1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak stać się kochankiem idealnym

Jak stać się kochankiem idealnym

fot.123rf
fot.123rf
Co to znaczy być dobrym kochankiem? Mniej więcej to samo co być inteligentnym seksualnie. Czyli mieć świadomość własnych uczuć, potrzeb oraz ograniczeń. Umieć prosić o to, co nam sprawia przyjemność (i odczytywać potrzeby partnerki), ale też umieć odmawiać (i przyjmować odmowę drugiej strony). Jak zostać takim kochankiem, wyjaśnia psychoterapeuta Michał Pozdał.

Dobrym kochankiem można zostać w bardzo prosty sposób – spełniając określone warunki. Po pierwsze, potrzebna jest rozwinięta inteligencja emocjonalna, która daje umiejętność współodczuwania, czyli wczuwania się w pragnienia drugiej osoby, w jej przeżywanie przyjemności, ale też bólu czy niechęci (co powinno powodować wówczas automatyczne wycofanie się z danego obszaru ciała czy danej formy pieszczoty). Dobry kochanek zwykle ma także dobry kontakt ze swoim ciałem, co pozwala mu nie tylko na odczuwanie przyjemności i daje świadomość własnych potrzeb, ale też umożliwia wykonywanie właściwych ruchów czy przyjmowanie odpowiednich pozycji w seksie.

Przyda się też odpowiednia osobowość – otwarta na doświadczanie nowych rzeczy i odkrywanie własnych pokładów podniecenia i możliwości seksualnych. Oraz odpowiedni temperament – dość energetyczny i nie za bardzo nerwowy. Niezbędne będzie odpowiednie wychowanie – nie zanadto restrykcyjne i hamujące, dające przyzwolenie na różne doświadczenia, na przeżywanie przyjemności i cieszenie się własnym ciałem. Oraz dorastanie w odpowiedniej kulturze – niepiętnującej ciała i przyjemności, lecz afirmującej seks jako ważną, dobrą i zalecaną aktywność  tworzącą więź.

Czyli dobrym kochankiem można zostać w prosty, choć dla niewielu łatwy do osiągnięcia sposób.

Gdzie szukać porad na temat seksu

Żyjemy w kulturze, w której dialog na temat seksu toczy się dopiero od niedawna i głosy piętnujące mieszają się w nim z tonem pochwalnym. Przez to wychowanie dzieci (zwłaszcza w rodzinach religijnych) nadal odcina nas od ciała, a otwarta osobowość i temperament seksualny są hamowane. To wszystko nie sprzyja wykształceniu się w chłopcach cech dobrych kochanków. Zwłaszcza że do niedawna chłopcy według społecznego nakazu ani nie płakali, ani nie odczuwali, a tym bardziej nie współodczuwali (takie wynosili z domu przekonania).

Żaden mężczyzna jednak złym kochankiem być nie może. Nie pozwala mu na to ta sama kultura, która nadal stawia go w pozycji supersamca (lub nieudacznika). Nie pozwala mu na to wychowanie, które ciągle nakazuje mu zwyciężać i zdobywać. Nie pozwala sobie w końcu na to on sam, bo wstyd mu przyznać się przed sobą i przed kolegami, że coś mu w łóżku nie wychodzi. Bo to tak, jakby przestał być mężczyzną.

Zatem nawet jeżeli coś mu nie wychodzi, mężczyzna długo może udawać, że wszystko jest w porządku. A jak już nie może dłużej udawać, zaczyna szukać rozwiązania na własną rękę – w pierwszej kolejności w Internecie, potem w męskiej prasie i w literaturze. Dobrze jest jednak wiedzieć, jak ze znalezionych tam rad korzystać. Co do literatury – jak najbardziej czytać ją należy, szczególnie autorów, do których mamy zaufanie. Co do Internetu –  dobrze jest pozostawić sobie dużą dozę krytycyzmu i sięgać tylko po filmiki i artykuły znanych i uznanych specjalistów. A co do męskiej prasy – najlepiej nie sięgać po nią wcale, bo zbudowana jest na stereotypowych i szkodliwych dla mężczyzn przekonaniach, takich jak to, że musisz być supersamcem i zaraz się dowiesz, jak to zrobić. Kłamliwość przekazu polega na tym, że mężczyzna, po pierwsze, nic nie musi i jak najbardziej może nie chcieć czy odmawiać seksu z różnych powodów – psychicznych, takich jak przeżywanie silnych negatywnych emocji czy stresu, albo fizycznych, typu ból w kolanie czy w krzyżu. Po drugie, 5, 7 czy 10 krótkich wskazówek niczego w nikim nie zmieni.

Podobnie chybionym kierunkiem są różnego rodzaju kursy NLP (Neuro-lingwistycznego Programowania) pt. „Jak być dobrym kochankiem” czy „Jak zdobywać kobiety” – prezentują one zazwyczaj zbiór prostych manipulacji, które do niczego pożądanego nie prowadzą. To znaczy może się zdarzyć, że zaprowadzą kogoś do łóżka, ale ani seks nie będzie przez to fajniejszy, ani żadna zmiana w człowieku nie nastąpi. Dają złudne poczucie mocy, a nie stymulują do rozwoju. Podobnie jak nie zadziałają drogie feromony we flakoniku. Bo nie ma magicznych zaklęć, naparów ani złotych sposobów… 

Realne działania na rzecz lepszego seksu

Zamiast poszukiwać magicznych rozwiązań, lepiej po prostu zapisać się na basen albo na siłownię. Chodzić na spacery, zacząć biegać. Ruch zapewnia lepszą kondycję i lepszy kontakt z ciałem, co w prosty sposób przekłada się na zwiększenie przyjemności również w seksie. Oprócz aktywności fizycznej wskazana jest też zdrowa dieta. Dobrze jest zatem przyjrzeć się temu, co ląduje na naszym talerzu, i jeżeli nie wiemy, czy to na pewno nam służy, udać się po poradę do dietetyka. Trzeba pamiętać także o relaksie i odpoczynku, bo życie w ciągłym biegu, po pierwsze, osłabia całe ciało, po drugie, uniemożliwia dbanie o nie, a po trzecie – wyklucza udany seks. Z powodu braku czasu mężczyźni zazwyczaj uciekają w ukrytą masturbację, a po takim szybkim rozładowaniu napięcia seksualnego w łazience partnerka nie stanowi już dla nich obiektu namiętności. Przestają dążyć do bliskości i współżycie szybko zanika.

Ale powodem zaniku mogą być też realne problemy seksualne, jak brak wzwodu. Wtedy warto udać się do specjalisty – seksuologa lub psychoterapeuty, bo problemy te zazwyczaj mają podłoże psychiczno-emocjonalne. Żeby wykluczyć biologiczne uwarunkowania, najlepiej wcześniej wykonać szereg podstawowych badań, które wskaże każdy internista. Dobrze też pozostać pod stałą opieką urologa. To wszystko zaleci na pierwszej wizycie lekarz seksuolog. Podobnie jak wszystkie wyżej wymienione warunki dobrego funkcjonowania (sport, dieta, relaks). Dodatkowo może poradzić wizytę u fizjoterapeuty i masaże.

Sama praca w gabinecie sprowadza się do pracy nad własnymi emocjami i przekonaniami. Istotne jest rozpoznanie przekazów na temat seksu pochodzących z wychowania czy kultury. Znaczenie, jakie nadaliśmy naszym pierwszym kontaktom seksualnym. To, jak nauczyliśmy się kochać. Bo żeby być dobrym kochankiem, mężczyzna w pierwszej kolejności musi wiedzieć, co sam w różnych momentach czuje i jakie stoją za tym potrzeby. A jak już trochę rozpozna siebie, musi nauczyć się to komunikować. To dosyć żmudna praca, ale skuteczniejsza niż wszelkie drogi na skróty. Holistyczne spojrzenie na samego siebie, zrozumienie tego, co się ze mną dzieje w danym momencie, może pozwolić mężczyźnie stać się lepszym kochankiem.

Dobra zmiana w postrzeganiu seksualności

Coraz więcej mężczyzn zgłasza się do specjalistów zarówno ze swoimi problemami w sferze seksualnej, jak i pragnieniem stania się lepszym kochankiem. I coraz częściej pojawiają się tam mężczyźni starsi, nawet 60–65-letni, dla których seks nadal pozostaje sferą priorytetową. Nie chcą z niego rezygnować, a jednocześnie nie chcą wspomagać się pigułką, bo wiedzą, że nie o to w sprawności seksualnej chodzi. Chcą się dowiedzieć, jak może wyglądać seks, z czego mogą nadal korzystać i co mogą zapewnić swoim partnerkom.

Większa jest też wśród mężczyzn świadomość tego, że seks to nie „włóż i wyjmij”, a więc nie tylko penis jest ważnym narzędziem. Istotne jest całe ciało, o które trzeba dbać i utrzymywać w formie. Mężczyźni nadal mają problem z odpuszczeniem zadaniowości i poddaniem się przyjemności. Mają też trudność z komunikowaniem swoich potrzeb. Ale odczuwają coraz mniej wstydu – szukają i próbują się zmieniać. Niektórzy robią to w gabinetach, inni na salach treningowych, na kursach jogi, tai-chi albo taekwondo. Mężczyzn uprawiających sport widać wszędzie – w parkach, lasach, na chodnikach. Ćwiczą na siłowniach plenerowych, jeżdżą na rowerach, biegają. To bardzo dobra zmiana.

Większa świadomość ciała bardzo poprawia ich przeżywanie satysfakcji seksualnej i zwiększa zakres przyjemności, jaki mogą zapewnić partnerkom. A gdy zaczną poznawać siebie, widzą, ile przyjemności to niesie i chcą już iść dalej. Niektórzy poddają się kolejnym ćwiczeniom seksualnym (jak masaż robiony przez partnerkę czy eksperymentowanie w parze), inni wybierają kurs jogi tantrycznej albo kursy mindfulness. Ćwiczenie swojej uważności w taki czy inny sposób powoduje, że pojawia się ona również w łóżku. A to o nią w końcu głównie chodzi. Żeby widzieć, czuć, rozumieć, reagować. Być z drugą osobą. Bo to przecież wszyscy chcielibyśmy również w seksie otrzymywać, bez względu na płeć.

Michał Pozdał: psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Prowadzi terapię indywidualną oraz par w Warszawskim Instytucie Psychoterapii oraz w Katowicach w Instytucie Psychoterapii i Seksuologii. Współautor książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co podświadomość przekazuje nam poprzez ciało? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Jeśli podczas zwyczajnej rozmowy nagle serce zaczyna ci kołatać albo czujesz mdłości, czy jest to znak, że dzieje się coś złego? Twój rozum nie dostrzega zagrożenia, ale widzi je ciało? Czy ono wie coś, o czym umysł nie ma pojęcia? Czym jest ta mądrość ciała – jeśli istnieje – i jakie znaczenie ma dla niej duchowość – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Podczas trudnej rozmowy z przyjaciółką wsłuchałam się w to, co płynęło z mojego ciała. Było spokojne. Pomyślałam więc, że to, co słyszę, jest prawdą. Oparłam się na tzw. mądrości ciała. Czy to miało sens?
To przejaw idealizacji ciała. Uznajemy ciało za depozytariusza mądrości, prawdy, a nawet sumienia, by przeciwstawić je skołatanej i zagubionej głowie. Jazgotowi sprzecznych myśli i poglądów. To na swój sposób miłe, czasami pomocne, ale jednak tylko symboliczne uproszczenie. Bo jak się bliżej przyjrzeć temu, co się z ciałem dzieje w takich sytuacjach, to zobaczymy, że ono tylko przepisuje nasze mentalne i emocjonalne konflikty na odczuwalne sygnały. Szczególnie te konflikty, które wyrzucamy poza obręb świadomości. A więc jeśli nauczymy się trafnie odczytywać sygnały płynące z ciała, staną się one źródłem informacji o nieuświadomionym konflikcie, dyskomforcie, niechęci itp. Sygnały te mogą mieć postać np. kołatania serca, mdłości, duszności czy bólu głowy.

Mówisz o moim konflikcie, a ja myślałam, że ciało sygnalizuje konflikt, jaki przeżywa mój rozmówca, udając na przykład sympatię. Mam kłopot z połapaniem się, o co innym chodzi, więc pytam ciało: czy ta osoba jest mi życzliwa, czy nie?
To też się może zdarzyć. Jeśli jesteśmy bardziej świadomi od osoby, z którą wchodzimy w interakcję, a ona wypiera ze swojej świadomości – czyli nie chce się sama przed sobą przyznać do jakiegoś uczucia czy pragnienia – to możemy w języku doznań ciała i związanych z tym emocji przeżywać to, czego ona nie chce wiedzieć o sobie. Jeśli umówiliśmy się na kawę z kimś, kto jest zagniewany i sfrustrowany, ale nie dopuszcza tego do świadomości, to po jakimś czasie, nie mając do tego powodów, zaczynamy czuć się zagniewani i sfrustrowani. Sami się sobie dziwimy i odbieramy ten stan jako nie nasz, jakby narzucony z zewnątrz. To się nazywa identyfikacja projekcyjna. Jeśli w danej sytuacji nasze ciało milczy albo nadaje sygnały dobrego samopoczucia, to znaczy, że umysł niczego przed sobą nie ukrywa, nie przeżywa nieuświadomionych konfliktów ani wątpliwości. To znaczy także, że nie odbiera sygnałów zagrożenia z instynktownej obserwacji języka ciała, wyrazu oczu, tonu głosu, sposobu oddychania tej drugiej istoty. Ale to nie ciało, tylko umysł czyta i analizuje, tyle że poza naszym świadomym podglądem, i tłumaczy je na język ciała. Tak więc w wielu sytuacjach ciało odgrywa rolę rzecznika podświadomości, która używa języka doznań jako feedbacku – informacji zwrotnej – dla świadomej części naszego umysłu.

W baśniowej metaforze można to opisać tak: królowa Świadomość nie radziła sobie z zarządzaniem odziedziczonym po przodkach, bogatym i pięknym królestwem noszącym nazwę Życie. Postanowiła więc zatrudnić doradczynię, która cieszyła się świetną reputacją i nazywała Podświadomość. Jednak to nie załatwiło problemu. Zatrudniona Podświadomość – mimo że była kuzynką królowej – używała bowiem języka dla niej niezrozumiałego. A też często nic nie mówiła, tylko wymownie patrzyła na królową albo wymownie nie patrzyła. Świadomość rozpuściła więc wieści, że szuka tłumacza, by jej to, co Podświadomość przekazuje swoim językiem i milczeniem, wyjaśniał. Wiele czasu upłynęło i królowa już traciła nadzieję, gdy w końcu przed jej obliczem stanęła zmysłowa, niesforna i trochę dziecinna kobieta o imieniu Ciało, która bez wahania podjęła się roli tłumaczki. Od tej pory królowa wiedziała, że jeśli Ciało miało mdłości, gdy królowa zabierała się do podpisywania jakiegoś traktatu, to absolutnie nie należało go podpisywać. Że był to wyraz dezaprobaty Podświadomości, która miała dostęp do tajnych danych wywiadowczych i do prastarych archiwów. Podobnie gdy królowa Świadomość postanawiała zaprosić jakiegoś rycerza albo dworzanina – w ramach nagrody za wierną służbę – do swojej łożnicy, bacznie wsłuchiwała się w niezbędną tłumaczkę Ciało i gdy ta informowała ją o ciężarze na sercu i zaciśniętym kroczu, to Królowa odsyłała delikwenta. I tak dzięki dobrze układającej się współpracy wielkiej trójki w królestwie Życie zapanowały harmonia, dobrobyt i spokój.

Krótko mówiąc: jeśli między naszą świadomością i podświadomością pojawia się konflikt, to podświadomość wysyła do świadomości sygnał, używając do tego języka ciała. Wtedy w jakimś miejscu odczuwamy dyskomfort.

Czy to, w którym miejscu odczuwamy ów dyskomfort, ma znaczenie dla zrozumienia przekazu naszej podświadomości?
Każda przestrzeń ciała poprzez swoją funkcję specjalizuje się w dostarczaniu świadomości pewnego rodzaju doznań i emocji. (Szczegółowo mówiliśmy o tym w poprzednich wywiadach). Miednica specjalizuje się w dostarczaniu informacji o potrzebach seksualnych i preferencjach dotyczących np. doboru partnerów. Obszar splotu słonecznego i przepony specjalizuje się w motywacji w dążeniu do celu i poziomie niepokoju, frustracji z tym związanych oraz w budowaniu swojej popularności i wpływie wywieranym na innych. Obszar serca dostarcza świadomości informacji o konfliktach emocji i sumienia. Gardło informuje o poziomie wstydu i rozpaczy. Plecy i kręgosłup o przeciążeniach związanych z odpowiedzialnością. Nogi o zagrożeniu poczucia wolności i autonomii. Ręce o motywacji do działania, o bezradności i sprawczości. Bywają jednak duże różnice indywidualne. Każdy ma po części swój własny język ciała.

Na pewnej wymuszonej randce skręciłam nogę i ona boli mnie w podobnych sytuacjach od wielu lat.
To właśnie przykład mechanizmu różnicowania i indywidualizowania języka ciała. Gdy w jakiejś przestrzeni ciała nastąpi doświadczenie silnego bólu, zranienia, traumy, to ponowne zranienie przypomina cały kontekst sytuacji pierwotnego zranienia, a to powoduje podobne do pierwotnych objawy. Na tej samej zasadzie u różnych osób w różnych miejscach ciała może się pojawiać informacja o zamiecionym pod dywan podświadomości konflikcie wewnętrznym.

A kiedy serce łomocze?
Gdy serce łomocze, to zazwyczaj chodzi o zagrożenie i związaną z nim mobilizację organizmu. Może być też tak, że walczą w umyśle dwie konkurencyjne interpretacje sytuacji, w jakiej się znajdujesz, np. „jest fajnie – zostaję” i „jest okropnie – uciekam”. Konflikt sprawia, że serce łomocze. Postępujemy ze sobą tak, jakbyśmy jednocześnie dodawali w samochodzie gazu i wciskali hamulec.

To co w takiej sytuacji robić?
Zarejestrować, co się dzieje. Na przykład: „Podczas rozmowy z tym facetem dziwnie wali mi serce. O co chodzi?”. Ciało, oczywiście, nie odpowie, ono tylko nada sygnał, że coś jest nie tak, że jest jakiś konflikt, że dzieje się coś, z czego sobie nie zdajemy sprawy. To doinformowany umysł musi rozstrzygnąć: czy ten mężczyzna budzi lęk, czy pożądanie. Dobrą metodą jest dokonanie wyobrażeniowej próby obu sytuacji. I ta, w której będzie więcej energii i przekonania, to trafna odpowiedź na pytanie: o co chodzi?

Co mogłoby to jeszcze być? Te dwie interpretacje kołaczącego serca wydają się jedyne.
Serce może walić także z powodu konfliktu sumienia związanego z tym mężczyzną, z tą sytuacją. Może coś przed nim ukrywasz? Albo boisz się, że on coś ukrywa? Wiele różnych sytuacji uzasadnia bicie serca. Jeśli mamy zdolność do głębokiej i szczerej autoanalizy, to sami sobie poradzimy. W przeciwnym razie warto pójść do pracującego z ciałem psychoterapeuty. Bo łatwo tu się pomylić.

Jak można się pomylić?
Jeśli w sytuacji niemającej nic wspólnego z erotyką czy z seksem odczuwamy nagle silne podniecenie, to wcale nie znaczy, że chodzi o seks. Skojarzenie może być odległe i zapośredniczone. Gdy młoda dziewczyna doświadczała zakazanych i wypieranych ze świadomości pragnień seksualnych związanych z nieuwodzącym, opiekuńczym ojcem, to gdy w dorosłym życiu spotka mężczyznę, który podobnie jak ojciec opiekuńczo i ciepło zachowa się wobec niej, może odczuć niezrozumiałe dla niej podniecenie. Czyli kontekst sytuacyjny sprawi, że uruchomią się stare wypierane uczucia i pragnienia. Ciało reaguje zgodnie z tym, co twój podświadomy umysł pamięta.

To, co mówisz, świadczy o tym, że terapia zorientowana na ciało, o której w tym roku opowiadałeś, najtrafniej pozwala poznać siebie.
Niestety, jeszcze niewielu ludzi rozumie i praktykuje psychoterapię, używając ciała jako medium. Nikt nas tego nie uczy, więc nie ma tego w naszej kulturze. I jak coś się dzieje z ciałem, to idziemy do lekarza, a ten daje nam lekarstwo, po którym niepokojący objaw mija. Ale z punktu widzenia psychologii ciała objaw jest po to, aby skłonić świadomość do poszukiwania prawdziwych przyczyn. Bo zgodnie z tą koncepcją choroba jest spowodowana konfliktem lub traumą na poziomie emocji i umysłu. Aby naprawdę wyzdrowieć, trzeba znaleźć ten konflikt i go rozwiązać. Jeśli skoncentrujemy się na likwidacji objawu – zgubimy trop.

Jakie inne stany umysłu mogą jeszcze szkodzić ciału?
Podstawowy konflikt, który większość z nas przeżywa nieświadomie, to konflikt między tzw. małym umysłem, czyli ego, i dużym umysłem, czyli duchem. Konflikt ten bywa brzemienny w skutki, ale jest przez nas nieuświadamiany, ponieważ ego tak się panoszy, że przykrywa ducha. Doświadczamy wtedy jakichś uporczywych, ale niespecyficznych i trudnych do odczytania objawów na poziomie ciała, których lekarze nie są w stanie powiązać z zaburzeniem jego funkcji czy struktury. Czasami takie objawy nazywamy chorobą duszy.

Czyli ciało nie ma swojej mądrości, nie kombinuje po swojemu?
Nawet nie możemy być pewni, że sfera instynktów pozostaje w pełni niezależna od treści świadomości i podświadomości. Doświadczenia psychoterapeutów ciała, a także hipnotyzerów, mistyków, a ostatnio fizyków kwantowych świadczą raczej o tym, że ciało i umysł nie są odrębnymi bytami, które pozostają ze sobą w jakiejś częściowej i niejasnej relacji, lecz podobnie jak energia i materia – dwoma sposobami przejawiania się tego samego. Z tego punktu widzenia zarówno materializm uznający, że świadomość i duch są funkcjami wysoko zorganizowanej materii, jak i spirytualizm, uznający materię za emanację świadomości lub ducha, są w błędzie. Nie ma podstaw do traktowania ciała jako niezależnej od umysłu przestrzeni, gdzie tylko biologiczne i chemiczne oddziaływania mają sens. Patrzmy więc na ciało i umysł jak na dwie strony tego samego medalu. Wprawdzie jeszcze nie wiemy, z czego zrobiony jest ten medal, ale dla naszych rozważań nie ma to takiego znaczenia. Zajmiemy się tym w następnym cyklu.

Skoro ciało i umysł to dwie strony medalu, to jaki stan umysłu najbardziej szkodzi ciału
? Gdy mały umysł ego zaczyna walczyć z ciałem albo je ignoruje i nadużywa. Podejmuje skrajne decyzje, takie jak na przykład: „seks jest najważniejszy” albo „żadnego seksu”, albo „będę palić, pić i objadać się”, albo „ będę jeść ziarnko ryżu dziennie”. Tego typu decyzje to aberracje niepoukładanego ego, które nie może znaleźć ani umiaru, ani kontaktu z ciałem. W rezultacie ciało nadużywane w służbie ego prędzej czy później zachoruje, aby przywołać ego do porządku. Ciału więc pomaga temperowanie ego. Czyli psychoterapia, psychologiczna praca z ciałem, medytacja i inne zaawansowane praktyki duchowe. Ego jest fałszywym królem, więc im mniej ego, tym lepiej dla ciała. Im mniej ego, tym więcej ducha, a z duchem ciało nie ma kłopotu, bo duch widzi rzeczy takimi, jakimi są, i od niczego się nie oddziela. Nie ma więc żadnych konfliktów ani napięć. Wtedy ciało może wreszcie odpocząć od szalonego jeźdźca uzurpatora i realizować swój potencjał w spokoju.

Uważa się, że potrzeby ciała przeszkadzają w rozwoju duchowym, i to umysł musi je tonować.
Ciało jest w naszej kulturze ofiarą ego, które przypisuje mu własne aberracje. Król uzurpator o imieniu Ego, aby ukryć swoją niekompetencję i szaleństwo, znalazł w ciele kozła ofiarnego. Wygodnie jest sądzić, że to nie ja, tylko moje nieme ciało jest siedliskiem zła, zwierzęcych, nieokiełznanych popędów i agresji oraz wynaturzonej seksualności. Ale w istocie to ego wynaturza naturalne potrzeby ciała.

Św. Paweł mówił o ościeniu, z którym żył, zapewne to metafora pożądania, ale też dodawał, że to miejsce siły i spotkania z Bogiem, czyli rozwoju duchowego.
To wszytko prawda, tylko ja bym tego ościenia nie umieszczał w Bogu ducha winnym ciele.

No dobrze. To pójdziemy w stronę duchowości również po to, aby nasze ciała mogły wreszcie odpocząć.
I zachować zdrowie.

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

  1. Seks

Seksapil – co to znaczy? Jak go wydobyć?

Seksapil to rodzaj wewnętrznej energii, którą emanujemy na zewnątrz, bądź nie... (fot. iStock)
Seksapil to rodzaj wewnętrznej energii, którą emanujemy na zewnątrz, bądź nie... (fot. iStock)
Jest czymś, co zauważamy u innych, co przyciąga i magnetyzuje. To wdzięk, urok osobisty, energia. Pora zdać sobie sprawę z tej siły. Czym tak naprawdę jest seksapil, czy można się go nauczyć i jak go wydobyć?

Jest poranek, zwykły dzień pracy. Wychodząc z łazienki, sięgasz jeszcze po małą, kosztowną buteleczkę. Tak, ten zapach jest naprawdę zmysłowy – przekonujesz się po raz kolejny. I skrapiasz nim dekolt. W tym samym czasie twój sąsiad z naprzeciwka staje przed poważnym dylematem. Czekają go dziś ważne negocjacje – musi wyglądać tak, by wzbudzać zaufanie i porwać swoją wizją innych. Dlatego sięga po najlepszy garnitur, ale popędza jeszcze córkę, która zajęła łazienkę i godzinami próbuje zamalować swoje młodzieńcze pryszcze. Pachnąca, spoglądasz jeszcze przez okno. Widzisz sąsiadkę, która w obcisłym dresie wybiega na poranny jogging „Ta to ma zdrowie” – myślisz. – „No i sylwetkę!”.

Zapewne większość z nas co rano zachowuje się podobnie, bo nie ma nic bardziej naturalnego dla rodzaju ludzkiego niż chęć podobania się innym. Dlatego czeszemy włosy, malujemy się, wydajemy majątek na garnitury i buty, dlatego przekłuwamy uszy, pępki i wargi, robimy operacje plastyczne, zdobimy ciała tatuażami, nosimy wysokie obcasy i obręcze wydłużające szyję. Chcemy być kochani. I mamy to już od dziecka, kiedy miłość rodziców była dla nas warunkiem przeżycia. Poza tym żyjemy też pod czujnym okiem innych. Uczymy się komunikacji, wymiany myśli, dyskusji, negocjacji, uczymy się przekonywać innych do swojego zdania. Z doświadczenia wiemy, że wdzięk i urok są ku temu najlepszymi narzędziami.

Ale co właściwie podoba się nam w innych? Co przykuwa do nich naszą uwagę? Otóż niezależnie od kultury, od czasów, w jakich żyjemy, wszystkim podobają się męscy mężczyźni i kobiece kobiety. Lubimy seksapil. Jak go wydobyć i na czym on polega?

Seksapil - rodzaj samowystarczalnej energii

Dorota Piekarczyk, psycholożka i coach z wieloletnim doświadczeniem, twierdzi, że wśród swoich klientów zauważa pewną prawidłowość: – Proces coachingu można uznać za udany, kiedy mężczyzna odzyska kontakt z własną męskością, a kobieta z kobiecością. I jest to zmiana fizyczna, zauważalna gołym okiem. Kobieta nagle pięknieje, a mężczyzna – robi się przystojniejszy.

Ale przecież mężczyzna w procesie coachingu nie urósł znienacka (lubimy raczej wysokich panów), a kobieta nie zmieniła swojej sylwetki (mężczyźni preferują proporcjonalne ciała, z określonym stosunkiem talii do bioder). Nasz wygląd jest podobno tylko w 20 proc. odpowiedzialny za to, czy jesteśmy atrakcyjni dla innych. Dalsze 20 proc. to sprawa inteligencji. Natomiast aż w 60 proc. za to, czy jesteśmy postrzegani jako męscy i kobiecy, odpowiadamy my sami, lub raczej to, czy mamy kontakt z tą niezwykłą energią, którą nazwaliśmy seksapilem, czyli atrakcyjnością płciową. Nie będzie też wielkim odkryciem stwierdzenie, że jeśli samych siebie nie uważamy za osoby godne pożądania, to nie wzbudzimy zainteresowania w innych. Dlatego wzmacnianie seksapilu musimy zacząć od pracy nad związkiem z samą sobą, bo to najważniejszy związek w życiu.

Każdy człowiek, jako osobnik posiadający płeć, obdarzony został również energią związaną z życiem płciowym. A o tym, czy przełoży się to również na życie erotyczne i poczucie seksapilu, decyduje już pozytywny stosunek do samych siebie, świata, innych ludzi i samego seksu.

– Seksapil to rodzaj energii – mówi Dorota Piekarczyk. – Porównałabym ją do rzeki, która musi płynąć. Czasem może być to ledwie sączący się strumyczek, a czasami rwący potok. Tyle że w życiu zdarza się, że sami stawiamy na tej rzece tamy i zapory. Taką tamą może być na przykład choroba, zwykłe przemęczenie lub po prostu zapracowanie, zbyt dużo zajęć czy nadmierna obowiązkowość, która nie daje czasu ani przestrzeni na to, żeby się sobą zainteresować i poświęcić sobie uwagę. Dlatego rozpaczliwie zabiegamy o uwagę innych. Kiedy spotyka się takich ludzi, od razu czuje się zmęczenie albo przytłoczenie ich nadekspresyjnością, natomiast osoby obdarowane seksapilem opisałabym jako energetycznie samowystarczalne. One nie żywią się cudzą energią, same nią emanują.

Seksapil - dar skupiania na sobie uwagi

Przebywanie w otoczeniu osób obdarzonych seksapilem jest czystą przyjemnością, która nie ma nic wspólnego z przyjemnością płynącą z seksu. Tacy ludzie po prostu czynią świat piękniejszym, ciekawszym, a szare życie zamieniają w dolce vita. Wnoszą pewien rodzaj lekkości i radości w codzienność. Kobiety obdarzone seksapilem według mężczyzn są zwykle uśmiechnięte, potrafią otworzyć drzwi do całkiem nowych światów, magnetyzują. Męscy mężczyźni natomiast budzą entuzjazm, są bardziej przekonujący. Wierzymy w ich sukces i angażujemy własne siły do wspierania ich projektów. Męski seksapil inspiruje i porywa innych, jest nieodzowną cechą każdego menedżera, biznesmena i polityka. Władimir Putin zabijał wieloryby, pozował z niedźwiedziami, został mistrzem dżudo, taekwondo i karate, dlatego jego wyborcy to głównie kobiety, które uważają go za niezwykle męskiego i seksownego. Bo dla nich męskość to przede wszystkim siła. Znasz pewnie ludzi, którzy zjechali cały świat, a ich opowieści nużą niepomiernie. Ale bywają i tacy, którzy jak magnes przyciągną słuchaczy opowieścią o zakupach w hipermarkecie.

Catherine Hakim, autorka książki „Honey Money. The power of erotic capital”, doszła do wniosku, że przy pierwszym kontakcie zwracamy uwagę przede wszystkim na wygląd zewnętrzny i mowę ciała rozmówcy oraz sposób, w jaki przemawia. Tylko w 7 proc. liczy się treść wypowiadanych słów. Przy dalszym poznaniu te proporcje się zmieniają, ale naturalne i spontaniczne poczucie humoru, zaraźliwy uśmiech, przyjazny stosunek do ludzi oraz wewnętrzny spokój, który świadczy o tym, że czujemy się dobrze sami ze sobą – tworzą wdzięk i urok, który przyciąga bardziej niż mądrość czy erudycja.

Seksapil - broń obosieczna

Warto zdawać sobie sprawę z tego, że ten ogromny potencjał seksapilu i wiedzę, jak go wydobyć, można wykorzystać na różne sposoby, również do manipulacji. – Jeżeli energii seksapilu nie będziemy umieli skanalizować i rozproszymy ją na różne strony, zacznie ona działać przeciwko nam – mówi Dorota Piekarczyk. – Zamiast tworzyć satysfakcjonujący, szczęśliwy związek, będziemy uwodzić, niszczyć siebie i innych, zamiast cieszyć się seksem, będziemy się w nim sprawdzać. Zamiast współpracować, zaczniemy manipulować.

To typowy przypadek Don Juana, którego wdzięk oraz seksapil uwodzi i zabija. Jedna z bohaterek książki Catherine Hakim szczyci się wysoką pensją, pięknym mieszkaniem, dwoma mercedesami i przyznaje, że swoją pozycję w pracy i status materialny zawdzięcza tylko świadomości tego, jak działa na mężczyzn. Zawsze przychodziła do pracy trochę wcześniej, żeby sam na sam, przy kawie poflirtować ze swoim pracodawcą, nigdy nie jadała z koleżankami bezsensownie chichoczącymi w kuchni, ale starała się pójść na lunch z mężczyzną na wyższym stanowisku. Rozśmieszała go, umilała mu czas, wykazywała ogromne zainteresowanie wszystkim, co mówił. „I wyszłam na swoje” – przyznaje. Jej otwarta, przyjazna postawa, jej kobiecość i seksapil były w rzeczywistości wyrachowanym planem, który realizowała krok po kroku. Traktowała siebie i ludzi wokół instrumentalnie i zdobyła swój konkretny cel. Owszem, odniosła sukces zawodowy, ale poza pracą była sama jak palec, z nieudanym życiem uczuciowym.

Seksapil - świadomość ciała

– To może się wydawać dziwne, ale osoby, którym udało się rozdmuchać iskrę seksapilu, prawie zawsze zaczynają uprawiać jakąś formę aktywności fizycznej – mówi Dorota Piekarczyk. – Nasze ciało zaczyna domagać się ruchu, bo ta energia już gdzieś w nas płynie, już nas rozkołysała – porwała do tańca albo wyprowadziła na spacer. Chodzimy pewniej, gestykulujemy bardziej zdecydowanie, mówimy przekonująco. A inni zaczynają nas słuchać i oglądać się za nami.

Bo zrozumienie tego, czym jest seksapil, pomaga nawet prozaiczne czynności wznieść na wyższy poziom drgań. Z rzeczywistości stworzyć sztukę życia. Zwykłe jedzenie, ubieranie się czy kąpiel w rzece zamienić w spektakl. Tak jak Rita Hayworth zrobiła to z wydawałoby się banalną czynnością zdejmowania rękawiczki.

  1. Psychologia

Usta mówią o nas więcej, niż moglibyśmy się spodziewać

Usta zgodnie to otwarcie na świat, główna brama, której zadaniem jest branie, przyjmowanie, import. (Fot. iStock)
Usta zgodnie to otwarcie na świat, główna brama, której zadaniem jest branie, przyjmowanie, import. (Fot. iStock)
Nasze usta mają masę roboty. Jedzą, piją, ziewają, śpiewają, śmieją się. I całują. Trudno więc usta przecenić – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. Usta to też narzędzie komunikacji werbalnej i niewerbalnej – ich wyraz i kształt wiele o nas mówi. Czy zmieniając wygląd ust, możemy zmienić siebie?

Mówisz, że usta są bramą ciała i jeśli ktoś ją forsuje, gdy jesteśmy dziećmi, np. zmuszając nas do jedzenia, czujemy się jak zgwałceni. Tracimy zaufanie do innych oraz szacunek do siebie. A co z naszymi ustami, kiedy już jesteśmy dorośli?
To ważne ostrzeżenie: można dokonać gwałtu na ustach. Zmuszamy dzieci do wielu potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy, np. do nauki, do posłuszeństwa, do mycia zębów. Ale w trakcie tych wychowawczych zabiegów musimy szczególnie uważać, by nie naruszać naturalnej granicy dziecięcej suwerenności, jaką stanowią skóra i zwieracze broniące dostępu do wnętrza organizmu. Dzieje się tak na przykład wtedy, gdy za najważniejsze uznajemy, by dzieci jadły określone pokarmy w określonych godzinach. Gdy nie chcą, nie szukamy przyczyny. Łatwiej wymusić posłuszeństwo. Nie myślimy wtedy o psychologicznych konsekwencjach, a przecież i dla dorosłego dotknięcie ust bez pozwolenia jest naruszeniem granic. Nie róbmy więc dzieciom tego, czego nie chcielibyśmy, aby nam czyniono. Kierując się tą prostą zasadą, unikniemy błędów w postępowaniu z dziećmi, które mogą negatywnie wpłynąć na ich relacje z innymi w dorosłym życiu.

Wciąż pokutuje przekonanie, że dzieci zapominają o tym, co działo się, gdy były małe. A połączenie tego, jak traktowaliśmy je, z tym, jakimi będą ludźmi, to już wiedza tajemna. 
Więc udostępniajmy tę wiedzę i propagujmy świadomość jedności ciała i umysłu. Sposób, w jaki traktujemy ciało dziecka, jest szczególnie ważny w pierwszym okresie życia, zanim nauczy się komunikować za pomocą słów. Usta zgodnie z tą teorią to otwarcie na świat, główna brama, której zadaniem jest branie, przyjmowanie, import. Usta i nos są zasadniczymi, zewnętrznymi elementami systemu zasilania organizmu w tlen i pokarm, stanowią końcówkę niewidocznej pępowiny, która łączy nas z Ziemią, i ze wszechświatem. Uświadomienie sobie jej istnienia budzi zrozumienie, że zatruwanie biologicznego potencjału Ziemi jest tym, czym byłoby trucie i osłabianie własnej matki. Usta są też tą bramą, przez którą kontaktujemy się z duchowym, najprawdziwszym wymiarem naszego istnienia. To przez usta i dzięki ustom możemy symbolicznie uwewnętrzniać boski, święty wymiar życia podczas obecnych we wszystkich religiach ceremonii komunii. Także dzięki ustom zasilamy siebie i innych jeszcze jedną, niezbędną do życia energią, czyli… miłością.

Czyżby to całowanie zasilało nas miłością?
„Całowanie” to udane polskie słowo, które ten kontakt z drugim człowiekiem wyraźnie łączy z pojęciem stawania się całością. Nie wiem, czy językoznawcy to potwierdzą. Jeśli nie, to i tak będę się trzymał tego, że w całowaniu chodzi o stawanie się całością/jednością z ukochaną osobą. Każdy, kto się całował, o tym wie. Tak więc usta są tym kanałem, przez który oprócz powietrza, wody i pokarmu dostajemy i dajemy także miłość. Również w seksie całujemy się w usta, by najpierw zbadać, a potem ewentualnie zakomunikować naszą gotowość na dalszy ciąg procedury scalania się z drugą osobą.

Tylko takie cudne rzeczy możemy powiedzieć o ustach? A co choćby z pocałunkiem Judasza, który jest dowodem na to, że usta potrafią oszukiwać, a nawet skazywać na śmierć?
Ust podobnie jak innych części ciała możemy używać w dobrej i w złej wierze. Wracając do Judasza, sądzę, że raczej nie pocałował Jezusa w usta, bo szczerości takiego pocałunku nie sposób udać. Usta mogą kłamać tylko słowami. Nie potrafią udać szczerego uśmiechu czy rozpaczy. Najlepsi aktorzy mają z tym kłopot. Nasze wargi należą do szczególnej grupy mięśni okrężnych, czyli zwieraczy. Niechętnie myślimy o ustach jako o zwieraczu, ale to prawdziwy mistrz zwieraczy. Pozostałe stale obserwują je przez neurologiczny interkom i gdy usta przeciągną się i otworzą, na przykład w odruchu ziewania, to pozostałe zwieracze też wychodzą ze stanu stresowej mobilizacji w neutralny stan fizjologiczny. A ponieważ oprócz zwieraczy zewnętrznych mamy wewnętrzne, więc nawet jedno ziewnięcie odczuwamy jako odprężenie całego ciała. Dlatego w odartym z romantyczności fizjologicznym ujęciu całowanie jest idealnym wstępem do seksu zwłaszcza dla kobiet, gdyż rozluźnia zwieracze pochwy. Całujmy się więc długo, by dalszy ciąg był jeszcze lepszy.

Nieświadome kojarzenie palenia ze ssaniem piersi sprawia ponoć, że tak trudno nam rzucić papierosy.
Ludzi, którzy w dorosłe życie przenoszą przemożną, niemowlęcą potrzebę bycia nasycanym przez otoczenie płynnym lub stałym pokarmem, dobrymi, ciepłymi emocjami i pozytywną energią, nazywa się osobami o charakterze oralnym. Bierze się to z kiepsko zaspokojonych potrzeb niemowlęcych. Sytuacją idealnie odpowiadającą na oralne potrzeby niemowlęcia jest karmienie piersią. Niemowlę ma wtedy pięć w jednym: idealny pokarm, ciepło, kontakt, bezpieczeństwo i miłość. Czy to znaczy, że za pomocą butelki z mlekiem nie można zaspokoić oralnych potrzeb dziecka? Można. Pod warunkiem wszakże, że będzie się je karmić w kontakcie z nagą piersią matki lub innym fragmentem skóry. Jeśli dziecko pozostawimy sam na sam z butelką lub gdy nastąpią jakieś negatywne emocjonalne zawirowania w relacji matki z niemowlęciem, to w dorosłym życiu wszystko, co dzieje się wokół ust lub ma związek z ustami, będzie nadmiernie ważne. Usta staną się przyssawką, a cały człowiek będzie domagał się bezpieczeństwa, ciepła, kontaktu, uwagi i miłości, wręcz konsumował bliskich mu ludzi, dobre uczucia, bezpieczeństwo i wsparcie. Wykaże też skłonność do ciągłego trzymania czegoś w ustach (np. papierosa), do nadmiernego picia (np. słodkich alkoholi) oraz upodobanie do słodkiego jedzenia i potrzebę mamlania czegoś lub ciągłego popijania wody. Ale istnieją też dorosłe osoby oralne, które nie demonstrują swoich sfrustrowanych niemowlęcych potrzeb – bo zwątpiły, że zostaną kiedykolwiek nakarmione, albo zostały wychowane w duchu poświęcenia. Wtedy potrzeby oralne zostają wyparte i zastąpione tzw. heroizmem oralnym. Oralni herosi popadają w drugą skrajność: odmawiają sobie wszystkiego, aby dostarczyć innym to, czego sami nie mogli dostać. W ten sposób stają się dla innych tą, której zabrakło im w dzieciństwie: dostępną dla wszystkich, ale często nie dla swoich własnych dzieci, karmiącą na żądanie, wspierającą matką, która potem zbyt wcześnie umiera z wyczerpania.

Czy mężczyzn także ów heroizm oralny dotyka?
Rzadziej niż kobiety. Mężczyźni częściej usiłują na próżno zaspokoić swoje potrzeby oralne poprzez nadmierne picie i palenie. Usta to przede wszystkim jednak narzędzie werbalnej i niewerbalnej komunikacji. Wyraz ust jest często bardziej istotny dla otoczenia niż to, co te usta mówią. Kształt i proporcje warg mają też znaczenie. Wprawdzie jest genetycznie uwarunkowany – tak jak inne atrybuty wyglądu – ale też modyfikowany przez doświadczenie, charakter, a także nastrój. Jeśli na przykład doświadczenie sprawia, że stajemy się oceniający i kontrolujący, to nasze usta staną się wąskie i zaciśnięte, jakby wciągnięte do środka. Ich wyraz komunikuje niechęć i lekką agresję do świata. Usta i cały człowiek zamykają się na przyjazny i ufny kontakt. To jakby odwrotność oralności. Nawet genetycznie piękne i pełne wargi zmienią kształt pod wpływem tak mocno ugruntowanej, negatywnej postawy wobec świata. Ilość emocji i stanów umysłu, które można wyrazić ustami, jest ogromna. Żeby się nie pogubić i nie pomylić, można starać się imitować miny, które robi nasz rozmówca. Wtedy możemy poczuć, w jakim stanie emocjonalnym jest ten ktoś. Psychoterapeuci używają tej techniki, by lepiej odczytać stan umysłu pacjentów. Może być w tym również pomocna fizjonomika, praktyczna dziedzina wiedzy porządkująca obserwacje o związkach między kształtem i wyrazem twarzy a cechami charakteru oraz prawdopodobieństwem występowania określonych schorzeń. Nie tak dawno jeszcze lekarze, patrząc na twarz pacjenta, dowiadywali się dużo na temat jego zdrowia i ducha. Wiedzieli na przykład, że obrzmiała i obwisła dolna warga to znak chronicznego zaburzenia procesów trawiennych. Mieli też dostęp do wielu innych ważnych obserwacji, gromadzonych przez pokolenia lekarzy. Dzisiaj czytanie twarzy jest ważne dla psychoterapeutów i antyterrorystycznych programów komputerowych analizujących wyraz twarzy uczestników zgromadzeń.

Skoro wyraz ust może nam tak wiele powiedzieć o człowieku, to dlaczego kobiety wstrzykują sobie kwas hialuronowy w wargi?
Nieco wywinięta do góry, pełna i jędrna górna warga świadczy ponoć o żywym i namiętnym temperamencie seksualnym właścicielki. Może to prawda, może męski stereotyp na temat kobiet. Dla kobiet ważne jest jednak to, że mężczyźni tak myślą. Pewnie dlatego wstrzykują sobie ulepszacz w wargę. Tym bardziej że niektórzy biolodzy i antropolodzy kultury uważają, że pomalowane na karminowo, wydatne usta kobiet mają – kształtem i kolorem – kojarzyć się mężczyznom z waginą w stanie podniecenia. Tak więc okazuje się, że kobiece usta pełnią jeszcze jedną funkcję – sygnalizują seksualną gotowość. A gdy zważymy, że wiara w prawdziwość seksualnego komunikatu jest stereotypem, to trudno się dziwić kobietom posiadającym duży temperament, lecz pozbawionym stereotypowo ukształtowanych warg, że chcą wywiesić właściwy szyld. Z drugiej strony – jednak pamiętajmy o tym, że nasze ciało odzwierciedla nasz charakter, przekonania, trwałe nastawienie emocjonalne, stosunek do siebie, życia i świata. Ciało podąża za umysłem. Jeśli więc chcemy, by się zmieniło, w pełni i na trwałe rozwinęło swój wspaniały potencjał, to trzeba ten proces rozpocząć od pracy z umysłem. Zmiana opakowania nie wpływa przecież na jakość zawartości. Może jedynie zwieść amatorów. Uatrakcyjnienie wyglądu ciała za pomocą zabiegów chirurgii estetycznej nie uczyni z nas pogodnych, zmysłowych ludzi. To leczenie objawów z pominięciem przyczyn. Cóż z tego, że będziemy mieli pięknie wywiniętą górną wargę, skoro popędu seksualnego nam od tego nie przybędzie.

Oczywiście, nie ma nic złego w tym, by pozbywać się ograniczeń fizycznych, które blokują swobodną ekspresję naszego serca i umysłu. Jeśli więc buzujące w tobie libido nie znajduje ujścia w postaci godnego ciebie partnera, bo nie spełniając stereotypów estetycznych drugiej płci, pozostajesz nierozpoznana, to zrób sobie wywiniętą wargę, powiększ piersi i co tam jeszcze chcesz. Ale pamiętaj, że jak masz w środku wszystko posprzątane i odblokowane, to ciało ci rozkwitnie. Nawet warga może się wywinąć sama z siebie.

  1. Psychologia

Ciało w zmowie z duszą. Czy o świadomości umysłu można mówić bez świadomości ciała?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Każda emocja - radość, strach, ból - da się wyrazić przez ruch. Podskakujemy z radości, kulimy się ze strachu i wstydu, uciekamy, gdy się boimy. Oddzielenie ciała od duszy jest z gruntu fałszywe, bo to ciało jest integralną częścią istoty ludzkiej - zbroją, zapisem bólu i radości. 

Lecząc problemy duszy, skupiamy się na świadomości: uczymy się, pracujemy nad charakterem, badamy sny. Kiedy nie wychodzi nam w miłości czy w pracy, udajemy się na psychoterapię. Czy to wystarczy? Czy o świadomości umysłu można mówić bez świadomości ciała?

Jeśli powiemy psychoterapeucie, że wszystkiego przez głowę nie załatwimy, to prawdopodobnie nie uwierzy. Dla wielu podejście do psychiki od strony ciała to abstrakcja. Ale wyobraźmy sobie tylko, jak zmieni się życie kogoś, kto się garbił, chodził z pochyloną głową, płytko oddychał, przyjmował postawę „przepraszam, że żyję”, gdy uda mu się wyprostować? Bardzo, i to na plus. Będzie wyglądać na pewnego siebie i tak też będą traktować go ludzie. Czy to znaczy, że korekta problemu psychicznego na poziomie fizycznym wystarczy?

Czasami tak, zwłaszcza gdy to niedoskonałość ciała wpływająca na brak wiary w siebie – mówi fizjoterapeuta Adam Polański pracujący metodą Integracji Strukturalnej. – A z drugiej strony, jeśli usterka fizyczna nie zostanie usunięta, może odcisnąć na psychice takie piętno, że pomoc psychoterapeuty będzie niezbędna - dodaje.

Grażyna: „Kiedy lekarz powiedział mi, że mam coś z kolanami, uciekłam. Gdy jednak trafiłam do psychologa, usłyszałam, że być może umieściłam tam, w tych kolanach, coś czego nie chciałam ruszać, uznałam, że to jest bezpieczna szuflada, którą zamknęłam na klucz i nie chcę tam zaglądać. Potem odkryliśmy, że gdyby nie chore kolana, mogłabym chodzić w krótkich spódnicach, byłabym bardziej sexy! A kiedy pozostają zakryte, jestem… bezpieczna! Tak, właśnie, bezpieczna! Byłam w dzieciństwie molestowana seksualnie… Ja o tym zapomniałam, choć miałam wtedy 10 lat. Dopiero na psychoterapii wróciło do mnie to wspomnienie. Może kiedyś uda mi się założyć krótką spódnicę, na razie mogę chodzić na tenis, o czym zawsze marzyłam, ale strój odsłaniał kolana…”.

Marta: „Miałam łysienie plackowate, 70 procent ubytku włosów. Żyłam jak w żałobie, czułam się bardzo niekobieco, taki potworek z łysą głową. Zobaczyłam ogłoszenie Instytutu Terapii Tańcem i Ruchem, pomyślałam: „może ta terapia coś mi da?”. Pomogła – uwolniłam ciało. Najpierw poczułam tak jakby spadł mi pięciokilowy ciężar z głowy. Potem wyprostowały mi się ręce, co się wiąże z pewnością siebie, bo były zawsze takie przygięte. A potem... nigdy nie lubiłam swojego brzucha, bo za gruby, za duży. Ale na warsztacie z metody Anny Halprin, która łączy Gestalt i terapię tańcem, miałam wizję: lilii unoszącej się na wodzie. Wtedy poczułam, jakby to coś, co mnie zawsze uciskało w pasie, puściło. Włosy mi odrosły i czuję się teraz zupełnie inaczej. Dotarłam też do źródeł mojego perfekcjonizmu. Wychowywałam się bez ojca, pragnęłam idealnego taty i sama chciałam być idealną córką. Teraz wiem, że każdy ma prawo do błędu. Nie wszystko zależy ode mnie. Zawsze obawiałam się, że czegoś mi brakuje, że nie jestem prawdziwą kobietą – co znalazło odbicie w chorobie ciała”.

Ciało jak zbroja

Jak uczucia zapisują się w ciele? Każda emocja: radość, strach, ból da się wyrazić przez ruch. Podskakujemy z radości, kulimy się ze strachu i wstydu, uciekamy, gdy się boimy – mówi Adam Polański.

Dziecko na przykład zrobi wszystko, żeby być kochanym, akceptowanym, takim jak chcą rodzice, i udaje mu się to za sprawą określonych napięć mięśniowych – mówi Jagna Ambroziak, psychoterapeutka zajmująca się problematyką psychosomatyczną. – Szybko uczy się, że aby nie wyrażać złości, bo mama się gniewa, wystarczy zablokować brzuch i przestać oddychać przeponą. Dlatego właśnie to kobiety często mają kłopot z oddychaniem przeponą, bo ją zablokowały, żeby być grzecznymi dziewczynkami. Mężczyźni z kolei mają unieruchomione klatki piersiowe. Nie wolno im było być mięczakami, mazgajami, babami, czyli płakać, wzruszać się.

Z zakazu przeżywania określonej emocji czy określonych zachowań tworzą się bloki, deformacje ciała. Czasem jest ich tak dużo, że przyjmują kształt zbroi, która usztywnia i uniemożliwia swobodną ekspresję. Taka zbroja, niczym gips, w którym przebywa ciało, powstaje, gdy dziecko chronicznie odcina ból, rozpacz, lęk, by pozyskać poczucie bezpieczeństwa i miłość opiekunów. A potem powoduje szereg chorób: stawów, kręgosłupa, systemu trawienia.

Ciało ma naturalne zadanie – reagować, przygotować do właściwej reakcji: ucieczki, obrony, miłości – mówi Jagna Ambroziak. – Ale jeśli odcinamy się od gniewu, złości, lęku, to one odciskają się w naszym ciele. I jeśli ktoś kiedyś dotknie tego obszaru, gdzie zaklęte w mięśniach tkwią odcięte emocje, np. podczas pracy terapeutycznej nad ciałem, te zaczną budzić się, przebijać do świadomości.

Możemy wtedy przeżywać różne emocje albo tylko westchnąć i odczuć fizyczną ulgę, jakby odpuszczając sobie napięcie z dawnych czasów – dodaje Adam Polański.

Strach może być blokowany w różnych miejscach, często w nogach, bo je spinamy, by zablokować naturalny odruch ucieczki. Mężczyźni, którzy są ambitni, chcą zdobyć władzę i pieniądze, miewają nadmiernie rozwinięty korpus (i kłopoty z zaangażowaniem uczuciowym), bo cała energia idzie na to, by mogli – dosłownie i w przenośni – piąć się po szczeblach kariery. Z kolei otłuszczone biodra, uda i pupy u kobiet mogą świadczyć o powstrzymanej agresji. Jeśli złość jest zablokowana w rękach, to dowód, że chcieliśmy zaatakować, ale tego nie zrobiliśmy. Dlaczego? Zazwyczaj z prostego powodu: przed rodzicami albo innymi bliskimi nie ucieka się, nie atakuje ich. Uczymy się tego już w dzieciństwie – żeby przetrwać, trzeba ufać, nawet wbrew faktom.

Przypatrz się swoim problemom

– Wyobraź sobie, że bardzo, bardzo chcesz być gdzie indziej, niż jesteś. Ale ktoś albo coś zmusza cię do tego, byś była tu, gdzie jesteś. Zamknij oczy i powyobrażaj to sobie chwilę – zachęca Jagna Ambroziak. – A teraz otwórz oczy i sprawdź, gdzie czujesz w ciele napięcie? Może w kolanach i udach? Czy te części ciała bolą cię albo ich nie lubisz? Uczucie przymusu można znaleźć w różnych miejscach na ciele. I często one właśnie chorują albo coś się z nimi złego dzieje.

Alicja: Mąż dostał pracę za granicą. Pojechałam z nim, choć nie miałam ochoty. Prawie od razu po przyjeździe zaczęłam gorzej widzieć, tracić wzrok. Lekarze nie mieli pojęcia, co mi jest. Poszłam do psychoterapeuty i tam odkryłam, że nie chcę patrzeć na cudowny świat, w którym żyję. Marzę, by wrócić do swojego małego mieszkanka. Konflikt przeniosłam z ciała do świadomości.

Jeśli ktoś przychodzi do psychoterapeuty z objawami cielesnymi, które nie są spowodowane medycznymi przyczynami, to znaczy, że jakiś swój konflikt psychiczny umieścił w ciele.  Ale nie da się go rozwiązać, póki tam jest. Żeby to zrobić, trzeba go wyjąć z ciała i przenieść do świadomości, czyli zdać sobie sprawę, na czym ten problem polega.

To nie oznacza, że Alicja musiała kupić bilet i wracać. Gdy zdała sobie sprawę z problemu, mogła świadomie podjąć decyzję. Z jakiegoś ważnego dla siebie powodu postanowiła zostać. A kłopoty z oczami minęły.

Odcięcie świadomości od ciała

Zainteresowanie połączeniem umysłu i ciała w kontekście zmian psychiki zaczęło się w USA. Wilhelm Reich i Aleksander Lowen jako pierwsi uznali, że podstawą zaburzeń psychicznych człowieka jest odcięcie świadomości od ciała. To odcięcie – uważane za naturalne w naszej kulturze, tak naprawdę jest efektem nerwicy, a nie elementem natury ludzkiej. Jak więc powinno być?

Energia powinna mieć możliwość swobodnego przepływu. Powinniśmy czuć złość, nie odcinać się od niej, co nie znaczy atakować. Wystarczy powiedzieć: „czuję złość”. Nie cenzurujmy swoich emocji, wszystkie są potrzebne. Bo w istocie to informacje – mówi Jagna Ambroziak. – One sygnalizują, że dzieje się coś, co wymaga reakcji. Ktoś, kto nie odczuwa złości, zazwyczaj tkwi w koszmarnych związkach, jest wykorzystywany, nadużywany. Nie potrafi się obronić. Złość jest sygnałem, że zostały przekroczone granice. Ciało czyta to jako pierwsze, bo powstało przecież wcześniej niż umysł. Szybciej też reaguje…

Jest też siedliskiem przyjemności. Dlatego ten, kto nie może zmusić się, żeby iść na basen czy gimnastykę, zwykle ma kłopot ze sprawianiem ich sobie. Żeby potańczyć, powygłupiać się, musimy rozbić te bloki, odważyć się czuć. Ale my skupiamy się na tym, żeby bezpiecznie przetrwać. A to znaczy: spiąć się i być czujnym, a nie rozluźnić i „na hipopotama” chlapać się w basenie.

Od czego zacząć? Można – przy użyciu głowy – zbadać swój stosunek do ciała. Stanąć nago przed lustrem i opowiedzieć sobie o swoim ciele, o jego budowie, charakterystycznych cechach i właściwościach, a potem przekształcić to opowiadanie tak, jakbyśmy mówili o całym sobie...

Aleksander Teisseyre, psycholog, od lat interesujący się świadomością ciała w ujęciu Psychologii Integralnej Kena Wilbera, twierdzi, że rozwój świadomości ciała to ważny aspekt rozwoju człowieka. – Prowadzi do nawiązania bliskiej, intymnej relacji z własnym organizmem, umożliwia ściślejszą integrację ciała i umysłu – mówi. – Umysł i ciało wchodzą w dialog, informują się nawzajem. Można korzystać z inteligencji ciała, by zdobyć więcej informacji na temat swoich potrzeb. Znane są różne metody takiego dialogu, np. focusing, przedstawiony w książce Martina Siemsa „Ciało zna odpowiedź”.

Roman: „Pewne traumy są zapisane tak głęboko w ciele, że nie można do nich dojść od strony głowy. Głowa zrobiła wszystko, by o nich zapomnieć” – tak mi powiedział mój mistrz i dlatego zacząłem pracować z ciałem. To dało niezwykłe efekty. Teraz pytam ciało o wiele rzeczy, bo ono czuje świat. Odpowiada mi obrazami, jak intuicja. Kiedy spytałem o sytuację w moim poprzednim związku, pokazało mi pustkę, ciemności, nie wróżyło to dobrze i tak też było.