1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Odporność psychiczna. Czym jest? Jak ją wzmacniać?

Odporność psychiczna. Czym jest? Jak ją wzmacniać?

Odporność psychiczna to m.in. umiejętność konstruktywnego myślenia o sobie, o świecie, o popełnionych błędach. (fot. iStock)
Odporność psychiczna to m.in. umiejętność konstruktywnego myślenia o sobie, o świecie, o popełnionych błędach. (fot. iStock)
Dlaczego jedne osoby są w stanie podnieść się po największych porażkach, otrzepać i iść dalej, a inne może załamać czyjaś krzywdząca opinia czy niespełniona miłość? Za oba te scenariusze odpowiada nasza odporność psychiczna. Cecha, w którą jesteśmy wyposażeni wszyscy w mniejszym bądź większym stopniu. Psycholog biznesu dr Anna Syrek-Kosowska przekonuje, że warto ją nie tylko poznać, ale i rozwijać.

Odporność psychiczna - co oznaczy ten termin? Intuicyjnie zdajemy się rozumieć. Na ile jednak intuicyjna definicja pokrywa się z naukową? Pojęcie odporność psychiczna najczęściej bywa utożsamiane z „byciem twardym”. W świetle badań psychologicznych jest to jednak zbyt duże uproszczenie. Według prof. Petera Clougha z Uniwersytetu w Manchesterze i dr. Douga Strycharczyka, konsultanta w zakresie rozwoju zasobów ludzkich,  autorów znakomitej książki "Odporność psychiczna. Strategie i narzędzia rozwoju” i światowej sławy autorytetów w tej dziedzinie – odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności, w jakich przychodzi nam się z nimi mierzyć, czyli niezależnie od tego, czy jesteśmy zdrowi, pełni energii, majętni  i otoczeni gronem oddanych nam osób czy osamotnieni, schorowani  i w kiepskiej sytuacji finansowej.

Autorzy wymieniają cztery filary odporności psychicznej, ujęte w tzw. modelu 4C. Pierwszy to wyzwanie (challenge), czyli postrzeganie życiowych wyzwań jako szansy; drugi – pewność siebie (confidence), oznaczającą wysoki poziom wiary w swoje możliwości; trzeci – zaangażowanie (commitment), czyli wytrwałość w realizowaniu zadań; czwarty – poczucie wpływu/kontrola (control), rozumiane jako przekonanie o tym, że mam wpływ na swój los.

Na odporność psychiczną, czyli sposób radzenia sobie ze stresem wpływają także inne czynniki, jak wiek, płeć, umiejętność korzystania ze wsparcia społecznego czy kondycja fizyczna. W innych definicjach odporności psychicznej zwraca się też uwagę na takie jej elementy, jak wewnętrzna dyscyplina, wiara w siebie, cierpliwość, wytrwałość, odpowiedzialność, tolerancja bólu czy pozytywne nastawienie. Jak widać, naukowe rozumienie odporności psychicznej jest bardzo szerokie i o wiele głębsze niż potoczne, ale w dużym stopniu się z nim pokrywa.

Czy jest jakiś związek między wysoką odpornością psychiczną a zadowoleniem z życia czy może nawet szczęściem? Na co dzień pracuję z kadrą zarządzającą, m.in. z zarządami dużych firm i korporacji, mam więc okazję mierzyć natężenie tej cechy u konkretnych osób przy użyciu rozmaitych narzędzi, w tym tzw. kwestionariusza MTQ48, i równocześnie obserwować, np. podczas coachingu, jakie praktyczne konsekwencje może mieć mniejsza lub większa odporność psychiczna i jak bardzo wpływa na subiektywne poczucie zadowolenia i spełnienie w różnych życiowych rolach. Osoby odporne psychicznie postrzegają wyzwania jako nowe możliwości, a ich wiara w siebie, wytrwałość w osiąganiu celów i poczucie wpływu na życie pozwalają na stawianie sobie ambitnych celów, przezwyciężanie trudności i sprzyjają poczuciu sprawstwa. W obliczu sytuacji stresujących takim osobom jest po prostu łatwiej.

Moje obserwacje potwierdzają to, co wychodzi też w innych badaniach – im większą mamy odporność psychiczną, tym więcej osiągamy i lepiej się czujemy. Czy to jest równoznaczne z poczuciem szczęścia? Niekoniecznie. Wartością leżącą u podstaw odporności psychicznej jest raczej zadowolenie niż szczęście rozumiane jako stan powiązany z przeżywaniem przyjemności, zaangażowaniem i poczuciem sensu. Odporność psychiczna ma największy związek z czymś, co możemy określić jako równowaga i wewnętrzny spokój.

W jakim stopniu na odporność psychiczną ma wpływ genetyka, a w jakim doświadczenia życiowe i środowisko, w którym wyrastamy? Czyli w jakim stopniu rodzimy się odporni, a w jakim dopiero tacy się stajemy? Badacze traktują odporność psychiczną jako cechę osobowości, którą w dużym stopniu dziedziczymy po przodkach, ale jednocześnie dodają, że jej poziom może być zmieniany. Na taką możliwość wskazują zarówno badania w dziedzinie epigenetyki, jak i efekty odpowiednich treningów, które osobom mniej odpornym psychicznie pozwalają rozwinąć zdolności psychiczne i lepiej radzić sobie w sytuacjach silnie stresujących.

Peter Clough i Doug Strycharczyk twierdzą, że odporność jest dość plastyczną cechą naszej osobowości, a jej poziom w ciągu życia może zarówno rosnąć, jak i maleć. Spadek odporności mogą spowodować długotrwały stres, dotkliwe porażki czy zmiana stanu zdrowia i kondycji psychicznej. Z kolei na wzrost odporności duży wpływ ma środowisko, w jakim wyrastamy, oraz postawa rodziców wobec trudnych wydarzeń, z jakimi stykamy się we wczesnym rozwoju.

Z pewnością to, na ile jesteśmy odporni psychicznie, w dużej mierze wpływa na nasze życie, szczególnie w obliczu presji i wyzwań. Jako przykład podam coś z własnej działki. Badania przeprowadzone na grupie menedżerów pokazują wyraźny związek między poziomem odporności psychicznej a miejscem w strukturze organizacyjnej. Większa odporność wiąże się zwykle z wyższym stanowiskiem i wyższą odpowiedzialnością.

Co ciekawe, Peter Clough i Doug Strycharczyk podkreślają, że opozycją do odporności psychicznej nie jest słabość, ale wrażliwość. Dodają, że nie oznacza to bynajmniej, że osoby wysoce odporne są niewrażliwe. Autorzy koncepcji odporności psychicznej faktycznie sporo uwagi poświęcają w książce właściwemu rozumieniu jej przeciwności – określanej jako wrażliwość, a nie jako słabość psychiczna. Zgodnie z tym rozróżnieniem osoby bardzo odporne psychiczne nie dopuszczają do siebie presji, wyzwań czy silnego stresu – po prostu „nie robi to na nich wrażenia”. Z kolei osoby mniej odporne są bardziej podatne na stres, wyzwania i presję, a więc i mocniej odczuwają ich negatywne skutki.

W praktyce często spotykam się z utożsamianiem wrażliwości z empatią, co może być o tyle mylące, że w konsekwencji osoby „mniej wrażliwe” mogą być postrzegane jako mniej wyczulone na potrzeby innych, bardziej egocentryczne, przypominające roboty w ludzkiej skórze. Może to wzbudzać opór, szczególnie wśród osób, które charakteryzują się wysoką odpornością psychiczną i równocześnie są empatyczne oraz wrażliwe na emocje innych. Badania jednoznacznie dowodzą, że można być jednocześnie odpornym psychicznie i opiekuńczym. Co więcej, wykazują silny pozytywny związek między odpornością psychiczną a inteligencją emocjonalną. Osoby o wysokiej inteligencji emocjonalnej potrafią nie tylko rozpoznawać i kontrolować własne stany emocjonalne, ale też stany emocjonalne innych. Warto jednak pamiętać, że inteligencja emocjonalna nie ma nic wspólnego z nadmierną emocjonalnością, która może wręcz przeszkadzać w odczytywaniu emocji.

A czy można być zbyt odpornym psychicznie? Na podstawie badań i obserwacji można mówić o potencjalnie negatywnych skutkach skrajnie wysokich wyników związanych z poszczególnymi wymiarami składającymi się na model 4C. Na przykład zawodowo te konsekwencje to branie na siebie za dużo obowiązków, co u menedżerów czasami przybiera formę tzw. mikrozarządzania, niedostrzeganie własnych słabości, angażowanie się w zbyt wiele zadań jednocześnie oraz niezauważanie, że inni są mniej zmotywowani i potrzebują większego wsparcia lub ośmielenia.  Z kolei w codziennym życiu osoby z wysoką odpornością psychiczną mogą podejmować niepotrzebne ryzyko, a w przypadku bardzo dużej pewności siebie – w skrajnych przypadkach mogą być odbierani jako aroganccy i dominujący. Według mnie kluczowy jest kontekst, w jakim osoba o wysokiej odporności psychicznej działa. Zupełnie inaczej będzie się przekładać na efekty pracy wysoka odporność dowódcy wojskowych sił specjalnych, a zupełnie inaczej artysty. Są takie obszary życia, np. relacje, w których to właśnie większa wrażliwość jest bardziej cenna i adekwatna.

Myślę, że niezależnie od poziomu naszej odporności psychicznej, zawsze ważna jest uważność w kontakcie z drugą osobą. Dzięki niej łatwiej nam dostrzec, jak bardzo się różnimy w odbieraniu świata i we wrażliwości na stresujące zdarzenia. Zwłaszcza w świecie biznesu niezbędne jest, by lider znał swoje mocne strony i potencjalne obszary rozwoju, ale też umiał dostrzec potencjał pracowników, biorąc pod uwagę także ich większą lub mniejszą odporność psychiczną.

Rodzice też są swoistymi menedżerami swoich dzieci… Rodzice mają ogromny wpływ na swoje dzieci, warto o tym pamiętać także w obszarze kształtowania czy rozwijania odporności psychicznej od najmłodszych lat. Zadania rodziców w tym temacie to m.in. zachęcanie dzieci do uprawiania sportu czy po prostu regularnej aktywności fizycznej, rozwijanie pewności siebie, stawianie adekwatnych do wieku wyzwań, pozytywne odpowiadanie na sukcesy dzieci, ale też pokazywanie, jak konstruktywnie radzić sobie z niepowodzeniami. Zainteresowanym szczegółami, polecam książkę Paula Tougha „Jak dzieci osiągają sukces”.

Oczywiście trzeba zacząć od siebie i przyjrzeć się własnym postawom wobec wyzwań i sposobom radzenia sobie ze stresem – w ten sposób będzie nam łatwiej naturalnie modelować pozytywne wzorce u dzieci. Szczególnie ważne jest nietraktowanie dziecka jako kopii siebie samego lub kogoś, kto ma nam wynagrodzić stracone szanse, a dostrzeganie indywidualnych potrzeb i dobieranie do nich odpowiednich metod wychowawczych.

Mam wrażenie, że szczególnie dzisiaj – kiedy codziennie towarzyszą nam stres i presja – warto wzmacniać swoją odporność psychiczną. Rzeczywiście, żyjemy w streso- i presjogennej rzeczywistości. Z danych dotyczących kondycji psychicznej naszego społeczeństwa wynika, że dla wielu ta presja jest zbyt wielka, na przykład wskaźnik samobójstw wśród mężczyzn to aż 25 osób na 100 tys., co znacząco przekracza średnią dla Unii Europejskiej (16 osób). Dramatyczny jest także odsetek samobójstw wśród dzieci. W ogóle rośnie liczba osób borykających się z problemami psychicznymi czy uzależnieniami. Poza tym jesteśmy narodem zmęczonych ludzi, którzy często nie wiedzą, jak zadbać o swoją kondycję psychiczną i emocjonalną. Badania pokazują, że osoby bardziej odporne psychicznie o wiele lepiej radzą sobie ze zmęczeniem. Na szczęście sporo się zmieniło w świadomości społecznej na temat zdrowego stylu życia, znaczenia diety i aktywności fizycznej. Warto, aby równie popularne jak praca nad ciałem, stały się techniki wzmacniania własnej psychiki – wtedy będziemy mogli mówić, że naprawdę zatroszczyliśmy się o nasze zdrowie.

Dr Anna Syrek-Kosowska: psycholog biznesu, executive coach i superwizor coachingu (acc. CSA). Specjalizuje się w zarządzaniu talentami, ocenie psychometrycznej i coachingu. Wykładowczyni oraz prelegentka uczelni polskich i zagranicznych. Autorka wielu publikacji z obszaru psychologii i rozwoju kapitału ludzkiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Najlepsze teksty 2020 roku, które budowały naszą odporność psychiczną w pandemii

Wygrywają ci, którzy nie poddają się pesymizmowi; którzy są w stanie dopuścić stratę i zaakceptować, że może być nawet duża, ale jednocześnie skupiają się na tym, co można zrobić, żeby to, co się da, zabezpieczyć, a czego się nie da, odbudować w przyszłości. (Fot. iStock)
Wygrywają ci, którzy nie poddają się pesymizmowi; którzy są w stanie dopuścić stratę i zaakceptować, że może być nawet duża, ale jednocześnie skupiają się na tym, co można zrobić, żeby to, co się da, zabezpieczyć, a czego się nie da, odbudować w przyszłości. (Fot. iStock)
Pandemia przyniosła wiele napięć i trudnych momentów, ale stała się również czasem refleksji i przewartościowania wielu spraw. To unikalne doświadczenie każdego z nas - tylko od nas zależy jak z niego skorzystamy. 

  1. Psychologia

Jak zachować zdrowie psychiczne?

Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Albert Ellis, psycholog, psychoterapeuta, twórca terapii racjonalno - emotywnej, wymienił 13 elementów, które znacząco wpływają na stan psychiczny.

Uznany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne za jednego z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku - Albert Ellis zgłębiał tajniki ludzkiego umysłu. W szczególności interesowały go tajniki umysłu chorego, zaburzonego, pełnego lęków, napięć i fobii. W toku swych zawodowych poczynań zadał sobie trud zdefiniowania człowieka zaburzonego, zarówno w sferze społecznej, poznawczej jak i emocjonalnej.

Według Ellisa człowiek zaburzony przejawia zachowania autodestrukcyjne uniemożliwiające samorealizację, przeżywanie szczęścia i spełnienia w życiu. Twierdził on, że negatywne emocje wywodzą się z błędnej interpretacji świata, a nie z samej rzeczywistości. Negatywne przekonania są drogą do niewłaściwej i irracjonalnej percepcji samego siebie, tym samym mogą prowadzić do zaburzeń neurotycznych, depresyjnych, czy cierpienia.

Skoro błędne przekonania są źródłem lęku, to jakie przekonania są właściwe? Czym w takim razie jest zdrowie psychiczne?

Według Ellisa osoba zdrowa psychicznie myśli w sposób logiczny, tak samo również działa. Nie jest autodestrukcyjna, nie zachowuje się wrogo, depresyjnie czy lękliwie. Może się rozwijać, uczyć na własnych błędach i brać, w sposób rozsądny to, co najlepsze z życia.

Albert Ellis wymienił 13 obszarów, które pozwalają cieszyć się lepszym samopoczuciem i pozostać w zdrowiu psychicznym.

1. Dbanie o własne dobro

To prawo do bycia sobą. To JA jestem kowalem swojego losu, biorę sprawy w swoje ręce i piszę scenariusz do filmu „moje życie”, bez niepotrzebnych powinności, zewnętrznych przymusów czy zachowywania konwenansów. Moje potrzeby wyznaczają moje cele. Szanuję innych, ale przede wszystkim respektuję siebie.

2. Przystosowanie społeczne

Człowiek to nie samotna wyspa, dlatego inni potrzebni są mu do szczęścia. JA lubię ludzi, a oni lubią mnie. Dobre relacje interpersonalne, współpraca, obcowanie z drugim człowiekiem - definiują przystosowanie społeczne.

3. Autonomia

Mam świadomość własnego JA, niezależności, zdrowej potrzeby akceptacji, przyjęcia odpowiedzialności za własne życie. Zachowuję własną przestrzeń w związku i odcinam pępowinę od rodziców.

4. Tolerancja

Tolerancja to prawo do inności, prawo do błędu, pomyłek, wybaczania. Daję to prawo sobie i innym. JA nie potępiam, nie oceniam, pamiętam, że tak jak i JA, każdy jest tylko człowiekiem.

5. Akceptowanie dwuznaczności i niepewności

Przekonanie, że świat ma charakter probabilistyczny i nic na ziemi nie jest całkowicie konieczne i pewne. JA eksploruję świat, smakuję mądrze życie i nie przestaję się uczyć.

6. Giętkość myślenia

Jestem ciekawy poznawczo, otwarty na zmiany i nowości. Słucham siebie, ale i słucham innych, jestem otwarty na nowe idee i poglądy.

7. Myślenie naukowe

Stawianie hipotez to moja specjalność. Myślę krytycznie, racjonalnie i obiektywnie - to mój sposób na pojmowanie świata i rozumienie siebie.

8. Zaangażowanie

Czyli aktywność w działaniu, zarówno w pracy jak i prywatnie. Odważnie zdobywam świat, cechuję się kreatywnością i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Szukam lepszego życia i robię wszystko, aby tak było.

9. Podejmowanie ryzyka

Pomimo, że istenieje ryzyko niepowodzenia są cele, które chcę osiągnąć. Bez naiwności, ale z rozwagą, bez pyszałkowatości, ale z pokorą podejmuję nowe wyzwania.

10. Samoakceptacja

Akceptuję siebie w pełni i bezwarunkowo (przeszłość, dokonania, wygląd). Kocham i lubię siebie, nie narcystycznie i zuchwale, ale rozsądnie i dojrzale. Zdrowa samoocena przekłada się przecież na relacje z innymi ludźmi.

11. Hedonistyczne, ale rozsądne nastawienie do życia

Poszukuję przyjemności tylko wtedy, gdy to jest najlepsze rozwiązanie dla mnie. Nie bawię się w miałkie przyjemności, które do niczego nie prowadzą. Nie ma sensu też zadręczać się przekonaniem, że przyjemność jest czymś złym.

12. Brak perfekcjonizmu i utopijnych poglądów

Akceptuję, że nie da się być najlepszym we wszystkim. Wiem, że perfekcjonizm czy idealizm istnieją tylko w filmach albo w snach. Dążę ku temu, co ma sens. Moja świadomość pomaga mi zrozumieć, że czasem dobrze, znaczy tyle samo, co idealnie.

13. Przyjmowanie odpowiedzialności za własne trudności

Nie obwiniam innych za całe zło tego świata. Widzę, gdzie jest granica mojego JA, co jest w zasięgu mojej ręki, a co staje się trudnością, na którą nie mam wpływu.

  1. Psychologia

Trudniej, czyli łatwiej. O pożytkach z przeciwności

Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Czy rzeczywiście potrzebujemy nieustannego podnoszenia poprzeczki, trudnych wyzwań, przeszkód, a nawet traum, żeby się uczyć, rozwijać, osiągać siłę i dojrzałość? Czy miał rację Nietzsche, pisząc: co mnie nie zabija, czyni mnie silniejszym? Tak, ale…

Kiedy trener tenisa każe mi stawiać kroczki odstawno-dostawne, zżymam się: „Czy nie prościej po prostu podbiec do piłki normalnym krokiem?”. A on na to: „Najpierw musi być trudniej, żeby potem było łatwiej”. To prawda. W nauce tenisa – i nie tylko – nie ma innej drogi. A w pozostałych przypadkach? Duchowi mędrcy przekonują, że tak naprawdę rozwija nas tylko to, co trudne. Potwierdza to wiele badań psychologicznych. Bezsprzecznie nasze osiągnięcia, postawy, hart ducha zależą od zmagań z tym, co niełatwe. Ale słowa Nietzschego nie są prawdziwe w każdej sytuacji. Na pewno nie sprawdzają się w momentach bezpośredniego zagrożenia życia, gdy jesteśmy świadkami ciężkich wypadków, ofiarami gwałtów, przemocy. U ludzi doświadczających takich przeżyć rozwija się często zaburzenie zwane zespołem stresu pourazowego (PTSD). Ostatnie badania nie pozostawiają cienia wątpliwości – nadmierny stres wywołuje depresje, zaburzenia lękowe, choroby układu krążenia. Z drugiej jednak strony – nie da się uniknąć nieszczęść. Trzeba więc nie tylko nauczyć się radzić sobie z życiowymi trudnościami, ale także umieć dostrzec w nich szansę.

Małgorzata Skoneczna, lat 45, kiedyś nauczycielka matematyki, teraz bizneswoman, matka trzech synów: – Cztery lata temu nagle mój świat zawalił się jak domek z kart. Dosłownie i w przenośni. Tamtej nocy, gdy mąż poczuł swąd palonego drewna, zdążyliśmy tylko wyskoczyć z łóżek. Ogień w mgnieniu oka objął cały dom. Kiedy dzieci były już na zewnątrz, przez moment zawahałam się: a może spróbować zabrać coś ważnego i cennego, dokumenty, biżuterię, parę ważnych książek, jakieś ubrania? Stanęłam jak wryta, nie umiałam podjąć decyzji, odwróciłam się na pięcie i wybiegłam. Mąż wrócił, niestety. Zanim strażacy go wydostali, poparzył się tak dotkliwie, że do dzisiaj ma niedowład lewej ręki. Nic nie udało się uratować, a dom nie był ubezpieczony. Zostaliśmy nie tylko bez dachu nad głową, ale także bez poczucia bezpieczeństwa i nadziei, że zdołamy się podnieść. Rozpaczałam, byłam zdołowana, przerażona. Ale trzeba było zająć się dziećmi, na nowo organizować sobie życie. W pierwszym okresie bardzo pomogli nam przyjaciele i rodzina. Mąż przez pół roku dochodził do zdrowia, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Po wakacjach nie wróciłam do pracy w szkole, zatrudniłam się w biurze rachunkowym. Rok później otworzyłam swoje. Szło mi na tyle dobrze, że mogłam wziąć kredyt i rozpocząć budowę domu. Po dwóch następnych latach – już w nim zamieszkaliśmy. Firma, którą prowadzimy teraz razem z mężem, mimo kryzysu bardzo dobrze prosperuje. Gdyby nie piekło, przez które przeszliśmy, nigdy nie odważylibyśmy się zmienić pracy (mąż był urzędnikiem), założyć swojego biznesu. To potworne doświadczenie bardzo scementowało naszą rodzinę, pokazało, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Od tamtej pory nic nie jest dla mnie straszne, wiem, że zawsze dam sobie radę.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Doświadczenie Małgorzaty dowodzi, że ciężkie przeżycia mogą mieć także pozytywne skutki, psychologia nazywa je „rozwojem pourazowym”. Badania osób, które zostały dotknięte przez nieszczęścia, pokazały, że choć tragedie wyniszczają, to w rezultacie mogą wyjść ludziom na dobre.

Jonathan Haidt, profesor psychologii na Uniwersytecie w Wirginii, w książce „Szczęście” pisze o trzech rodzajach korzyści płynących z trudnych doświadczeń, tych samych, o których mówi Małgorzata. Pierwsza korzyść jest dla wszystkich zaskakująca. Bo oto sobie poradziłam! Stać mnie na to! Choć wcześniej myślałam, że nie przeżyłabym spalenia domu, choroby męża, zwolnienia z pracy, okazuje się, że gdy przyjdzie mi mierzyć się z tymi przeżyciami, daję radę. Jedną z najważniejszych lekcji, jaką ludzie wynoszą z takich doświadczeń, jest wiedza, że są dużo silniejsi, niż się spodziewali. Ta świadomość własnej siły dodaje im pewności siebie, dzięki czemu lepiej radzą sobie z następnymi wyzwaniami i dużo szybciej odzyskują równowagę niż inni. Przede wszystkim dlatego, że już to przetrenowali.

Drugi rodzaj korzyści płynących z trudnych przeżyć to spektakularny sprawdzian jakości naszych relacji. Trudności działają bowiem niczym filtr naszych związków z ludźmi. Jedni w takich sytuacjach się sprawdzają, inni nie. Małgorzacie pomogli przyjaciele, rodzina, ale część znajomych nagle przestała się do niej przyznawać. I niekoniecznie dlatego, że są nieczuli, źli. Czasem ludzie nie wiedzą, jak się zachować, albo nie potrafią poradzić sobie z własnym dyskomfortem.

Trzeci pożytek z przeżycia trudnych chwil to zmiana, czasem diametralna, naszego systemu wartości, filozofii życia. Przestajemy wtedy zabiegać aż tak bardzo o materialną stronę życia, martwić się na zapas, a zaczynamy cieszyć się każdym dniem, doceniać innych, a nawet stajemy się hojni i łagodni. Wszyscy słyszeliśmy o ludziach, którzy przeżyli nawrócenie moralne po tym, jak otarli się o śmierć. Ci, którzy wygrali walkę z rakiem, określają chorobę jako sygnał alarmowy, punkt zwrotny, dzięki któremu uświadamiają sobie, że są śmiertelni, że życie jest darem. Gdyby nie owo „zło”, nie byłoby zmiany na lepsze. Zauważył to już sam Szekspir w „Jak wam się podoba”: „Miłe pożytki ma w sobie przeciwność: jest jak ropucha szpetna, jadowita, a jednak klejnot świeci nad jej czołem”.

Jaka powinna być owa przeciwność, żeby efekty świeciły potem jak klejnot? Słaba czy mocna? Dyskomfortowa tylko czy aż traumatyczna? Ile wziąć na plecy, żeby się nie złamać?

Wśród psychologów długo nie było co do tego zgodności. Jedni twierdzili, że tylko umiarkowana trudność, czyli mały stres, może działać stymulująco. Inni uważali, że ludzie muszą doświadczać mocnych wyzwań, żeby się rozwijać, a pewien stopień rozwoju osobistego jest osiągalny wyłącznie dla tych, którzy doznali wielkiego nieszczęścia i sobie z nim poradzili.

Jeśli prawdziwa byłaby druga wersja, oznaczałoby to, że powinniśmy częściej podejmować ryzyko i doznawać porażek. A także – że musimy wyzbyć się nadopiekuńczości wobec dzieci, bo w ten sposób nie tylko je rozleniwiamy, ale przede wszystkim pozbawiamy owych „zdarzeń krytycznych”, które pomagają im wyrosnąć na silne osoby. Okazuje się, że to jednak nie takie proste. Jak wykazał psycholog Dan McAdams, wszystko zależy od człowieka, jego cech osobowości, takich jak: neurotyczność, ekstrawertyczność (introwertyczność), otwartość na doświadczenia, ugodowość. Od tego, jak adaptuje się w nowych sytuacjach, jakie włącza wtedy mechanizmy obronne, jakimi kieruje się wartościami, przekonaniami. I po trzecie – od swojej historii życia, którą tworzymy, świadomie lub nieświadomie, interpretując własne zachowania, wysłuchując opinii innych na swój temat.

Wszystkie te trzy poziomy wzajemnie się przenikają, tworząc miks odpowiedzialny za reakcję na trudność czy cierpienie. Inaczej na przykład zareaguje ekstrawertyk (szybciej zaadaptuje się do trudności) niż introwertyk. Inaczej optymista, który skupia się na jasnych stronach życia i szuka dobrego we wszystkim, co go spotyka. Optymiści zakładają, że ich wysiłki przyniosą pożądane skutki, więc natychmiast zakasują rękawy i biorą się do pracy. Jeśli nawet im się nie powiedzie, to i tak są przekonani, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z kolei osoby dorastające we wspierającej rodzinie częściej niż te z rodzin toksycznych przekuwają osobiste kryzysy w zdarzenia pozytywne, na przykład niesienie pomocy innym.

Wyrzucić z siebie to, co boli

Traumatyczne przeżycia rozbijają nasz system wartości, odbierają poczucie sensu życia. Ale zaraz potem zmuszają do prób złożenia rozsypanych części w całość. I wtedy zastanawiamy się nad sobą i swoim życiem, szukamy pomocy w psychoterapii, odwołujemy się do Boga. Dlatego, gdy już się podniesiemy, mamy poczucie, że zmieniliśmy się na lepsze.

Amerykański psycholog James Pennebaker wykazał, że psychologiczne skutki nieszczęść zależą nie od tego, jak owe zdarzenia były ciężkie, ale od naszej postawy po ich zaistnieniu. Przeprowadził badanie polegające na tym, że ludzie z jednej grupy mieli za zadanie opisywać (po 15 minut przez cztery dni) najbardziej traumatyczne doświadczenie swojego życia, a w drugiej opisywali w tym samym czasie obojętne wydarzenia, na przykład typowy dzień. Przez rok Pennebaker śledził ich zdrowie. I co się okazało? Że ludzie z grupy opisującej swoje traumy zdecydowanie rzadziej odwiedzali gabinety lekarskie i trafiali do szpitala. Co więcej, u tych, którzy wnikliwie opisywali swoje przeżycia, próbując zrozumieć to, co się stało, zaobserwowano nawet poprawę stanu zdrowia!

W późniejszych badaniach Pennebaker poprosił ludzi, aby wyrażali swoje uczucia poprzez taniec lub śpiew. Te formy ekspresji nie przynosiły jednak korzystnych skutków. Dlatego wniosek z jego badań jest jeden: Jeżeli chcemy uwolnić się od traumy, zamknąć bolesny rozdział życia – musimy to z siebie wyrzucić za pomocą słów. Możemy rozmawiać o tym z kimś nam przyjaznym albo na ten temat pisać, psycholog zaleca 15 minut dziennie przez kilkanaście dni. Nie wolno przy tym cenzurować siebie, przejmować się gramatyką, stylistyką czy ortografią. Wystarczy po prostu pisać. O tym, co się wydarzyło, o swoich emocjach i uczuciach i dlaczego ich doświadczamy. Można też nagrywać swoją opowieść albo mówić samemu do siebie. Najważniejsze, żeby ujawnić swoje myśli i uczucia bez prób ich porządkowania, po jakimś czasie same ułożą się w spójną całość. Pennebaker uważa, że każdy z nas może doświadczyć pozytywnych skutków nieszczęść, jednak pod kilkoma warunkami. Po pierwsze, zanim jeszcze spotka nas coś złego, powinniśmy zmienić sposób interpretacji tego, co nam się przydarza (badacz optymizmu Martin E.P. Seligman nazywa to „stylem wyjaśniania”). Czyli zauważać w każdym zdarzeniu to, co dobre, kierować myśli na to, co pozytywne (psychologowie zapewniają, że można się tego nauczyć!). Po drugie, pielęgnować relacje z ludźmi. Bliscy potrafią słuchać, mówią szczerze, co myślą, a to pomaga zrozumieć sens bolesnych przeżyć. Po trzecie, to propozycja dla wierzących i otwartych na duchowość, szukać wsparcia w religiach, filozofiach, praktykach duchowych. Niektórym ludziom tylko wiara pomaga odnaleźć sens w najtrudniejszych chwilach życia.

Wszystko w swoim czasie

Badania pokazują, że pożytki z przeciwności losu są różne w zależności od momentu życia, w jakim tych zdarzeń doświadczamy. Jeżeli przytrafiają się we wczesnym dzieciństwie, to dobrych rezultatów na ogół nie przynoszą. Z drugiej jednak strony – maluchy są zdumiewająco odporne na jednorazowe trudne doświadczenia, które destrukcyjnie działają dopiero wtedy, gdy są przewlekłe. Natomiast z całą pewnością nie wyrządzają dzieciom krzywdy niepowodzenia, porażki, trudności, które trzeba przezwyciężać na co dzień. Co więcej – takie doświadczenia są najlepszym nauczycielem! Dzieci potrzebują wielu niepowodzeń, żeby się przekonać, że osiągnięcie sukcesu wymaga ciężkiej pracy i wytrwałości.

Psychologowie są zgodni co do tego, że najmłodszych trzeba chronić przed traumami, ale nie przed codziennymi obowiązkami. Tymczasem wielu rodziców robi dokładnie odwrotnie – funduje swoim pociechom obowiązki ponad siły (obciążające kursy, treningi), a wyręcza w codziennych czynnościach (karmi, ubiera, myje, sznuruje buty) albo „podkłada się” w czasie gier i zabaw. A wszystko po to, aby im ulżyć i je rozweselić, „bo one takie zmęczone, smutne, znudzone”. To poważny błąd – twierdzą psychologowie.

O tym, jak ważne dla rozwoju dziecka są obowiązki i trudne wyzwania, świadczą doświadczenia dzieci z rodzin dwujęzycznych. Gosia Dobrowolska, aktorka od 30 lat mieszkająca w Australii, podkreśla, że wychowuje już drugie dwujęzyczne pokolenie. Do wnucząt (podobnie jak kiedyś do córki) mówi tylko po polsku. – Dla małych dzieci to wprost nieocenione doświadczenie – twierdzi. – W sposób fenomenalny rozwija mózg, ćwiczy także narządy mowy, które po takim treningu nie mają problemów z artykulacją innych języków. Ale na początku nie jest to łatwe – i dla dziecka, i dla rodziców. Z całą pewnością jednak warto przejść tę drogę. Ja nawet uważam, że trud wychowywania w dwóch językach to największy dar, jaki można dziecku ofiarować.

A jak trudności wpływają na młodych ludzi? Jak pokazują badania, w tym wieku nawet bardzo bolesne przeżycia summa summarum przynoszą więcej pożytku niż szkody. Amerykański socjolog Glen Elder badał, jak ludzie radzili sobie po traumatycznych przeżyciach (wojny, ciężkie kryzysy). I co się okazało? Że przeciwności losu (zwłaszcza te, które młodzi ludzie przezwyciężali) miały najbardziej dobroczynny wpływ na osoby w wieku między 15. a 25. rokiem życia. Starsi w dużo mniejszym stopniu wykorzystywali takie przeżycia do osobistego rozwoju. Co o tym decydowało? Między innymi siła relacji – młodzież o wiele bardziej niż starsi trzyma się razem, dzieli przeżyciami. Elder podkreśla, że bolesne doświadczenia uczyniły wielu młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy pokonali poważne trudności życiowe w wieku dwudziestu kilku lat, silniejszymi, lepszymi, a nawet szczęśliwszymi.

Badacze wpływu trudnych przeżyć na nasze życie dowodzą, że do tego, żeby przyniosły one dobroczynne skutki, muszą zostać spełnione określone warunki. Otóż powinny przytrafić się we właściwym czasie (najlepiej we wczesnej dorosłości), właściwym osobom (tym, które dysponują umiejętnościami społecznymi, optymistom) i w odpowiedniej dawce (zbyt silna trauma może spowodować zespół stresu pourazowego). Żaden psycholog nie stworzył jednak przepisu na idealne życie ze starannie zaplanowanymi przeciwnościami losu, które miałyby pozytywny wpływ na każdego człowieka.

Boris Cyrulnik, neuropsychiatra z Uniwersytetu w Tulonie, twierdzi, że cierpienie i przyjemność to dwie strony tego samego medalu. Jedno napędza drugie – kiedy spotyka nas nieszczęście, marzymy o szczęściu. Kiedy jednak je osiągamy, szukamy nowych wyzwań, wpędzając się w kolejne nieszczęścia. W świetnej książce „O ciele i duszy” pyta: Czy moglibyśmy kochać, gdybyśmy nie cierpieli? Czy szukalibyśmy bezpieczeństwa, nie zaznawszy lęku i uczuciowej straty? To prawda – bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.

  1. Psychologia

Wystartował bezpłatny cykl warsztatów online wspierający odporność psychiczną

Przy takich chorobach jak nowotwór psychika również potrzebuje profesjonalnego wsparcia. (fot. iStock)
Przy takich chorobach jak nowotwór psychika również potrzebuje profesjonalnego wsparcia. (fot. iStock)
Chorzy na raka mierzą się nie tylko z długo trwającą i często bolesną terapią, muszą też stawić czoła lękom, rozpaczy, wątpliwościom, czy uda im się wyzdrowieć. Chorobę interpretują jako wyrok. Dla ich bliskich jest to również bardzo trudny emocjonalnie czas.

Diagnoza jest dla większości pacjentów tak dużym stresem, że często utrudnia im normalne funkcjonowanie. Niektórzy zaczynają wątpić w sens życia i tracą wiarę, że terapia przyniesie pozytywne skutki. Strach przenosi się na całą rodzinę. Dlatego właśnie, w tych ciężkich chwilach, warto korzystać z pomocy psychologa i wsparcia innych specjalistów – wsparcia, które pomoże wyrwać się z natłoku czarnych myśli, wyciszyć emocje i obniżyć stres utrudniający leczenie.

„Zdrowiej” to cykl warsztatów online wspierających radzenie sobie ze stresem dla osób w trakcie leczenia onkologicznego i ich bliskich.

Celem cotygodniowych spotkań jest pomoc w złagodzeniu psychicznych i fizycznych objawów związanych z przebiegiem choroby nowotworowej. Jak podkreśla Elżbieta Kozik, prezes Ruchu Społecznego Polskie Amazonki: „Prowadzone przez nas spotkania online są źródłem inspiracji i wsparciem dla pacjentów i ich bliskich w całej Polsce, którzy czują silny stres i chcą lepiej sobie z tym stresem radzić. Obecna sytuacja może być szczególnie wymagająca dla osób w trakcie leczenia onkologicznego, które już wcześniej doświadczały przecież dużo stresu. Przekazujemy konkretną wiedzę i ćwiczenia, które praktycznie pokazują jak wzmacniać się na co dzień. Co tydzień zajmujemy się innym tematem, zapraszamy serdecznie”.

Specjaliści, którzy prowadzą warsztaty, opierają się na takich metodach jak mindfullness, czy coaching kryzysowy, który jest pomocny przy bardzo silnych emocjach, gdy chory przestaje radzić sobie z kryzysem.

- Mindfulness czyli metoda rozwijania uważności poprzez medytację od wielu lat praktykowana jest jako uzupełnienie leczenia szpitalnego i w wielu krajach jest refundowana przez system ochrony zdrowia. Badania naukowe pokazują, że praktyka uważności prowadzi do łagodzenia objawów, zarówno psychicznych i fizycznych związanych z leczeniem chorób onkologicznych, takich jak ból, stres, zmęczenie. Poprawia jakość życia, optymalizuje układ odpornościowy oraz poprawia nastrój” – mówi Magdalena Knefel, członek zarządu PARS Polskie Amazonki Ruch Społeczny oraz współprowadząca warsztaty.

Cykl warsztatów rozpoczął się 29 września. Udział w spotkaniach jest bezpłatny. Aby w nich uczestniczyć należy wypełnić formularz.

Program kolejnych spotkań:

  • 6.10. - jak radzić sobie z emocjami i oswajać te, które są nieprzyjemne?
  • 13.10. – jak radzić sobie z myślami, kształtować wspierające przekonania oraz znaleźć sposób na zamartwianie?
  • 20.10. - jak pomagać sobie kiedy dopada kryzys?
  • 27.10.- jak radzić sobie ze stresem?
  • 3.11. – jak skutecznie komunikować się z bliskimi?
  • 10.11.- jak wspierać i uzyskać wsparcie, którego potrzebujesz?
  • 17.11. – jak zaprosić do życia więcej wdzięczności i przyjemności?

Więcej informacji na stronie www.ruchspoleczny.org.pl

Polskie Amazonki Ruch Społeczny to organizacja pożytku publicznego, której celem jest wywarcie pozytywnego wpływu na standard diagnostyki, leczenia i rehabilitacji wszystkich rodzajów nowotworów. Stowarzyszenie inicjuje i wspiera akcje profilaktyczne i edukacyjne związane z rakiem piersi, tarczycy, płuc, skóry, jajnika, wątroby oraz nerek.

  1. Styl Życia

Niech ta jesień będzie inna! Jak nie dać się chandrze?

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Dla wielu z nas jesień oznacza kryzys w rocznym cyklu życia. A kryzys ma to do siebie, że albo da nam siłę do walki, albo powali i osłabi. Wybierzmy pierwszą opcję i skonfrontujmy się ze wszystkim, co trudne. Nie po to, żeby cierpieć, lecz by móc to zmienić. A wiosną powiedzieć sobie: „Ale szybko minęła ta szarówka. Zrobiłam tyle fajnych rzeczy, że nawet nie zdążyłam załamać się pogodą”.

Dla wielu z nas jesień oznacza kryzys w rocznym cyklu życia. A kryzys ma to do siebie, że albo da nam siłę do walki, albo osłabi. Wybierzmy pierwszą opcję i skonfrontujmy się ze wszystkim, co trudne. Nie po to, żeby cierpieć, lecz aby móc to zmienić.

Dla większości z nas życie toczy się w dwóch światach: wiosenno-letnim, kojarzonym z radością i aktywnością oraz jesienno-zimowym, utożsamianym z brakiem energii, a nawet z melancholią. Temu podziałowi sprzyja klimat. Ale czy musimy się mu poddawać? To nie pory roku powinny decydować o tym, jak wygląda nasze życie. Uświadomienie sobie tego może być pierwszym krokiem do zmian. Niech ta jesień będzie inna. Koniec z mówieniem: „Byle do wiosny”, i z obiecywaniem: „Wiosną schudnę, poszukam nowej pracy, wyjdę do ludzi”. Takie odraczanie różnych działań tylko pogarsza nasze samopoczucie. Czujemy złość, bo zaczynamy postrzegać się jako osoby słabe. Bezczynność karmi też wszystkie lęki.

Ja i jesień - mój rozwój

„Zapiszę się na angielski, francuski, zacznę nowe studia” – obiecujemy sobie. I nic z tym nie robimy. A potem zazdrościmy komuś, kto dobrze zna język albo ciągle się dokształca. Złościmy się na siebie, że kiedyś coś zaniedbałyśmy. Im większą czujemy złość, tym mniej chce nam się zacząć. Dlaczego rezygnujemy z tego, co dla nas ważne? – Naszym największym wrogiem jest wewnętrzny opór – mówi Małgorzata Ohme, psycholożka i psychoterapeutka. – Istotne, żeby zobaczyć, z czego on wynika. Czasem winne jest tzw. wyobrażenie poznawcze, czyli wizja tego, ile trzeba będzie poświęcić czasu i energii, aby osiągnąć cel. Tak jakby edukacja była potworem, który wtargnie do naszego świata i zdestabilizuje dotychczasowy porządek. Czasem przyczyną są stereotypy. „Nauka w tym wieku? To wariactwo. Kształcenie jest dla młodych”. Często też nie chcemy się konfrontować z własnymi emocjami, choćby ze wstydem wynikającym z poczucia, że jesteśmy kimś gorszym (a przecież podczas lekcji to się wyda).

Gdy już wiemy, czego się boimy, możemy to zwizualizować. W taki sposób często z naszymi lękami pracują terapeuci. Załóżmy, że najtrudniejszy jest wstyd. Terapeuta spytałby: „Co może się stać najgorszego podczas pierwszych zajęć nauki języka?”. Usłyszałby na przykład: „Może się okazać, że jestem najsłabsza”. Dopytałby: „Ale co konkretnie znaczy dla ciebie "najsłabsza"? Może to, że nie odezwiesz się na lekcjach? Albo że nie będziesz potrafiła prowadzić swobodnej konwersacji? Bądź jako jedyna uciekniesz z zajęć i więcej się na nich nie pojawisz?”. Kolejne pytanie dotyczy tego, jak możesz sobie z tym poradzić – na przykład umawiając się ze sobą, że niezależnie od wszystkiego wytrzymasz trzy zajęcia albo porozmawiasz z koleżanką, która biegle zna język. Po co to robić? Żeby urealnić złudzenie, że ona jest wybitna. Może się okazać, że studiowała za granicą lub w dzieciństwie była z rodzicami na placówce. Urealnienie jest pomocne w odzyskiwaniu poczucia własnej wartości. Kolejny skrypt: „Jestem za stara” – też można urealnić. Każdy z nas przecież zna ludzi, którzy zaczynają robić coś późno: po pięćdziesiątce bronią doktoratu, zaczynają naukę języka, a nawet zmieniają zawód. Przykłady takich osób mogą nas zmotywować.

Karolina Cwalina, coach, twórczyni projektu „Sexy zaczyna się w głowie”, proponuje metodę, która pozwoli nam zacząć coś nowego. – Proszę klientki, żeby wyobraziły sobie, jak się czują z tym, że nie porozumiewają się dobrze po angielsku, niemiecku lub francusku. Mówią o złości, frustracji, zazdrości, poczuciu winy. Potem proponuję, żeby wyobraziły sobie siebie, gdy już podszkolą język – jakby to wpłynęło na różne obszary ich życia? Jeśli chodzi o pracę, najczęściej opowiadają o większych możliwościach rozwoju i awansu. Życie osobiste i przyjacielskie – brak poczucia wstydu, gdy podróżujesz z przyjaciółmi, możliwość załatwienia sprawy w każdym kraju. Gdy nazwiemy profity, które uzyskamy dzięki nauce, poczujemy przyszłą satysfakcję – dzięki temu łatwiej nam będzie zapisać się na zajęcia.

Rozbrajamy też bombę: „To zajmie mi tyle czasu…”. Nauka nie polega na tym, że każdego wieczoru ślęczymy w domu nad książkami. Zaczyna się od małych kroków, które wspólnie ustalamy, na przykład: kilka słówek dziennie, raz w tygodniu film w oryginalnej wersji językowej. Co zyskujemy? Latem mamy już za sobą co najmniej pół roku pracy – i nie chodzi tylko o naukę języka, ale także o wzrost poczucia wpływu i własnej sprawczości.

Ja i jesień - moje ciało

Lato jest dla naszego ciała bezlitosne. Obnaża wszystkie jego niedoskonałości. Obnaża też w jakimś sensie nas, bo żyjemy w czasach, gdy zadbane ciało jest synonimem siły, samokontroli i sukcesu. Jeśli jest za grube, za blade, za obłe – czujemy się źle. To trochę tak, jakbyśmy mieli wypisane na czole: „Nie radzę sobie ze sobą”. W efekcie, często z powodu lęku przed opinią innych lub z obawy przed konfrontacją ze swoimi głębszymi uczuciami, zaczynamy wiosną tresować ciało i je katować: głodówka albo monodiety, intensywne ćwiczenia… Ile w tym prawdziwego kontaktu ze swoją fizycznością i rozumienia jej?

Jesienią zaś ciało schodzi na dalszy plan. Schowane pod grubym ubraniem, ukryte pod płaszczem – przestaje być dla nas priorytetem. Wcześniej musztrowane, teraz zostaje zaniedbane. Nie służy mu nadmierna ilość alkoholu i inne używki, niezdrowe jedzenie oraz nadmierna praca.

– Zapominamy też, że zła komunikacja z ciałem wpływa negatywnie na nasze samopoczucie – mówi Małgorzata Ohme. – I tak wpadamy w błędne koło, bo wiosną mamy kilka kilogramów więcej, jesteśmy nieszczęśliwe i zmęczone. Tymczasem jesień to idealny czas, żeby odzyskać kontakt z ciałem. Otoczyć je troską i czułością, a nie traktować jak surowy nauczyciel czy rodzic, który stawia mu tylko wymagania. Pierwsze pytanie mogłoby brzmieć: „Co ukrywam pod warstwą tłuszczu: lęk, złość, jakieś zranienie?”. Drugie: „Co jest dla mnie naprawdę ważne i dlaczego?”. Mimo społecznej presji nie musimy wszystkie być takie same.

Warto zwizualizować to, jak chcemy wyglądać, oraz co będziemy czuły, gdy to się uda: co zyskamy, a czego na przykład boimy się zyskać. Część kobiet podświadomie boi się być szczupła, bo wiążą to z wybuchem seksualności, otwartością na mężczyzn, a one tego nie chcą. Powodem może być lęk przed zranieniem, utratą związku lub zmianą w życiu.

Następnie musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za dużo jemy. Dla wielu z nas jedzenie wiąże się z konkretnymi emocjami, choćby nudą. Latem mamy więcej bodźców, by być aktywnym. Ich brak jesienią możemy odreagowywać, pochłaniając jedzenie. Zajadać możemy też smutek, rozpacz, czasem złość i stres. Ważne, by rozpoznać własny przypadek i, gdy pojawi się dana emocja, rozładowywać ją w inny sposób: pójść na masaż, akupunkturę, spotkać się z przyjaciółmi. Albo poćwiczyć – nie musimy kompulsywnie angażować się w bieganie, chodzenie na siłownię, basen lub jogę. Tym razem (to plus) czas nikogo nie goni. Niektórzy psychoterapeuci proponują następującą technikę: rozbierz się, stań przed lustrem, dotykaj się z czułością, a w końcu zapytaj swoje ciało: „Hej, czego potrzebujesz? Jak mam o ciebie zadbać?”. Zaufaj pierwszej intuicyjnej odpowiedzi – możesz czuć wstręt na samą myśl o bieganiu, ale joga już nie będzie budzić takich emocji. Nieważne, co jest modne – czasem wystarczy zacząć od spacerów czy wyjścia w niedzielę na basen. Istotne, żeby tej jesieni przyświecała nam myśl: „Nie udaję, że mojego ciała nie ma. Codziennie przeznaczam pół godziny na to, żeby coś dla niego zrobić, nawet jeżeli ma to być tylko długa relaksująca kąpiel”.

Ja i jesień - sprawy zamiecione pod dywan

Niewniesiony pozew rozwodowy, choć minęło już tyle miesięcy, a nawet lat. Nieuregulowana kwestia alimentów, długi, brak ważnych dokumentów, wciąż odkładana wizyta u lekarza. Prawie każda z nas ma sprawę wymagającą załatwienia – czasem drobiazg, który jednak uwiera. Lato to nie zawsze dobry moment na konfrontację (a raczej doskonały moment, by unikać trudnych spraw), bo wakacje, wyjazdy, relaks… „Nic na to nie poradzę, inni też tak mają” – racjonalizujemy. Jesienią jednak stare sprawy często wracają. Możemy znów ich unikać, powtarzając: „Zajmę się tym, ale nie teraz. Wystarczy, że za oknem jest koszmarnie”. Ale możemy też spróbować zachować się dojrzale i zająć się załatwianiem tego, co wydaje się trudne. Małgorzata Ohme: – Za brakiem działań zwykle kryje się strach. To tak, jakbyśmy stały za zamkniętymi drzwiami i panicznie bały się je otworzyć, bo w pokoju, do którego nie chcemy wejść, jest bałagan. Tylko że jak unikamy wkroczenia do niego, bałagan narasta.

Im dłużej analizujemy, tym trudniej zrobić pierwszy krok. Weźmy choćby rozwód czy sprawę o alimenty. Co się kryje za niepodjęciem walki o pieniądze dla swojego dziecka? Najczęściej nasze wyparte uczucia: ból, smutek, nieumiejętność konfrontacji z byłym partnerem czy zaakceptowania tego, co się stało. Czasem lęk przed jego oceną, otwartym konfliktem, narażeniem się na zranienie. Tyle że nie robiąc nic i tak cierpimy: nasza sytuacja finansowa jest niestabilna, mamy głębokie poczucie niesprawiedliwości, frustruje nas brak wpływu na własne życie. Dobrze jest więc – choćby nawet na początku wbrew sobie – powiedzieć: „Koniec tego!”. Jak działać?

– Skoro nie potrafiłyśmy tego zrobić dla siebie, skoncentrujmy się na tym, że robimy to dla dziecka – radzi Karolina Cwalina. Oto pytania, które mogą nam pomóc znaleźć motywację: „Dlaczego dla mojego dziecka ważne są pieniądze od ojca?”; „Co zyska, jak to wpłynie na jego rozwój i poczucie własnej wartości?”; „Co ja będę czuła, gdy zagwarantuję mu bezpieczeństwo?”. Potem należy rozpisać plan działania: dziś dzwonię do koleżanki, która wygrała sprawę o alimenty, jutro znajduję prawnika, za trzy dni robię kolejną rzecz.

Tak samo jest z każdą odkładaną sprawą. Lepiej nie myśleć o niej jako całości i nie planować, że od razu załatwi się wszystko, tylko działać krok po kroku. Zrealizowanie zaległych zadań, nawet tak drobnych jak wizyta u lekarza, da nam poczucie mocy.

Ja i jesień - inni ludzie

– Jesień to jeden z tych momentów, kiedy szczególnie potrzebujemy wsparcia bliskich, bo sami mamy ograniczone zasoby energii – tłumaczy Małgorzata Ohme. – Dlatego dobrze wykorzystać ten czas na poukładanie relacji z innymi. Odcięcie tego, co minione, zbliżenie się do tych osób, na których naprawdę nam zależy, może otwarcie się na kogoś nowego?

Na co dzień rzadko przyglądamy się temu, jakie mamy związki z ludźmi: że komuś dajemy za dużo energii i nie wystarcza jej dla innej ważnej dla nas osoby lub nie mamy odwagi, żeby odezwać się do kogoś, kogo zaniedbałyśmy. W efekcie czujemy się obciążone i zmęczone. Jak oczyścić przestrzeń wokół siebie? Według mnie w relacjach międzyludzkich najbardziej magiczne słowo to „spróbujmy”. Jestem za tym, żeby walczyć o każdą relację, dopóki ma to sens i dopóki po drugiej stronie jest wola. Ale nawet jeśli jej nie będzie, my przynajmniej wiemy, że zrobiłyśmy wszystko.

Dlatego warto zadzwonić do przyjaciółki, do której nie odzywałyśmy się pół roku, albo do siostry, z którą weszłyśmy w konflikt. Przeprosić, umówić się na rozmowę, nawet jeśli druga strona początkowo okaże złość. Złość jest tylko emocją i mówi nie o nas, tylko o czyichś niezaspokojonych potrzebach. Być może nie odpowiedziałyśmy na oczekiwania kogoś innego, być może musimy zmierzyć się z czyimś rozczarowaniem. Taka jest dynamika wielu relacji. Czasem nie ma nic lepszego niż oczyszczająca rozmowa z kimś, z kim miałyśmy konflikt lub niewyjaśnione sprawy.

Inna kwestia to umiejętność kończenia niektórych znajomości – zobaczenia, z kim czuję się dobrze, a z kim źle. Człowiek ma bardzo silną potrzebę aprobaty społecznej. Chcąc być lubiani i doceniani, ulegamy iluzji, że sympatia innych gwarantuje nam sukces i powodzenie. A przez to często tracimy czas na zaspokajanie emocjonalne tych, których zaspokoić się nie da albo my tego nie potrafimy. Żeby ułatwić sobie zakończenie wyczerpującej energetycznie przyjaźni, warto odpowiedzieć na pytania: „Ile straciłam przez tę osobę?”; „Ile razy mnie zaniedbała, zapomniała o czymś dla mnie ważnym?”; „Ile razy czułam się zlekceważona, oceniana?”; „Czy chcę się czuć tak, jak czuję się przy tej osobie?”. Zrezygnowanie z jakiejś relacji bywa niełatwe, bo odpuszczamy kontrolę, przyznajemy, że nie dla każdego możemy być ważni, nie każdego obchodzimy. Im silniejsza jest ta narcystyczna część w nas, tym jest to trudniejsze, ale tylko dzięki temu oczyścimy przestrzeń wokół siebie. Karolina Cwalina proponuje: – Bardzo przydatne może być po prostu wypisanie na kartce dziesięciu osób, na których nam zależy, i ocenienie w skali od 1 do 10, ile czasu poświęcamy każdej z nich, ile ona nam oraz co mogłybyśmy zmienić ze swojej strony.

Ja i jesień - przyjemności

Małgorzata Ohme: – Nie musimy tej jesieni zrobić tych wszystkich wymienionych rzeczy i konfrontować się z każdym trudnym obszarem naszego życia. Dobrze zrobić choć jedną, by poczuć siłę i być może tym samym otworzyć drzwi kolejnym zmianom. Przy tym wszystkim nie powinniśmy zapominać o magicznym słowie: „przyjemność”. Mam wrażenie, że dualizm naszego świata polega również na dawaniu sobie zgody na przyjemności i zabawę latem oraz całkowitym pozbawianiu się tego jesienią. Od kilku lat bardzo pracuję nad tym, by tak nie robić. W moim jesiennym planie tygodnia jest miejsce na wyjścia, wyjazd, spotkania z przyjaciółmi. To moje „święte dni”. Nie zamykam się wtedy w domu, nie izoluję, choć często miałabym na to ochotę. Wiem, że jeśli odpuszczę jedno, ruszy lawina, którą trudno będzie zatrzymać. Dlatego jestem zwolenniczką przestrzegania dyscypliny przyjemności, które są tak samo ważne – o ile nie bardziej – niż obowiązki.