej wtedy pozornie się żyje, bo nie ma tak wiele bólu, choć nie ma też radości. Umiera nam ktoś bliski, a my zaledwie kilka łez uronimy. Jesteśmy jak skała. Tylko potem nagle padamy na zawał. Gdy zaczynamy z tym pracować, powoli odkopujemy te uczucia. I czasem te wybuchy po latach bywają spektakularne. Ale przecież to, co z nas wychodzi, jest nasze własne. To nie kara za pracę nad sobą, tylko konsekwencja tych wszystkich lat zaniedbań. Zaczynamy czuć, co naprawdę się w nas dzieje. To trudny moment, warto mieć kogoś, kto nas w tym wesprze, bo wiele osób na tym etapie się zniechęca. Gdy już pozbędziemy się złogów emocjonalnych, pojawia się w nas przestrzeń na miłość, radość, szczęście. Dlatego uczyć się kochać w ogóle i kochać siebie w szczególności to znaczy świadomie budzić siebie i swoje ciało do czucia. Można to zrobić na wiele sposobów. Tańczyć, chodzić na masaże, ćwiczyć jogę, pracować z oddechem, z głosem...

Gdy myślę o bezwarunkowej akceptacji, przychodzi mi na myśl matka. Taka, której można wszystko opowiedzieć, a ona nie oceni, tylko wysłucha, przytuli. Dokładnie taką „matką” mamy się stać dla siebie.

Skąd wtedy brać impuls do zmiany? Boję się, że w takich akceptujących objęciach zalegnę i będę trwać w biernej akceptacji na przykład tego, że mi się nic nie chce. Po pierwsze, samoakceptacja nie jest samouwielbieniem. To częsty błąd. Po drugie, to umysł podpowiada nam taki czarny scenariusz. Jeśli pozwolę sobie być taka, jaka jestem, do niczego nie będę się zmuszała, to niczego nie osiągnę. Przeszłam przez to, więc wiem, że to nieprawda. Kiedy czujemy się bezgranicznie akceptowani, naturalnie zaczynamy chcieć ruszać do przodu. Mamy inną motywację: pragniemy robić to, co sprawia nam radość, chce nam się żyć.

Co może oznaczać, że mniej osiągniemy. W stanie akceptacji zwykle odkrywamy, jak wiele rzeczy robimy niepotrzebnie. Nadużywamy się, by coś komuś albo sobie udowodnić, by się przypodobać. Nie robimy tego z miłością, tylko z przymusu. Więc jeśli te rzeczy znikną z naszego życia, nie ma czego żałować. I tak nam nie służyły. Karmiły jedynie nasze ego. Nie warto się bać takiej sytuacji, bo ona często otwiera przed nami zasoby, talenty, których nawet nie byliśmy świadomi. Samoakceptacja daje nam dostęp do naszej energii twórczej, kreatywności. Otwiera drogę do tego, by zmienić podejście do pracy jako działania, które możemy dać światu, a nie harówki, w której zużywamy wszystkie siły w walce o przetrwanie. Taki poziom świadomości osiąga wciąż niewiele osób – całe szczęście coraz więcej. To wybór, który polega na tym, że decydujemy się akceptować siebie. Przestajemy chcieć być kimś innym. Wtedy otwiera się przed nami bogactwo tego, kim naprawdę jesteśmy. Kiedy ta świadomość zacznie do nas docierać, dzieje się cud: piękniejemy, stajemy na własnych nogach, zaczynamy się uśmiechać, czuć, że żyjemy.

Energia, która pcha nas do działania, to energia dobrego taty. Psychologia mówi, że to ojciec zachęca dziecko do odkrywania świata, pomaga przekraczać strach. Mój przyjaciel opowiadał mi, jak uczył swoje dzieci chodzić po krawędzi wanny. Był blisko, zachęcał, ale nie pomagał. Szły same, choć się bały. Jego dzieci są dziś otwarte, nie cofają się przed trudnościami. Taka jest właśnie druga twarz miłości do siebie. A więc można powiedzieć, że powinniśmy się stać dla siebie akceptującą matką i jednocześnie uważnym, zachęcającym do działania ojcem.

Niezłe wyzwanie, szczególnie jeśli się nie miało właściwych wzorców... Można zacząć od czegoś absolutnie podstawowego. Zacząć o siebie dbać, karmić się. W sensie dosłownym – zdrowego jedzenia – i bardziej symbolicznym. Pomyślmy o sobie jak o własnym dziecku: „Czego mi teraz trzeba? Jak mogę się zająć sobą? Może jestem głodna albo zmęczona? Co teraz czuję? Co mi sprawia przyjemność?”. I zacząć sobie to dawać. To w sumie proste. Ale nie zawsze łatwe. Ja na przykład musiałam się uczyć tego, że moje ciało potrzebuje odpoczynku. Zawsze gdzieś mnie gnało, nadużywałam się. Na przykład jestem kilka dni w Warszawie, chciałoby się pozwiedzać, spotkać ze wszystkimi znajomymi. Ale jestem po całym dniu sesji, jeszcze mamy wywiad. Czuję się zmęczona. I stoję przed wyborem: czy wyjść, czy po prostu wziąć kąpiel i iść spać. Coraz częściej daję sobie prawo, żeby nigdzie nie chodzić.

Ale coś w ten sposób pani traci. To iluzja. Nie sposób być wszędzie, robić wszystkiego naraz. Sztuką jest takie skontaktowanie się ze sobą, by wiedzieć, co jest najlepsze dla nas w danym momencie. I zaakceptowanie tego. Wówczas nie żałujemy tego, co nam niby przeszło koło nosa. Bo jesteśmy w zgodzie ze sobą. Kiedy przyjrzymy się szczerze własnym motywacjom, może się okazać, że biegamy jak oszalałe po mieście, bo znowu jakiejś części siebie nie akceptujemy. Na przykład takiej, która nie jest na bieżąco ze światem kultury, w centrum wydarzeń... Miłość do siebie to też kwestia szacunku. Jeśli czuję, że moje ciało jest zmęczone, nie będę się zmuszała do dalszego wysiłku, chyba że jest to absolutnie niezbędne. Wynikiem samoakceptacji jest właściwie rozumiana asertywność. Kocham siebie, więc słucham swoich potrzeb i je spełniam.

Czy to oznacza, że mamy zawsze stawiać siebie ponad innych? Na przykład ktoś prosi mnie o pomoc, a ja mu mówię, że nie, bo jestem zmęczona. To oznaka miłości do siebie czy egoizmu? Ważne, że w ogóle pytam siebie, czy chcę tej osobie pomóc. Czy mam czas, jakie będą tego koszty dla mnie. Wiele osób tego nie robi. Bo trzeba pomagać innym, jak nie pomożesz, będziesz egoistą albo ta osoba się obrazi. Takie „głosy” słyszymy. Nie twierdzę, że są nieważne. Jednak zachęcam, by do nich dodać te, które mówią o naszych potrzebach: „Jestem zmęczona, jeśli teraz to zrobię, nie zdążę ze swoją pracą itp.”. Dopiero wtedy możemy podjąć świadomą decyzję, co chcemy zrobić. Bez poczucia, że się wiecznie do czegoś zmuszamy. Bo taki stan drenuje nas z energii. Objawem miłości do siebie jest branie siebie pod uwagę na równi z innymi, a nie pobłażanie sobie czy stawianie się zawsze na pierwszym miejscu. Wtedy czujemy się dobrze, bo wiemy, że jest ktoś, kto dba o nasze potrzeby – my jesteśmy tą osobą. Miłość do siebie to w praktyce umiejętność powiedzenia sobie: „Nieważne, co inni o mnie myślą. Ważne, co ja myślę o sobie. To i tak tylko myśl”.

Anette Kanegaard, duńska terapeutka. Mieszka i pracuje niedaleko Kopenhagi. Jest instruktorką jogi kundalini, uczy medytacji, wizualizacji, channelingu. Od wielu lat prowadzi warsztaty rozwojowe, m.in. uczące, jak podążać ścieżką serca, łączyć się ze źródłem miłości w sobie. Kilkakrotnie była w Polsce. W wolnym czasie maluje i chodzi na długie spacery.

  1. Psychologia

Jakie mamy korzyści z lubienia siebie?

Gdy lubimy siebie, żyje nam się po prostu lżej. (fot. iStock)
Gdy lubimy siebie, żyje nam się po prostu lżej. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Samoocena jest niezwykle ważnym aspektem w życiu każdej osoby. Ma wpływ na adekwatną ocenę swoich osiągnięć, ocenę relacji i bliskich związków. Sprawia, że w określony sposób postrzega się swoją przyszłość. Ponadto, jeśli samoocena jest wysoka, z odpowiednim zapałem kształtuje się dzięki niej rozwój - zaznacza Izabela Jąderek, psycholożka, seksuolożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS.

Samoocena jest niezwykle ważnym aspektem w życiu każdej osoby. Ma wpływ na adekwatną ocenę swoich osiągnięć, ocenę relacji i bliskich związków. Sprawia, że w określony sposób postrzegamy swoją przyszłość. Ponadto, jeśli samoocena jest wysoka, z odpowiednim zapałem kształtujemy dzięki niej swój rozwój - zaznacza Izabela Jąderek, psycholożka, seksuolożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS.

Kiedy zastanawiamy się nad tym rozwojem, zwykle skupiamy się na tematach dotyczących akceptacji swojego ciała, osiągnięcia sukcesów, stania się bardziej pewnym siebie. Tymczasem, wszystkie te elementy i ich realizacja zależne są od tego, w jakim stopniu lubimy siebie.

Łatwo jest się zagubić, kiedy media, rodzina, otoczenie mają czasem zupełnie inną wizję tego, jacy powinniśmy być. Kreowanie wizji wyrozumiałego partnera, skromnej córki czy syna, namiętnego kochanka/ kochanki – wedle wizji, którą ktoś przygotował, skutkuje porównywaniem się, poczuciem bycia niewystarczająco dobrym i odbiegającym od narzuconego kanonu piękna i sukcesu.

Czasem, gdy jesteśmy tak bardzo skupieni na swoich niedoskonałościach, zapominamy o tym, że aby dać coś innym, najpierw trzeba samemu to mieć. Innymi słowy, aby dać komuś na przykład poczucie bezpieczeństwa, trzeba najpierw samemu czuć się ze sobą dobrze. Dlatego zalet lubienia siebie jest bez liku:

  • to wzrost akceptacji siebie,
  • większe poczucie niezależności od innych,
  • samodzielność i samopoznanie,
  • a co za tym idzie - większa umiejętność życia zgodnie ze swoimi wartościami.

Poczucie własnej wartości

Wzrost poczucia własnej wartości to większa otwartość na siebie. A to z kolei poszerza dostęp do swoich myśli i uczuć, dając ich lepsze zrozumienie. To również umiejętność reagowania i szukania rozwiązań w adekwatny sposób do danej sytuacji czy problemu. Carl Rogers, główny przedstawiciel psychoterapii humanistycznej, twierdził, że ludzie, którzy troszczą się o siebie i rozumieją własne potrzeby, są bardziej twórczy, pomocni, a także bardziej przyjaźnie nastawieni wobec innych.

Naszą negatywną samoocenę można nazwać w dwójnasób. Albo, idąc przykładem pychodynamicznym, nazwiemy ją karzącym superego, które ocenia każdą naszą aktywność, lub też - wewnętrznym krytykiem, który występuje przy codziennych działaniach i wiele z nich kwestionuje i neguje.

Krytyk pełni trzy role:

  • Wewnętrzny wpływa na nasze własne przekonania, myśli, uczucia.
  • Zewnętrzny - przypisuje komuś własne obawy, postawy i uczucia.
  • Trzecia rola jest akurat pozytywna, bo krytyk wskazuje nasze błędy, zachęca do pracy i samodoskonalenia.
Krytyk sprawia jednak, że niezwykle trudno jest pokochać samego siebie. Za każdym razem przypomina nam, jak bardzo jesteśmy niedoskonali.

Zatem zamiast na pytanie, jak polubić samego siebie, warto poszukać odpowiedzi na inne pytanie:

Czego w sobie pokochać nie potrafię?

Nie da się wszystkiego zmienić od razu. Tak jak nie da się zjeść dużego ciasta na raz – ale można je jeść po kawałku. Podobnie jest ze strachem przed działaniem, przed oceną ze strony innych. Nie da się pokonać go od razu, bo jest bardzo mocno zakorzeniony. Sekret leży w tym, by cały czas poszerzać swoją strefę komfortu i zaczynać robić rzeczy małe, po to, aby coraz bardziej móc je oswoić, aż staną się one dla ciebie czymś zupełnie naturalnym.

Źródło: strefapsyche.swps.pl; psycholożka Izabela Jąderek.

  1. Psychologia

Gotowa na miłość?

Poznanie siebie i miłość własna są dopiero podstawą dla udanego związku. (fot. iStock)
Poznanie siebie i miłość własna są dopiero podstawą dla udanego związku. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Nie dla każdego Walentynki są dniem, w którym ukochani ludzie sprawiają sobie przyjemności i oddają się ekscytującym przeżyciom w łóżku. Są osoby, które żyją same, a nie chcą oraz takie, które cierpią w toksycznym związku. Walentynki mogą być dla nich okazją do konstruktywnej refleksji na temat miłości.

Nie dla każdego walentynki są dniem, w którym ukochani ludzie sprawiają sobie przyjemności i oddają się ekscytującym przeżyciom w łóżku. Są osoby, które żyją same, a nie chcą oraz takie, które cierpią w toksycznym związku. Walentynki mogą być dla nich okazją do konstruktywnej refleksji na temat miłości.

"Dopełnij mnie" - jest to najbardziej niszczycielska idea miłości. Prowadzi do emocjonalnej katastrofy. Chcąc, żeby druga osoba wypełniła naszą wewnętrzną pustkę, pozbawiamy się możliwości dorośnięcia, a także wykorzystujemy człowieka, którego ponoć kochamy. To nie jest miłość. Partnerstwo polega na tym, że łączą się dwie dojrzałe, kompletne osoby, które wzajemnie się uzupełniają, a nie dopełniają. Są pełne wewnętrznej mocy, podziwiają się nawzajem, szanują siebie i innych. I przede wszystkim są pełni miłości własnej, której nie mylą z narcystycznym egotyzmem. Dobrze funkcjonują w świecie materii, mają kontrolę nad emocjami, potrafią okazywać uczucia, wiedzą co to równowaga wewnętrzna oraz równość między ludźmi. Jeśli czujesz, że to jeszcze nie dotyczy ciebie, nadszedł czas na kontakt ze sobą. Zadaj sobie następujące pytania.

1. Czujesz się godna miłości? Przypomnij sobie, że jesteś do niej zdolna. Jeśli czujesz, że nie jesteś godna tego uczucia, każdy się z tobą zgodzi. Jeśli nie uważasz, że możesz być kochana tylko dlatego, że jesteś, nikt się temu nie przeciwstawi. Skoncentruj się na swoim wnętrzu. Każdego dnia rano lub wieczorem, przypomnij sobie za co się lubisz. Napisz to. Medytuj nad tym, by odkryć, czy naprawdę to czujesz. Jeśli pojawi się opór, oddychaj do miejsca w ciele, w którym pojawi się napięcie. Powtarzaj ćwiczenie, aż poczujesz że naprawdę jesteś fajna i nie masz z tym problemu.

2. Szanujesz siebie? Jeśli są wokół ciebie ludzie, którzy nie traktują cię tak, jakbyś się tego spodziewała, przemyśl sobie co takiego jest w tobie, że nie doceniasz siebie. Popracuj nad wewnętrznym poczuciem własnej wartości.

3. Poświęcasz się? Miłość nie ma wiele wspólnego z poświęceniem i ofiarami. Jeśli uważasz, że na miłość musisz zasłużyć jakimś działaniem lub wyrzeczeniem, tak naprawdę boisz się, że ktoś ci jej nie ofiaruje. Bo ty nie potrafisz przyjąć bezinteresownego uczucia. Po co uprawiasz ten handel? Z lęku? Spojrzyj mu w oczy.

4. Czy dbasz o siebie? To pytanie nie dotyczy ubrań i makijażu. Nie wystarczy atrakcyjnie się prezentować, tylko odpowiednio wysypiać, zdrowo odżywiać, ruszać się, słowem dbać o swoje ciało i emocje. Jeśli umiesz troszczyć się o siebie, nikt nie jest ci potrzebny. Potrzeba nie jest dobrym powodem dla miłości.

5. Masz dostęp do własnego wnętrza? Znasz siebie? Jeśli masz jeszcze przed sobą tajemnice, wyparte uczucia, nierozwiązane konflikty wewnętrzne, będziesz je projektować na drugiego człowieka. Stanie się on jedynie twoim lustrem, a nie partnerem. Zajrzyj w głąb siebie. Dopiero, gdy ustanie twój wewnętrzny dialog, będziesz mogła prawdziwe skontaktować się z ukochanym. Znajdziesz kogoś, kto będzie szedł obok ciebie. Na tym polega miłość.