Jak wygwizdać Kolumba

Starożytni Grecy, którzy lubili zapuszczać się w te strony, snuli domysły, czy ta wyspa to przypadkiem nie mityczne Pola Elizejskie. Tajemnicza rajska kraina, którą opisywał Homer. Do dziś nie do końca odkryta.

Turyści wpadają tu przy okazji. Na kilka godzin, co najwyżej na weekend. Zwykle z siostrzanej Teneryfy, największej i najbardziej obleganej z Wysp Kanaryjskich. Podróż promem, który kursuje między wyspami kilka razy dziennie, zajmuje około 45 minut. Tych, którzy na Teneryfie całe dnie spędzali na plaży lub w przyhotelowym basenie z kolorowym drinkiem w ręku, maleńka Gomera może naprawdę zaskoczyć.

Zamglona kraina rudzielców

To jedyna wyspa na wulkanicznych Kanarach, na której nie było erupcji od dwóch milionów lat. Na Gomerze próżno szukać księżycowych krajobrazów charakterystycznych choćby dla Fuerteventury, są za to wyrzeźbione przez erozję bazaltowe skały w najdziwaczniejszych kształtach. W samym sercu wyspy, która cała ma kształt prawie idealnego koła (w najszerszym miejscu osiąga 25, w najwęższym – 22 kilometry), stoi najwyższy szczyt: wygasły wulkan Garajonay (1478 m n.p.m.).

Gomera jest przede wszystkim idealnym miejscem na trekking. Kilkugodzinna wycieczka to trochę jak podróż w czasie i przestrzeni. Pokrywające zbocza pagórków uprawne pola tarasowe przywodzą na myśl Azję. Usiane palmami doliny i kaktusy – Amerykę Południową. Z kolei lasy laurowe z powyginanymi krzewami wawrzynu, kanaryjskimi sosnami, mchem i ogromnymi paprociami wyglądają jak scenografia z filmu „Park jurajski”. Tylko powiewy sirocco, wiatru, który niesie piasek z Sahary, przypominają, gdzie jesteśmy naprawdę – u północno-zachodnich wybrzeży Afryki. A jednak kiedy w XV wieku żołnierze konkwisty dobili do brzegów wyspy, żeby ją skolonizować, na miejscu nie zastali ani Arabów, ani żadnego afrykańskiego ludu. Rdzenni mieszkańcy Guanczowie byli wysokimi, smukłymi rudzielcami z błękitnymi oczami. Plemię ubranych w skóry wojowników żyjących w jaskiniach.

Szybko stali się niewolnikami Hiszpanów, którzy stopniowo zasiedlali całe Kanary. Trzy pokolenia wystarczyły, żeby Guanczowie wymarli. Zdołali jednak pozostawić po sobie coś, co czyni Gomerę naprawdę wyjątkową.

Zamiast tam-tamów

Podstawówki na Gomerze to chyba jedyne szkoły na świecie, gdzie bez przeszkód można, a nawet trzeba wygwizdać sprawdzian i pracę domową. A potem jeszcze dostać z tego jak najlepszą ocenę. A to wszystko właśnie dzięki Guanczom. O co chodzi? O el silbo. Tradycyjny język mieszkańców Gomery.

Wkładasz środkowy lub serdeczny palec lewej ręki do ust, drugą rękę zwijasz i przykładasz do ust, tak jakbyś chciał krzyknąć coś na dużą odległość. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Na pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam-tamy. Skuteczniejszy i bardziej dokładny.

Najpierw Guanczowie gwizdali w swoim własnym, rdzennym języku. Kiedy jednak przymuszeni zostali przez konkwistadorów do mówienia po hiszpańsku, przystosowali praktyczny kod el silbo do hiszpańskiego brzmienia. I ta forma przetrwała do dziś. Przez setki lat pasterze kóz nawoływali się w ten sposób, także sąsiedzi oddalonych od siebie gospodarstw przekazywali tak dobre i złe wieści. El silbo podupadł dopiero w XX wieku, kiedy zaczęły wypierać go telefony. W latach 80. i 90. sytuacja była już tak poważna, że władze zaczęły zastanawiać się, jak ratować tak ważną część kultury. W końcu wprowadzono gwizdanie jako obowiązkowy przedmiot w szkołach.

Także starsi wrócili do korzeni, modne są dziś kursy el silbo, choć za lekcję płacić trzeba słono – 70 euro. Sporo, szczególnie w miejscu, które boryka się z dużym bezrobociem i gdzie jedna trzecia z 20 tysięcy mieszkańców musi szukać zatrudnienia na sąsiednich, chętniej odwiedzanych przez turystów wyspach: Teneryfie czy Fuerteventurze.

Zmiany, zmiany, zmiany

Do lat 70. ubiegłego wieku głównym źródłem utrzymania mieszkańców Gomery było rolnictwo. Uprawiano tu banany, pomidory, a także palmy, z których uzyskuje się słodki miód palmowy. Dziś na światowym rynku konkurencja jest tak duża, że Gomera musi utrzymywać się głównie z turystyki. Ma do tego doskonałe warunki. Wspaniałe trasy trekkingowe, delikatny klimat, coraz lepszą bazę noclegową i niezrównaną kuchnię. Polędwica wieprzowa z sosem daktylowym, zupa z rukwi wodnej i warzyw, pikantna pasta serowa, ciastka z mieszanki prażonych zbóż gofio – to tylko niektóre z tutejszych specjalności.

Na Gomerze zobaczycie i wioski z krytymi rdzawą dachówką domkami, które wyglądają, jakby czas zatrzymał się tu w miejscu. Wreszcie zakłady garncarskie, w których wyrabia się ceramikę tą samą techniką co dwa, trzy wieki temu. W ważne święta procesje, a w nich kobiety w mantylkach jak ożywione kadry z filmów Almodóvara. Nic dziwnego, że z roku na rok liczba turystów odwiedzających Gomerę rośnie. Z jednej strony to dobrze, wyspa ma szansę rozwoju. Z drugiej – trzeba się śpieszyć. Kto wie, jak długo jeszcze Gomera zachowa swój spokój i nieodparty urok.

Zakochany odkrywca

Mieszkańcy Gomery lubią nazywać swoją wyspę „La Isla Colombina”, wyspą Kolumba. Dlaczego? „Wodą z tej studni ochrzczono Amerykę” – taki napis można znaleźć na jednym z podwórek w stolicy Gomery – San Sebastian. Woda z wiekowej studni trafiła w beczkach na statki floty Kolumba i 6 września 1492 roku wyruszyła w dalszą podróż. Do dziś w San Sebastian stoi nie tylko studnia, gdzie Kolumb uzupełnił po drodze zapasy, ale i kościół Wniebowstąpienia, gdzie modlił się o powodzenie misji, a także dom, w którym się zatrzymał. Wracał tu zresztą kilka razy, bo jak głosi plotka, zakochał się we wdowie po tutejszym gubernatorze.