Pułapki tolerancji

 

„Bycie tolerancyjnym” to premiowana dziś postawa. Kojarzy się z nowoczesnością, otwartością. A jednak rzeczywistość pokazuje, że owej idei łatwo nadużyć, że można paść ofiarą własnej tolerancji, czego dowodem są trudności wielu krajów otwierających granice. Gdzie leżą granice tolerancji? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.

 

– Czy tolerancja ma same dobre strony?
K.M
.: W teorii może ma. Ale żeby być naprawdę tolerancyjnym, trzeba by być Kazimierzem Wielkim. Mieć przede wszystkim stabilne poczucie wartości. A tego od dawna nie mamy – ani jako naród, ani w dużej części jako jednostki – stąd kłopot. Nasza tolerancja jest więc deklaratywna. Nawet takie kraje jak Szwecja, znane z tolerancji, mają z nią kłopoty. Bo na skutek liberalnej polityki mieszka tam dużo emigrantów, są całe dzielnice ludzi mówiących innymi językami, którzy się nie integrują. Ja na przykład nie chciałabym, żeby za moją strażą pożarną wybudowali meczet. Uczciwie mówię. Kawał świata zjeździłam i kiedyś też myślałam, że byłoby fajnie tak wielokulturowo żyć. Dziś już nie jestem tego taka pewna.

W.E.: Więc tu napotykasz granice swojej tolerancji. Chcesz być Kazimierzem Wielkim, ale jak przychodzi do meczetu – wolisz straż pożarną…

K.M.: Nie mówię, że jestem niesłychanie tolerancyjna, ale że jestem świadoma swoich granic.

W.E.: Ale wielu ludzi nie jest świadomych. Szczególnie chyba w polskim narodzie, który, nie wiadomo na jakiej podstawie, myśli o sobie, że jest tolerancyjny. Polska deklarowana tolerancja jest raczej zamiataniem pod dywan ksenofobii i nienawiści, które ujawniają się przy każdej okazji. Kiedy się pojedzie do Londynu, tam widać, co to jest tolerancja i jakie ma konsekwencje. Jak bardzo trzeba się otworzyć na inność, pozbyć nawykowych ocen i stereotypów. A to jest trudne. Sklep prowadzą Hindusi, autobusem kieruje Afrykańczyk, Wietnamczyk przynosi ci pocztę, białych coraz mniej. Każdy ma inny akcent i kaleczy twój język ojczysty. Wszyscy w Europie są dotknięci konsekwencjami życia bez granic, nie każdy to unosi. Na razie testujemy naszą tolerancję i uczymy się jej.

W centrum Sofii widziałam trzy świątynie: synagogę, meczet i cerkiew. Ludzie przychodzili się modlić. To było piękne. Dopiero tam uświadomiłam sobie, jak bardzo jesteśmy w Polsce homogeniczni.
W.E
.: Jak serek homogenizowany.

K.M.: Ale historia pokazuje, że wystarczy iskra, by te świątynie spłonęły w ogniu wzajemnej nienawiści. Rzeczywistość ludzka jest podszyta strachem. Codzienność to wzajemne unikanie się, odcięcie, zamykanie się we własnych kręgach kulturowych…

W.E.: To przejawy tolerancji wymuszonej i płytkiej. Uczenie się tej prawdziwej, otwieranie się na różnorodność to zadanie na parę pokoleń.

K.M.: Ale w wyniku tego może nastąpić właśnie homogenizacja, która tak ci się nie podoba.

W.E.: Nie homogenizacja, tylko jedność w różnorodności. Ludzie, którzy wyznają różne religie, mają różne światopoglądy, różne kultury i obyczaje, mogą żyć w jednym państwie, rządzić się wspólnym prawem, a jednocześnie wspierać się i inspirować wzajemnie. Żyj i pozwól żyć innym. To najkrótsze hasło tolerancji. W ten sposób stworzymy kiedyś zupełnie nową jakość. Nie da się już tego procesu ani cofnąć, ani zatrzymać. A podtrzymując antagonizmy, podziały kulturowe, etniczne i rasowe, krzewimy jedynie nienawiść, która nieuchronnie w nas uderzy.

K.M.: To zależy, co się uznaje za wartość. A jeśli wartością jest nasza kultura, język, nasza polskość? A co, jeśli przyjdą tu wszyscy Chińczycy? Naprawdę myślisz, że nie należy stawiać temu żadnych granic? Na to, o czym mówisz, słowo „utopia” jest niemal za łagodne. To mrzonka.

W.E.: To nie mrzonka, lecz dziejowa konieczność. Trzeba coś robić, bo inaczej ludzkość nie przetrwa na tej ziemi. To proces, który trwa długo i inne kraje są w nim daleko przed nami. W Stanach Mulat i kobieta ubiegali się dopiero co o nominację Demokratów do wyborów prezydenckich. Przedstawiciel mniejszości z niewolniczymi korzeniami i przedstawicielka dyskryminowanych ze względu na płeć… Nie tak wiele pokoleń musiało przeminąć, by to stało się możliwe. Ten proces trzeba wspierać – a najważniejsze jest wychowanie w duchu tolerancji nowych pokoleń. Po wojnie domowej na Bałkanach wraz z zespołem ludzi prowadziłem w Polsce tzw. szkołę tolerancji. Pracowaliśmy z 16–18-letnią młodzieżą z Serbii, Bośni, Chorwacji i innych, nienawidzących się narodów oraz mniejszości byłej Jugosławii. Ta wojna była właśnie przejawem skrajnej nietolerancji, strachu, nacjonalizmu i egoizmu. Lecz owi młodzi ludzie, doświadczeni tragizmem i nonsensem tej wojny, wstydzili się za dorosłych, za swoich rodziców i polityków. To wspólne uczucie wstydu stało się impulsem do ich pojednania, przyjaźni, co dalece przekroczyło postulat tolerancji. Byłem też świadkiem i uczestnikiem identycznego spotkania młodzieży ze skłóconych i nienawidzących się krajów Zakaukazia i Dalekiego Wschodu.

K.M.: Otworzyli się na siebie, bo byli z ludźmi, którzy dawali im przestrzeń i miejsce, by mogli wyrazić w sposób pokojowy trudne uczucia. Ale niestety, świat nie jest grupą terapeutyczną. Problem w tym, że ludzie lubią o sobie myśleć, że są tolerancyjni. A szczególnie ludzie wrażliwi i inteligencja. To jest tak cudne oblicze w lustrze do zobaczenia, że nie można sobie tego odmówić. I odrobinę tego słyszę w tym, co mówisz. Jesteś taki tolerancyjny?

W.E.: Jeszcze nie wiem, jaki naprawdę jestem w tej sprawie. Ale z pewnością chcę się taki stawać. Świat się globalizuje. Trwają ogromne ruchy migracyjne. Niezgoda na rzeczywistość, próby zaprzeczania jej i podążania pod prąd dziejów – to dopiero jest utopia.

K.M.: Ale to proces nie tylko grupowy. Również indywidualny. Ciekawi mnie więc, wobec czego ty nie masz tolerancji. Ja odkryłam w sobie takie miejsca. Np. kiedy byłam w Paryżu i co chwila w sposób nachalny zaczepiali mnie Murzyni, po jakimś czasie miałam ochotę im wypalić: spadać, czarnuchy. To wspomnienie zostało we mnie, bo ważne było pytanie, które sobie zadałam. Jak to jest z tą moją tolerancją? Pytanie bardzo istotne w moim rozwoju. Do tego momentu myślałam, że jestem tolerancyjna. A tu taki wybuch. To samo czułam wśród Arabów, bo tam „włażenie” na turystki jest tak nachalne, że naprawdę trudno to znieść. Teraz wiem, z czego wynika ich zachowanie – nie zawsze z chamstwa i traktowania przedmiotowego, tylko z tego, że oni w ogóle są bliżej, bardziej się dotykają, inaczej widzą kobiety. Będąc w Egipcie, przeczytałam świetną książkę „Ukryty wymiar” amerykańskiego antropologa Edwarda Halla o traktowaniu przestrzeni między ludźmi. To mi pomogło zrozumieć, co się tam dzieje i dlaczego.

Nietolerancja więc wiąże się z niewiedzą?
K.M
.: Gdy poznajesz motywy działania innego człowieka, jego kulturę, inne uwarunkowania, zaczynasz go rozumieć. Wzrost świadomości często powoduje wzrost tolerancji. Nietolerancja karmi się myśleniem stereotypowym, arogancją, egocentryzmem, przekonaniem, że się ma rację, że się jest kimś lepszym. I strachem, że każda inność nam zagraża.

W.E.: Inność to wyzwanie, to lustro, w którym czasami niewygodnie się przeglądać. Można zobaczyć w nim jakąś wstydliwie ukrywaną lub nieświadomą część siebie. I tylko od nas zależy, co z tym zrobimy. Czy wykorzystamy to spotkanie jako szansę na lepsze poznanie swoich ograniczeń i na otwarcie, czy jeszcze bardziej zamkniemy się w sobie i będziemy kultywować iluzję własnej wyjątkowości i dominacji, dolewając swoje do morza strachu, nienawiści i pogardy, w którym wszyscy razem kiedyś utoniemy.

– Tolerancja ma granice?
W.E
.: Nie można być tolerancyjnym dla zachowań, które zagrażają naszej albo czyjejś godności, wolności. Zgoda na to nie jest tolerancją, tylko uleganiem, pozwalaniem na inwazję. Dużo ludzi tak robi, bo po prostu nie umie stawiać granic. Jeśli ktokolwiek zachowuje się w stosunku do nas agresywnie, narusza naszą prywatność czy intymność, nie wolno mu na to pozwalać. Nawet jeśli rozumiemy, dlaczego to robi. To właśnie stawianie granic uczy tolerancji i wzajemnego szacunku.

K.M.: Mnie interesuje granica tolerancji we mnie. Jestem osobą myślącą, świadomą, a jednak są sytuacje, w których łapię się na pewnych odruchach, jak w przypadku tego Paryża. A ty, Wojtku? Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

W.E.: Tak jak mówiłem, dostrzegam w sobie nietolerancję wobec chamstwa, nieuczciwości, naruszania granic i uniwersalnych wartości. Nie będę tolerował tego, że ktoś kogoś chce okraść, zmusić do czegoś czy zabić…

K.M.: Nie o taką nietolerancję mi chodzi. Ale najwyraźniej ty czegoś takiego w sobie nie dostrzegasz. Moim zdaniem jednak nikt nie jest od tego wolny. Mój odruch nietolerancji do dziś jest dla mnie ważny. Wbrew pozorom nie świadczy o tym, że jestem rasistką, bo nią nie jestem. Ale jest dowodem na to, że potrafię być nieprzewidywalna sama dla siebie. Człowiek powinien sobie zdawać sprawę, że ma w sobie wszystko. I czarne, i białe, i dużo szarości. Szanuję reakcję, jaka się we mnie spontanicznie pojawiła w kontakcie z inwazyjną obcością. Taka reakcja jest nieustannie obecna w świecie i ja ją w sobie poczułam. Mogę ją więc teraz lepiej zrozumieć u innych. Co nie znaczy, że ją pochwalam.

W.E.: Każdy ma jakieś granice. Wiele bywałem w świecie i spotykałem różnych ludzi, często z pozoru obcych, a nawet wrogich, ale szybko okazywało się, że wspólny ludzki wymiar, który nas łączy, jest nieporównywalnie większy od tego, co różni. Niemniej w tych kontaktach też musiałem przekraczać swoje ulubione stereotypy i lęki. Czułem wtedy, że dzięki temu się rozwijam, że podążam we właściwym kierunku.

Co psycholog sądzi o tolerancji? Kto ma szansę być bardziej tolerancyjny?
K.M
.: Jak mówiłam, ktoś, kto wewnątrz uważa się choć trochę za Kazimierza Wielkiego. Czyli stabilny, mający poczucie sensu, dobrobytu, kto się jakoś poukładał sam ze sobą.

W.E.: Z punktu widzenia psychologa tolerancja ma same plusy. Lepiej się żyje, kiedy człowiek nie czuje nienawiści i agresji, nie boi się innych, nie musi budować wokół siebie murów, by się lepiej i bezpieczniej czuć.

K.M.: Gdy potrafi kochać i wspierać swoją córkę z nieślubnym dzieckiem, syna geja… Brak tolerancji jest zarzewiem nieszczęść w rodzinach.

W.E.: Tolerancyjność nie zależy od statusu, wykształcenia ani pozycji społecznej. Wynika głównie z dojrzałości wewnętrznej, poczucia wartości własnej i uniwersalnej więzi z ludźmi, niezależnej od chwilowych uwarunkowań. Na wspomnianych już obozach tolerancji prosiliśmy młodych ludzi, by powiedzieli, z czym się utożsamiają, jak odpowiedzą na pytanie: kim jestem? Okazało się, że im bardziej powierzchowna odpowiedź na to pytanie, tym łatwiej o potencjalny konflikt z innymi. Najmniej konfliktogenną, jednoczącą tożsamością jest postrzeganie siebie jako istoty ludzkiej. Gdy zdamy sobie sprawę, że bez względu na to, co nas różni, wszyscy jesteśmy ludźmi, którzy pragną tego samego – miłości, szczęścia i bezpieczeństwa – to stajemy się stabilnie i głęboko tolerancyjni.

Czyli do takiego poziomu świadomości należy dojść?
W.E.
: Tak. Potrzebna jest zasadnicza przebudowa naszego poczucia tożsamości. Czas rezygnować z tożsamości opartej wyłącznie na poczuciu przynależności do własnej, wąskiej grupy etnicznej, kulturowej, rasowej czy religijnej – i uzupełnić ją tożsamością globalną i uniwersalną. W tym sensie rozwijanie w sobie tolerancji jest w istocie rozwijaniem w sobie ducha.

K.M.: Tym bardziej trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że nasza droga ku temu widzeniu jest różna. Żeby do czegokolwiek dojść, musimy stanąć w prawdzie i zobaczyć, w jakim jesteśmy miejscu. Bez koloryzowania, wypierania, udawania, zaprzeczania. Domagam się więc prawa dla polskiego homogenizowanego serka. To też jest tolerancja.

W.E.: Ale taki serek jest jeszcze lepszy, gdy dodać do niego rodzynki, nieco czekolady czy wanilii… Dodatki mu nie szkodzą, nie naruszają jego podstawowej konsystencji. Ksenofobiczne nastawienie ogranicza, powoduje wiele napięcia i zaprasza nieszczęście. Nie warto tego kultywować. Nie umiemy sobie wyobrazić, jaka będzie polska rzeczywistość, gdy naprawdę otworzymy się na inność i różnorodność. Dlaczego miałaby być gorsza niż teraz? Będzie raczej bardziej kolorowa, przyjazna i przestronna.