1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego powinniśmy uczyć dzieci wartości?

Dlaczego powinniśmy uczyć dzieci wartości?

Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. (Fot. iStock)
Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. (Fot. iStock)
Wychowując dziecko w poszanowaniu dla systemu wartości innych, dajesz mu potężny kapitał na przyszłość, a jednocześnie fundujesz ogromny prezent światu.

Czy podpiszesz się pod stwierdzeniem, że świat jest drapieżnym, nieprzyjaznym miejscem, w którym trzeba się mocno rozpychać łokciami? Jeśli tak, to podświadomie będziesz tak wychowywać dziecko, żeby sobie radziło w tych niesprzyjających warunkach, czyli będziesz zachęcać je do forsowania subiektywnego punktu widzenia i unikania odpowiedzialności. Pomyśl, co by było, gdyby udało ci się ukształtować człowieka dobrze dopasowanego do tego „strasznego” świata? Pierwsza byś tego gorzko żałowała. Zamiast dostosowywać wychowanie malca do agresji świata, lepiej wpoić mu system wartości, który nie tylko jest w stanie zmienić ten świat, ale też stanie się najlepszym kapitałem zapewniającym twojemu dziecku szeroko pojęty sukces.

Bagaż pełen zasad

Nie da się wychowywać dziecka na agresywne, pewne siebie wobec świata zewnętrznego i jednocześnie miłe, urocze, empatyczne i prawe w domu. Trzeba się na coś zdecydować. Kształtowanie charakteru w duchu wartości może początkowo wzbudzać obawy: no bo jak to – uczyć dziecko mówić prawdę, zachowywać się kulturalnie, wielkodusznie? Natychmiast inni wykorzystają jego wrażliwość! Te obawy nie są jednak uzasadnione. W długoterminowej perspektywie wygrywają ludzie hołdujący określonym wartościom i im wierni.

Mocno wpojona wartość to życiowy azymut. Nie da się przewidzieć, z jakimi sytuacjami będzie się musiał w przyszłości zmierzyć twój malec, jakie kompetencje będą mu w życiu potrzebne. Bez względu jednak na to, co mu życie przyniesie, porządny system wartości będzie go trzymał w pionie.

Uczciwość, rzetelność, punktualność, szacunek wobec siebie i innych obronią się zawsze. Rynek pracy jest już przesycony młodymi agresywnymi ludźmi – wykształconymi, ale bezwzględnymi i czasem zwyczajnie niemoralnymi. Wielu pracodawców zaczyna stawiać nie na kompetencje (które dziś łatwo nabyć), ale na cechy osobowościowe, takie jak: kultura osobista, pracowitość, systematyczność czy uczciwość.

W sytuacjach kryzysowych wysokie morale zaowocują korzyściami duchowymi. Świadomość, że zachowało się godność, przynosi ukojenie, daje oparcie, siłę wewnętrzną i poczucie sensu życia.

Wartości, które twoje dziecko wyniesie z domu, staną się bazą jego relacji z innymi osobami. Ludziom dobrym chce się pomagać. Wychowując dziecko na porządnego człowieka, powodujesz, że w sposób naturalny przyciąga ono do siebie innych prawych ludzi.

Kręgosłup moralny ochroni je przed demoralizacją, czyli złymi, szkodliwymi czy wręcz destrukcyjnymi wyborami życiowymi. Zamiast tego będzie podejmować słuszne z etycznego punktu widzenia decyzje we wszystkich sprawach i na każdym obszarze życia (wybór przyjaciół, form rozrywki, poglądów, zawodu). Dziecko wychowane bez systemu wartości jest zagrożeniem dla świata. Wpajanie zasad moralnych traktuj więc jak życiową misję.

Zestaw uniwersalnych wartości

Wartości – dobrze, ale jakie? Bez względu na to, jaki masz światopogląd, są uniwersalne zasady, które niezależnie od życiowych okoliczności pomogą dziecku, a potem dorosłemu człowiekowi, być zwyczajnie szczęśliwym i spełnionym. Normy moralne, tradycje religijne, odpowiedzialność, pokojowe nastawienie, uczciwość, szacunek wobec świata – i ludzi, i zwierząt. Zdrowe odżywianie, estetyka w ubiorze, nawyki higieniczne. To wartości, o  których można z całą pewnością powiedzieć, że warto je trwale zaszczepić. Zaowocują w przyszłości – człowiek z zasadami z reguły jest szanowany, lubiany – i wie, co robić w trudnych sytuacjach.

Jest jeszcze… grzeczność! Stanowczo zbyt mało miejsca poświęca się jej w wychowaniu. Uczmy grzeczności – po pierwsze, wobec siebie. Poczucie winy, że za mało czasu spędzamy z naszymi dziećmi, sprawia, że czasem lekceważymy ich zachowanie, nie wymagamy, by spełniały podstawowe standardy grzeczności wobec własnych rodziców czy dziadków. A szkoda.

Od dziś, każdego dnia zadaj sobie pytanie: „Jakie wartości chcę przekazać mojemu dziecku? Co jest dla mnie szczególnie ważne?”. Może będzie to religia, może nienaruszalna prawdomówność, może pracowitość, a może optymizm. Jesteś przewodnikiem i musisz wiedzieć, dokąd prowadzisz swoje stado.

Jak wpoić dziecku wartości

1. Zadbaj o satysfakcję

Dlaczego człowiek ma dokonywać niekorzystnych dla siebie wyborów? W imię czego? Z jakiego powodu ma na przykład nie kraść, skoro nadarza się okazja, albo zrobić coś kosztem innych, skoro nikt się o tym nigdy nie dowie? Żeby dokonywać wyborów według zasad moralnych, trzeba czuć z tego tytułu satysfakcję. Radość z bycia porządnym człowiekiem to podstawa wychowania w wartościach. Daj dziecku przyzwolenie na to, by czuło się dobrze, bo zachowało się prawidłowo. Gdy postąpi właściwie, zapytaj, jak się teraz czuje. Czy przyjemnie jest być w porządku? Wzmacniaj pozytywne zachowania, nagradzaj za prawidłowe postawy, zachwycaj się za każdym razem, gdy dziecko powstrzyma się od złego.

2. Nie bój się wielkich słów

Wielu rzeczy dziecko uczy się okazjonalnie. Tak jest również z moralnością, ale w tym wypadku warto o tym otwarcie mówić. „Moim obowiązkiem jest wychować cię dobrze, moim zadaniem jest…”. Nie bój się używać wielkich słów. Tu są na miejscu. „Nie wolno kraść. Nie wolno nikogo krzywdzić. Zwierzęta trzeba bezwzględnie szanować”. Mów otwarcie o wartościach.

3. Ucz myśleć o innych

Być może sama jesteś ofiarą wychowania w duchu źle rozumianej asertywności. Właśnie wyrosło całe pokolenie ludzi, których nic nie obchodzą inni, a słowo „ja” zajmuje centralne miejsce w ich słowniku. Wychowanie ku wartościom to odwrót od tego pomysłu pedagogicznego. Naucz swoje dziecko przejmować się innymi ludźmi, na tym się skup. To nic, że dookoła, zarówno w przedszkolu, w szkole, jak i na podwórku, będziesz słyszała, że dziecko powinno przede wszystkim wierzyć w siebie i niczym się nie przejmować. Ty skup się na wychowaniu w poszanowaniu dla innych ludzi, zwierząt i środowiska naturalnego.

4. Obcujcie ze sztuką

Czytajcie książki, wspólnie oglądajcie obrazy, ilustracje, filmy i chodźcie (jeśli to możliwe) do teatru. Nie ma lepszego poligonu do kształtowania kręgosłupa moralnego człowieka niż świat sztuki. Jest tu bowiem masa okazji do nabycia teoretycznej wiedzy na temat obowiązujących norm.

5. Dawaj przykład

Wpajanie wartości to dla rodzica ciężka praca, również nad samym sobą. Mamy w głowie wiele zasad etyczno-moralnych, ale przestrzegamy ich wybiórczo, naginamy do sytuacji i z łatwością znajdujemy okoliczności łagodzące. Ktoś, kto zabrał z pracy paczkę herbaty, nie nazwie siebie złodziejem. Przy dziecku nie działa jednak taryfa ulgowa. Ono widzi fakty: wynosisz z pracy swoje rzeczy czy nie, mówisz prawdę czy kłamiesz, jesteś rzetelna czy leniwa. Moralna ocena dziecka jest czarno-biała. Albo dajesz przykład, albo… nie licz na to, że uwierzy ci, że warto być porządnym człowiekiem.

6. Myśl perspektywicznie

Nie trać z oczu celu wychowawczego. Nie chodzi o to, żeby dziecko nie płakało, tylko żeby zrozumiało, że jeśli będzie biło inne dzieci, to nikt nie zaprosi go na urodziny. „Co z tego wyniknie nie za chwilę, a w wieloletniej perspektywie?” – tym pytaniem kieruj się, rozwiązując codzienne błahe problemy.

7. Zadawaj pytania

„Czy chciałbyś, żeby ktoś zrobił ci coś takiego?”, „Czy chciałabyś, żeby ktoś tak cię potraktował?”, „Co by było, gdyby wszyscy tak postępowali?”, „Chciałbyś się kolegować z kimś, kto tak robi?” – w ten sposób zwrócisz dziecku uwagę na to, jak ważne jest współodczuwanie.

8. Uważaj na opinie

Nie opowiadaj babci, co zjadł twój synek, czy do końca i ile spał, ale że ładnie się przywitał, posprzątał, dokładnie wykonał pracę domową.

Przykład: Pożyczyliście od kolegi film, mieliście dziś oddać, ale jest już późno, trzeba jeszcze zjeść kolację, a poza tym strasznie ci się nie chce wychodzić z domu. Co robić? Wybrać cel krótko - czy długoterminowy? Ma zwyciężyć lenistwo czy poczucie obowiązku? Jako rodzic nie możesz pozwolić sobie na żadne pobłażanie. Jeśli dziś pokażesz, że akceptujesz niesłowność, już nigdy tego nie nadrobisz. Trzeba zatem jechać do kolegi i oddać mu film. Korzyść z takiego zachowania jest olbrzymia. Powiedz dziecku o niej wprost: „Teraz możemy spać spokojnie. Zachowaliśmy się, jak należało”.

Ważne słowo: interioryzacja

Inaczej uwewnętrznienie, czyli: głębokie przyswojenie, uznanie jako swoje własne, pełna akceptacja. Interioryzacja ma szczególne znaczenie w nauczaniu wartości. Nikt nie ma możliwości pilnowania człowieka przez cały czas i we wszystkich sprawach. Dlatego najistotniejszym czynnikiem moralności jest samokontrola. Zasady znane lub stosowane tylko wybiórczo, w zależności od okoliczności, to twoja porażka wychowawcza.

Metoda „Porządny człowiek”

Gdy chcesz dać dziecku wskazówkę albo wyjaśnić, dlaczego powinno zachować się tak, a nie inaczej, używaj argumentu pt.: „Bo porządni ludzie tak robią”. To hasło jest dla dziecka informacją: porządny człowiek tak robi, a tak nie robi. Nie ma sensu tłumaczyć dlaczego, odwoływać się do norm moralno-etycznych. „Nie wolno dla zabawy zabijać lub męczyć zwierząt. Porządny człowiek tak nie postępuje”. Kropka. Dzieci otrzymują od rodziców za dużo informacji, tymczasem one potrzebują tylko jasnych, klarownych i absolutnie jednoznacznych wskazówek, co jest dobre, a co złe.

Przygotuj się na to, że dziecko zacznie zadawać niewygodne pytania. Na przykład w obecności twoich teściów zapyta: „Kim jest dziadek, skoro bije psa? Czy tak postępuje porządny człowiek?”. Dziecko wychowywane ku wartościom będzie wyłapywać wszelkie „złe” zachowania u innych i będzie odczuwać silną chęć wychowywania wszystkich wokół siebie. Niech ludzie, których dziecko diagnozuje jako nieporządnych, sami sobie z tym poradzą. Czasem takie zawstydzenie przez malucha dobrze im zrobi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Moje dziecko jest nieśmiałe

Nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej. (Fot. iStock)
Nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej. (Fot. iStock)
Boisz się, że zawsze będzie miało pod górkę? A przecież może radzić sobie lepiej niż przebojowy rówieśnik… Rada – wzmacniaj w nim poczucie własnej wartości. 

Z dziećmi nieśmiałymi jest tak samo jak trzydzieści lat temu z leworęcznymi – z jakichś powodów wszyscy koniecznie chcą im pomóc się zmienić. Bo nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej.

Plusy bycia nieśmiałym

Jest ich bardzo wiele. W porównaniu z wygadanymi, otwartymi i asertywnymi – nieśmiali:
  • Są mniej narażeni na agresję ze strony innych osób, bo rzadziej wchodzą w interakcje w miejscach publicznych, takich jak ulica, bar, sklep, pociąg, dyskoteka.
  •  Rzadziej stają się obiektem plotek, bo zachowują się bardziej powściągliwie i nie ściągają na siebie powszechnej uwagi.
  • Mają bogate życie wewnętrzne – wspaniałą wyobraźnię, są oczytani, mają najróżniejsze, ćwiczone latami umiejętności. Ponieważ ich życie towarzyskie nie jest zbyt bogate, mają więcej czasu dla siebie.
  •  Są bardziej wrażliwi w kontaktach międzyludzkich, rzadziej ranią innych, popełniają mniej faux pas.
  • Potrafią słuchać, mają wielkie zdolności wspierające i są cenieni jako oddani przyjaciele.
  • Przeżywają mniej życiowych frustracji i rozczarowań, bo zwykle nie marzą o wielkich sukcesach, z tego samego powodu doświadczają też mniej zawiści.
  • Są znakomitymi fachowcami w swej dziedzinie, ponieważ nie rozpraszają ich bodźce ze świata zewnętrznego.
  • Mają zwykle taryfę ulgową – wywołują u innych odczucia opiekuńcze. Wzrasta także tolerancja na ich dziwaczne zachowania.
Dlatego warto nabrać przekonania, że światu potrzebni są zarówno ci przebojowi, jak i ci spokojni. Nie możemy przecież wszyscy być jednakowi. Co nie znaczy, że nieśmiałe dziecko trzeba pozostawić samemu sobie. Wprost przeciwnie, możesz mu pomóc w stawianiu czoła światu, podbudowując i ucząc nowych umiejętności. Najpierw jednak musisz zrozumieć, na czym polega natura nieśmiałka.

Od buntownika do pracusia

Młodzi nieśmiali bardzo różnią się między sobą. Swoje problemy i lęki maskują w rozmaity sposób, najchętniej przyjmując określone społeczne role:

Buntownika – to dość popularna maska, pod którą nastolatkowie skrywają swoją nieśmiałość. Agresywna postawa, nadmierny tupet...– to wszystko ma na celu pokazanie, jak bardzo nie przejmują się tym, co inni o nich pomyślą i jak ich ocenią. W ten sposób zaprzeczają temu, czego w sobie nie akceptują.

Konformisty – nieśmiałość szczególnie ciąży w grupie rówieśniczej, gdzie wszyscy bez ustanku poddawani są ocenie i porównaniom. Młody człowiek chętnie przyłącza się do najróżniejszych grup, band, zespołów – żeby mieć w swoim otoczeniu ludzi oswojonych i takich, którzy za niego realizują kontakty ze światem zewnętrznym. Postawa: „wystarczy, że nie będę się wychylał, a mnie zaakceptują” to wielka pokusa wszystkich nieśmiałych nastolatków.

Nieobecnego – ucieka ze szkoły, czasem już z przedszkola, opuszcza zajęcia zwłaszcza wtedy, gdy wiadomo, że będzie zastępstwo lub pojawi się ktoś nieznany. Bardzo szybko uczy się omijać wszelkie sytuacje, w których jest narażony na kontakt z rówieśnikami lub gdzie może zdarzyć się coś nieoczekiwanego. Nieśmiali często uciekają w chorobę i wymuszają indywidualny tok nauczania.

Pracusia – zaangażowanie się w naukę to wspaniałe alibi dla nieśmiałków. Tym bardziej, że jest poparte wielkim uznaniem społecznym. Rodzice są dumni z takiego dziecka, ale wyalienowanie społeczne nieśmiałego rośnie. To bardzo powszechne zjawisko, zwłaszcza u nastolatków.

Uwaga – narcyzm!

Niezależnie od maski, pod jaką twoje dziecko zdecydowało się ukrywać nieśmiałość, jego największym cierpieniem jest narcyzm. To cecha absolutnie typowa dla każdego dziecka i nastolatka. Tyle że u tych nieśmiałych przyjmuje niewyobrażalne rozmiary. Poczucie, że oczy całego świata są zwrócone na mnie, że wszyscy skupiają się tylko na tym, co robię – owocuje, zwłaszcza u nastolatka, panicznym strachem, żeby tylko nie stać się ofiarą negatywnej oceny. Na dodatek ma świadomość, że jej przyczyną może być nieśmiałość, którą wyolbrzymia do granic rozsądku. Z wiekiem czuje się coraz bardziej napiętnowany tą „złą cechą”, rejestruje każdy śmiech w swoim otoczeniu i zastanawia się, czy to aby nie z niego się śmieją. Nieśmiali nie mają łatwego życia

Ale przyroda nie bez przyczyny preferuje maksymalną różnorodność. Wyobraźmy sobie, że wszyscy jesteśmy asertywni, pewni siebie, otwarci i odważni. Co by to było? Nieśmiali są równie potrzebni jak ludzie przebojowi, ale czasem warto im nieco ulżyć w tej niedoli.

Tylko delikatnie

Zanim skupisz się na pomocy, upewnij się, czy twoje dziecko na pewno jest nieśmiałe, czy wycofanie nie jest może jego wyborem. Niektóre dzieci lubią być same, nie potrzebują licznego grona kolegów i wcale nie marzą o codziennym przebywaniu na podwórku. Podjęcie działań wspierających ma sens tylko wtedy, kiedy dziecko cierpi, chce się zmienić, bo nienawidzi nieśmiałości w sobie.

Wspomaganie nieśmiałego dziecka:

  • Staraj się przyjaźnić z rodzicami, którzy mają dzieci w jego wieku. Zgadzaj się na wspólne wyjazdy, noclegi i zabawy.
  • Inicjuj zabawy symboliczne, czyli zabawy w coś (sklep, stacja benzynowa, lekarz, szkoła). To da dziecku możliwość przećwiczenia różnych stylów zachowania.
  • Staraj się, żeby w waszym domu było wesoło. Nieśmiałe dziecko żyje w ogromnym napięciu, a śmiech znacznie je obniża.
  • Praw mu komplementy i słuchaj, co na nie odpowiada.
  • Nie zadręczaj się tym, że twoje dziecko jest nieśmiałe. Nie szukaj winy ani w sobie, ani w nikim innym. Dziecku w niczym nie pomoże wiedza, dlaczego takie jest.
  • Nie wypominaj mu, że nie zadbało o siebie i np. nie starczyło dla niego tortu urodzinowego na przyjęciu. Albo że nie dość mocno walczyło i dlatego nie dostało roli w szkolnym przedstawieniu. W ten sposób przysparzasz mu tylko cierpienia.
  • Nie rozpamiętuj porażek dziecka, nie przypominaj mu, że ominęła go fajna zabawa. Zwracaj raczej uwagę na to, że jeszcze będzie podobna okazja.
  • Nigdy nie karz dziecka za nieśmiałość, nawet jeśli zawiodło twoje oczekiwania – to nie wynika z jego złej woli.
  • Wciąż powtarzaj sobie zdanie: „Ono ma prawo być nieśmiałe”.

Wspomaganie nieśmiałego nastolatka:

  • Wprowadź go w środowisko, w którym robi się coś konkretnego. Radzenie sobie w szkole jest takie trudne, bo dzieci nie mają jasno określonych zadań. Gdy chodzą na modelarstwo, harcerstwo, chór, sport, robią gazetkę szkolną – jest inaczej. To idealne otoczenie i warunki do tego, by nieśmiały nastolatek nawiązał znajomości.
  • Kup mu psa. Oczywiście, to na ciebie spadną wszelkie obowiązki, ale i tak będzie warto. Po pierwsze, twoje dziecko zacznie częściej wychodzić z domu – psa trzeba przecież wyprowadzać kilka razy dziennie. A po drugie, podczas spaceru z psem w całkiem naturalny sposób nawiąże kontakty z rówieśnikami w swojej dzielnicy.
  • Koniecznie zachęć go do uprawiania sportu. Dobra kondycja, tężyzna, możliwość polegania na swoim ciele pomagają pozbyć się napięcia, poprawiają samoocenę i wzmacniają pewność siebie.
  • Opowiadaj o sytuacjach, w których ty się czegoś wstydzisz lub boisz, i pokazuj, jak się do nich przygotowywać (np. że wszystko trzeba mieć wcześniej sprawdzone, zarezerwowane, napisane).
  • Jeśli jutro czeka go jakaś ważna rozmowa, wypiszcie dziś pytania, które może podczas niej usłyszeć, i przygotujcie najlepsze odpowiedzi.
  • Rozmawiajcie na różne, także poważne, tematy. Chwal go za mądre uwagi, stoicyzm czy tolerancję.
  • Zachęć, by przeczytał jakąś książkę na temat nieśmiałości. W tym wieku wiedza, jak wiele osób ma ten sam problem, jest bardzo pomocna.
  • Pomóż mu zrozumieć, że nie jest dziwakiem, że jego zachowania są podyktowane właśnie nieśmiałością.

  1. Psychologia

Często, gdy zostajemy rodzicami, zapominamy o swoich uczuciach z dzieciństwa

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
Czego Jaś doświadczył na własnej skórze, z tego Jan może korzystać. Nasze przeżycia z dzieciństwa to kapitał, z którego warto czerpać, gdy sami zostajemy rodzicami. Niestety, wielu z nas o nich zapomina.

„Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest” – przeczytałam w numerze „Sensu”. Ale nie uwierzyłam. I nie tylko dlatego, że nie chcę. Na własne oczy widzę, że ci, którzy mają za sobą tak zwane trudne dzieciństwo, często mają z tego jakieś zyski. Ciągle ich coś uwiera, zmuszając do poszukiwania rozwiązań własnych problemów. A kto szuka, ten znajdzie, czasem nawet więcej niż się spodziewał.

Podróże w głąb siebie i do przeszłości mogą prowadzić do bardziej świadomego życia. Do zrozumienia nie tylko tego, co nam się przydarzyło, ale także tego, o co dziś w życiu nam chodzi. Jeśli przetrwaliśmy trudne dzieciństwo, znamy swoją siłę. Wiemy, że możemy się na sobie oprzeć. To pomaga w konfrontacji z trudną dorosłością. Ale czy to dorosłość jest trudna?

Wbrew powszechnie obowiązującym mitom, dzieciństwo to chyba najtrudniejszy czas w życiu człowieka. Nawet jeśli najwcześniejsze lata były dla niektórych beztroskie, to nie istnieje młodość pozbawiona cierpień. Bóle wzrostowe psychiki są równie nieuchronne jak bóle kości. Wystarczy przypomnieć sobie szkolne czasy. Czy pamiętacie, jak mocno przeżywa się lęk przed klasówką? Przegraną w zawodach, w których byliśmy faworytami? Zdradę przyjaciółki, która nagle przesiadła się do innej ławki? Nigdy potem uczucia nie są już tak intensywne, a my wobec nich tak bezradni. I jeszcze to poczucie niezrozumienia przez dorosłych.

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. I ta myśl nic a nic się nie zestarzała. Wszyscy byliśmy dziećmi. Na własnej skórze zbieraliśmy doświadczenia, które mogą pomóc przeprowadzić nasze dzieci przez dzieciństwo. Mogą, ale tylko wtedy, jeśli z nich skorzystamy.

Iza, matka piętnastolatki, przyszła na spotkanie roztrzęsiona. Przeczytała pamiętnik swojej córki. Okazało się, że Ania wypisuje tam straszne rzeczy. Iza chciała o nich opowiedzieć, ale ją zatrzymałam: „Poczekaj! Jakbyś się czuła, gdyby ktoś przeczytał twój pamiętnik?”. Świetnie znała odpowiedź na to pytanie. Kiedyś ojciec przeczytał jej pamiętnik. Nie odzywała się do niego przez pół roku. Nigdy więcej nie napisała słowa.

Nie chodzi mi o to, że nie należy czytać cudzych pamiętników. Jasne, że nie należy, i mam nadzieję, że wszyscy to wiedzą. Chodzi o to, jak łatwo zapominamy o swoim dzieciństwie, gdy zostajemy rodzicami. Ci, których spotykam najczęściej, dzielą się z grubsza na dwie kategorie. Jedni nie są pewni niczego, wciąż dręczą ich nowe pytania. Drudzy nie mają żadnych wątpliwości, doskonale wiedzą, jak wychowywać, jak gdyby tę wiedzę wyssali z mlekiem matki. I rzeczywiście, przejęli ją z domu. Postępują zgodnie z tym, jak sami byli wychowywani, nawet jeśli w dzieciństwie czuli się źle traktowani przez rodziców. Odcinają się od własnych dziecięcych przeżyć i przechodzą na drugą stronę barykady – z troski o dziecko, z poczucia odpowiedzialności za jego wychowanie robią rzeczy, które im robiono, choć wcale im nie służyły. „Jak to nie służyły? Mnie ojciec bił i wyrosłem na porządnego człowieka”. No właśnie. Problem z nimi jest taki, że zawsze mają rację, tylko nie wiadomo, dlaczego ich dziecko sprawia kłopoty.

Wśród rodziców niepewnych prym wiedzie Ela, matka ośmioletniego Alka. „Co mam mówić, kiedy Alek krytykuje w domu nauczycielkę? Albo gdy pobił się z kolegami? Nauczycielka niepokoi się, że on rysuje szubienice. Czy mam mu tego zabronić? Czy pozwolić mu na zajęcia sportowe, jeśli za mało się uczy?...”. Choć lista pytań Eli jest znacznie dłuższa, przerywam jej: „Elu, a co będzie, jak odpowiem na wszystkie twoje pytania?”. „Będę wiedziała, co robić” – mówi. „Nie” – bezlitośnie rozwiewam jej złudzenia. „Wtedy pojawią się następne pytania. Alek ugryzie kogoś w ucho, będzie przeszkadzał na lekcji rysunków, nie będzie chciało mu się rano wstać. Znów nie będziesz wiedziała, co robić. Czy nie lepiej zacząć pytać siebie?”.

W grupie dla rodziców przygotowujemy listę zachowań dobrego dorosłego. Żeby ją zrobić, trzeba sięgnąć do własnych wspomnień. Przypomnieć sobie te sytuacje, w których mieliśmy poczucie, że dorośli są w porządku. Co sprawiało, że czuliśmy się dobrze na świecie, a przynajmniej sprawiedliwie traktowani? Dlaczego chciało nam się starać? Każdy miał innych rodziców i nauczycieli, a jednak w każdej grupie dochodzi do podobnych ustaleń. Dobry dorosły okazuje zainteresowanie, umie słuchać, wprowadza jasne reguły, jest konsekwentny, jego decyzje nie zależą od nastroju, umie okazywać akceptację, może być surowy, byleby był sprawiedliwy. Daje prawo do swobody i do błędów. A czego dobry dorosły na pewno nie robi? Nie upokarza, nie inwigiluje, nie wrzeszczy, nie poucza bez przerwy... Każdy z nas może stworzyć własną listę, czyli podręczny poradnik dobrego rodzica. Można zaglądać do niego, gdy nie wiemy, co zrobić, a także wtedy, gdy nie mamy żadnych wątpliwości. I to jest bezsprzeczna korzyść nawet z najtrudniejszego dzieciństwa. Skoro udało nam się przeżyć, to coś dobrego musiało nas spotkać.

No i świetnie wiemy, czego nie warto robić swoim dzieciom.

A wracając do pamiętnika Ani, córki Izy. Czym mama była tak poruszona? Tym, co przeczytała o sobie. Że jest wścibska, że ciągle kontroluje, że jest gruba, a nosi mini, że... „Po co tam zaglądałaś?” – zapytałam. „Chciałam wiedzieć, co ona przede mną ukrywa”. „No to już wiesz. Ukrywa swój normalny w tym wieku krytycyzm. Może po to, by cię nie ranić?”.

Dzieci również mają prawo do prywatności. Jeżeli chcemy lepiej poznać własne dziecko, dbajmy o jak najlepszy z nim kontakt. Nie podglądajmy, spójrzmy czasem na świat z jego perspektywy. Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia, lecz zobowiązuje. Przynajmniej do tego, żeby rozumieć swoje dzieci lepiej, niż nas rozumieli rodzice.

  1. Psychologia

Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, w szczególności w tych zajmowanych przez dzieci w wieku do trzech lat – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pewien ojciec dwuletniego synka powiedział mi wyraźnie rozczarowany: „Bawię się z synkiem, czytam mu, chodzimy na spacery, a on tego nie doceni, bo niczego nie będzie pamiętał”. Stąd już tylko krok od myślenia, że okres niemowlęctwa jest mało istotny, jeśli chodzi o wychowanie.
Jest dokładnie odwrotnie. Myślenie tego ojca to częsty przejaw rodzicielskiego narcyzmu. Ponieważ okres niemowlęctwa i dzieciństwa do trzeciego roku życia jest dla rodziców wymagający, kosztowny i nierzadko wyczerpujący, więc bardzo by chcieli, żeby dzieci z wdzięcznością pamiętały tę ogromną rodzicielską inwestycję. Ale nie ma powodu do zmartwienia, bo i tak wszystkie doświadczenia naszych dzieci zostaną z ogromną precyzją zapisane w dziecięcej podświadomości. W dodatku wszystko wskazuje na to, że doświadczenie z okresu życia do trzech lat, a także doświadczenia prenatalne i okołoporodowe tworzą w mózgu dziecka pierwotną matrycę poznawczą i emocjonalną decydującą o sposobie postrzegania i interpretowania świata przez całą resztę jego życia.

Dlatego powtarzam od lat, że przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, wykuwa się w relacjach z rodzicami czy opiekunami, a także poprzez pośrednie uczestniczenie w zawiłościach uczuciowych związku rodziców. Dzieci w wieku do trzech lat nabywają niezbędną i fundamentalną wiedzę, coś w rodzaju oprogramowania, umożliwiającą odnalezienie się i przetrwanie w środowisku i systemie rodzinnym, w którym przyszło im się urodzić. Oprogramowanie to charakteryzuje się niezwykłą trwałością właśnie dlatego, że nie zapisuje się na poziomie świadomym. Zostało bowiem zakodowane w podkorowych, prewerbalnych strukturach mózgu, a więc jest praktycznie niedostępne refleksji, a tym bardziej próbom korekty. Dlatego właśnie uznajemy to sformatowanie za naszą prawdziwą tożsamość czy naturę, uważamy, że tacy się narodziliśmy, co obiektywnie jest błędem, ale w subiektywnym odczuciu nie sposób tego zakwestionować.

Co wobec tego jest w tym okresie w wychowaniu najważniejsze?
Nasycenie dziecka troską i miłością. Bezradny noworodek wrzucony w świat potrzebuje poczucia bezpieczeństwa prawie tak samo jak oddechu. A źródłami tego poczucia są troska, bezwarunkowa miłość i zachwyt rodziców. Skala nasycenia w tym okresie poczuciem bezpieczeństwa będzie decydowała o tym, na ile dorosła postać tego niemowlęcia będzie mogła i chciała odważnie kochać, cierpieć, wątpić i szukać, słowem, czy będzie odważnie żyć i ucieleśniać trafną obserwację, że świat należy do odważnych.

Czy dobrze rozumiem: dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości?
Zdecydowanie tak. Prawie wszystko zależy od tego, ile poczucia bezpieczeństwa i oparcia ma w sobie przede wszystkim mama, a w drugiej kolejności także ojciec, i jak w związku z tym rozumieją, na czym polega zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Niestety, większość rodziców ma z tym problem, więc ich troska o dziecko jest często podszyta lękiem, a przez to bywa zdecydowanie nadmierna. W rezultacie zamiast ufności i optymizmu przekazuje się dzieciom przekonanie, że świat jest nieprzyjaznym, niebezpiecznym miejscem.

Jak wobec tego odróżnić lęk wynikający z rzeczywistej dbałości o bezpieczeństwo, przejawiający się na przykład zawieszaniem kamerki nad łóżeczkiem, żeby zapobiec tak zwanej śmierci łóżeczkowej, od lęku destrukcyjnego dla dziecka?
Na ogół wiemy, kiedy i jak bardzo się boimy. A jeśli z jakichś powodów nie wiemy, to trzeba używać zdrowego rozsądku: zdać sobie sprawę, że marketing wielu niepotrzebnych nam rzeczy oparty jest na wzbudzaniu lęku; dowiadywać się, jak wychowuje się dzieci w innych, mniej bojaźliwych niż nasza kulturach i tradycjach; czytać i słuchać wybitnych nonkonformistów; wyciągać wnioski z własnych doświadczeń; pytać i wątpić, otwierać się na alternatywne systemy myślenia i wartości. No i szukać towarzystwa, które wspiera nasze wątpliwości i eksperymenty.

Czyli kogo?
Innego gatunku rodziców. Takich, którzy są zdecydowanie mniej przestraszeni od nas. Jeśli słyszymy od nich, że nadmiernie przegrzewamy dziecko, że nie trzeba go ładować w śpiwór i przykrywać dwiema kołderkami, bo wystarczy kocyk – to zastanówmy się, czy nie ma w tym jakiejś mądrości. Albo gdy słyszymy od nich, że uczącemu się chodzić dziecku nie trzeba całego domu wykładać gąbką i zakładać kasku oraz ochraniaczy na łokcie i kolana. Dziecko uczy się bezpiecznie poruszać w świecie, niestety, także przez ból, a więc lepiej przygotujemy je do życia, jeśli damy mu okazje uczenia się tego, jak sobie z bólem radzić. Bo naczelnym zadaniem rodziców jest wspieranie dziecka w jego instynktownym dążeniu do autonomii, aby jak najprędzej stało się niezależną istotą, która sama radzi sobie w życiu, także w trudnych warunkach. A to wymaga mądrego umiaru w troszczeniu się o dziecka komfort i bezpieczeństwo. Najlepiej stosować się do świętej zasady: 50 proc. troski i wsparcia oraz 50 proc. wymagań i zaufania do możliwości dziecka.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jak ten cel osiągnąć? Ważny jest spokój rodziców?
Jeśli nasza troska o dziecko ma silny komponent lękowy, to zainfekujemy je lękiem przed światem i życiem, a także brakiem zaufania we własne możliwości. A wtedy zrezygnuje ze stawania się w pełni samodzielną osobą we wszystkich wymiarach: sprawnościowym, zmysłowym, odpornościowym, emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Aby temu zapobiec i nie skrzywdzić swoich dzieci, trzeba je wychowywać w kontakcie z realnym światem, z całym bogactwem jego możliwych przejawów. A więc oprócz przyjemności także z: gorącem, zimnem, głodem i bólem, z rozpaczą rozstań i strat, a także z goryczą przemijania.

Bo w przeciwnym razie tworzą się w dzieciach neurotyczne mechanizmy zachowania?
Tak. Powtórzmy to jeszcze raz: w okresie od urodzenia do lat trzech trwale instalujemy w dzieciach najważniejsze przekonania o sobie, o ludziach i o świecie. Będą one wystarczająco urealnione, jeśli rodzice dadzą dziecku okazję do radzenia sobie z niedogodnościami, wyzwaniami i zagrożeniami życia. Takie godne uznania postawy rodziców można obserwować w krajach Północy, gdzie – pewnie trochę za sprawą wymagającego klimatu – dzieci od małego hartuje się i usamodzielnia. Uczulam więc polskich rodziców, którzy zapewne sami jako dzieci byli nadmiernie ochraniani i wyręczani, żeby nie przesadzali z tą ochroną, a także z aseptyką i obsesyjną higieną.

Żeby nie bali się kontaktu dziecka z czymś brudnym?
Na przykład. Małe dzieci instynktownie same aplikują sobie taką szczepionkę, wkładając do buzi i liżąc wszystko, co się da, albo jedząc ziemię z doniczek – w ten sposób instalują sobie w przewodzie pokarmowym odpowiednią florę bakteryjną, która też odgrywa ogromną rolę w utrzymywaniu odporności.

Namawiasz do jedzenia ziemi?
To tylko przykład. Ale żadna tragedia się nie stanie, jak dziecko poliże ziemię albo własne palce pobrudzone ziemią, oczywiście, pod warunkiem że nie będzie ona zatruta jakąś substancją chemiczną. Z dzieciństwa zapamiętałem ciekawą w tym kontekście scenę, która miała miejsce w gabinecie słynnego wówczas w Warszawie pediatry, doktora Mroczka. Siedzę z mamą w poczekalni, z gabinetu wychodzi pacjentka z małym dzieckiem na ręku. W drzwiach żegna się z doktorem, a ten mówi: „Zapomniałem odnieść się do tego, że pani synek ma częste kolki”. Po czym wyjmuje z buzi dziecka smoczek, pociera nim gdzieś o podłogę i wkłada dziecku z powrotem do buzi ze słowami: „Teraz już będzie dobrze”.

Chyba przesadził.
Ja też byłem pod wrażeniem. Ale zapewne chciał zademonstrować, jak dzieci organizują sobie autoszczepionki. A przy okazji zaszczepić matce, a tym samym dziecku, zaufanie do otaczającego świata. Bo pozostawanie w harmonii i symbiozie z otaczającym światem jest podstawowym warunkiem ludzkiego zdrowia i szczęścia, a także zdolności do radzenia sobie z wieloma trudnymi wyzwaniami, z którymi życie i świat będą nas nieuchronnie konfrontować. Niestety, większość rodziców postępuje wbrew tej zasadzie. Odbywa się to na przykład tak: Mama idzie z trzyletnim dzieckiem na plac zabaw. W pamięci swojego dzieciństwa ma zapisane rodzicielskie dobre rady i ostrzeżenia rodziców, które – jak sądzi – uratowały jej życie, choć w istocie były to klątwy, które jej kawał życia zmarnowały: „Nie biegaj, bo się przewrócisz i zrobisz sobie krzywdę!”, „Uważaj, bo się pobrudzisz” itd. Mama nie zdaje sobie sprawy, a być może nawet tego nie pamięta, że ta chmura gróźb, którymi była w swoim dzieciństwie otoczona, zapisała się w jej mózgu w postaci zgeneralizowanego przekonania: „Jeśli idąc za swoimi naturalnymi potrzebami, oddalę się od mamy/taty, to groźny świat mnie skrzywdzi, więc moje naturalne potrzeby ruchu i zabawy, a także wielkie pragnienie autonomii są niewłaściwe i niebezpieczne – jestem więc dla siebie samej niebezpieczna”. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę wyrządzamy dziecku, instalując w jego podświadomości naszą chmurę lęku przed światem.

Co robić, żeby tak się jednak nie stało?
Nauczyć się samokrytyki i ignorowania swoich lęków, tak aby nie determinowały naszych zachowań i wyborów. Dzięki temu będziemy w stanie pozwalać dziecku na to, na co nam nie pozwalano. To konieczne, jeśli chcemy, aby miało ono więcej niż my samoakceptacji i wiary w siebie.

Konieczne, ale niełatwe.
No tak. Bo jak przekazać niemowlęciu, że jest najważniejszą istotą na świecie, chociaż nic nie umie, niczego nie osiągnęło, robi w pieluchy, rzyga, nie daje spać po nocach i trzeba się nim bez przerwy zajmować? Jak bezwarunkowo akceptować, kochać i zachwycać się kimś takim? Pamiętajmy jednak, że najbardziej liczy się przekaz pozawerbalny. Jeśli zawiera w sobie spokojny, skoncentrowany i celowy sposób poruszania się, czuły i ciepły dotyk, miękki i zrelaksowany ton głosu, spokojny rytm serca, rozluźnione ciało, miłość, radość i zachwyt w oczach, brak pośpiechu i presji oraz gotowość do obdarowania dziecka dużą ilością nasyconego uwagą czasu – to dziecko będzie na resztę życia wiedziało, że bez względu na trudne okoliczności jest kimś ważnym, zasługującym na szacunek, uznanie, uwagę i miłość.

To są fundamenty, na których dziecko może budować dalsze życie?
Tak. O dwóch filarach już mówiliśmy: bezpieczeństwie i poczuciu własnej wartości. Jest też trzeci bardzo ważny filar – szacunek dla granic ciała, przestrzeni życiowej i strefy intymnej dziecka. Dziecko w wieku do lat trzech nie ma możliwości zaprotestowania, gdy naruszamy granice jego ciała. A przecież na tym etapie życia dorośli nieustannie kontaktują się z dzieckiem poprzez jego ciało: karmią, myją, pielęgnują, podnoszą, kładą, ubierają, rozbierają itd. Część z tych czynności – stosownie do stanu umysłu i emocji rodziców – robiona jest w pośpiechu, pod presją, a nawet w gniewie, bez zwracania uwagi na opór i płacz dziecka, przez co niebezpiecznie graniczy z przemocą. Szczególnie zmuszanie do jedzenia, pośpieszne ubieranie i rozbieranie, a także wszelkie zabiegi pielęgnacyjno-higieniczno-diagnostyczne często naruszają granice dziecka i na przyszłość uczą ulegania przemocy lub też niechęci i obawy przed bliższym kontaktem z innymi ludźmi. Tak więc nie wolno dziecka traktować, jakby było przedmiotem! Nie wolno też negatywnie oceniać wszelkich przejawów zainteresowania dziecka własnym ciałem. To bardzo ważna sfera jego rozwoju. Przez dotykanie siebie i sprawdzanie, jak to ciało funkcjonuje i reaguje, dziecko z wolna czyni to ciało własnym, poznaje je i zaprzyjaźnia się z nim, a od tego w dużym stopniu zależy to, czy stosunek przyszłego dorosłego do własnego ciała będzie pozytywny, czy wrogi. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielkie znaczenie ma to dla jakości całego życia.

Kiedyś uważano, że noworodek nie czuje bólu, więc można poddawać go zabiegom medycznym bez znieczulenia.
Mam wrażenie, że takie podejście tu i ówdzie nadal pokutuje. Przejawia się na przykład w zmuszaniu dziecka do przedwczesnego kontrolowania zwieraczy i siadania na nocniku, w głodzeniu niemowlaka przy okazji karmienia na godziny, w pozostawianiu go samego w ciemnym pokoju i niereagowaniu na płacz, bo jak się wypłacze, to dobrze zaśnie itp. Na szczęście psychologia dziecięca już dawno odrzuciła i napiętnowała tę tradycję wychowawczą, zwaną szkołą pruską, która doprowadziła do wychowania kilku pokoleń ludzi sfrustrowanych, upokorzonych, o niskim poczuciu wartości. Ich wyparta, skumulowana agresja i potrzeba kompensacji przez wywyższenie stworzyły psychologiczne podglebie szaleństwa drugiej wojny światowej. Dobrze więc pamiętać, że tylko dzieci traktowane z szacunkiem i miłością będą w swoim dorosłym życiu odruchowo zdolne do traktowania innych z szacunkiem i miłością. W ten sposób właśnie losy świata decydują się w dziecięcych łóżeczkach i pokojach.

Małe dziecko budzi czułość. Nawet obcy ludzie chcą je całować, często w usta. To dość bezrefleksyjne naruszanie jego granic, nie uważasz?
Racja. Bawienie się dzieckiem, tulenie na siłę zaburza jego poczucie bezpieczeństwa i autonomii. Nasze własne potrzeby emocjonalne związane z naszym bólem załatwiajmy między dorosłymi, a nie między nami a dziećmi. Ta zasada powinna zresztą obowiązywać przez cały okres wychowywania. Przytulanie dziecka przez mamę i tatę jest oczywiście bardzo ważne, ale powinniśmy być wyczuleni na sygnały, które wysyła niemowlę, odwracając głowę, prężąc się, odpychając lub płacząc. Jeśli tego nie zauważymy albo to zignorujemy i na przykład przyciągniemy dziecko do siebie, wbrew jego woli i chęci, to zainstalujemy w jego psychice skłonność do ulegania przemocy ze strony innych ludzi.

Może przekraczanie granic w tym obszarze bierze się z opacznie rozumianego praktykowania bliskości?
Bliskość tak, ale nigdy na siłę. W wyrażaniu miłości do dziecka też trzeba zachować umiar, wykazać się wrażliwością na wysyłane przez niego sygnały, na jego rytm kontaktu i wycofania. Uważność rodziców na granice dziecka decyduje o tym, czy będzie ono umiało w dorosłym życiu słuchać swojego organizmu i rozumieć, o co mu chodzi. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Wrodzona odporność psychiczna - na czym polega?

Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
O odporności psychicznej świadczy między innymi to, jak szybko podnosimy się po traumatycznych przeżyciach. Można ją też porównać do umiejętności pływania, gdy musimy poradzić sobie ze zmiennym, czasem niebezpiecznym nurtem rzeki zwanej życiem.

Adrian i Paweł znali się od dziecka. Mieszkali w niedużym miasteczku przy tej samej ulicy. Wychowywali się w biedzie, obaj w rodzinach bez ojców. Mieli starsze rodzeństwo, ale ono nie było dobrym wzorem - zatargi z prawem, alkohol. Obaj chłopcy mieli trudności w nauce, wcześnie zaczęli wagarować.

W okresie dojrzewania Adrian i Paweł przyłączyli się do grupy kradnącej radia z samochodów, zabierającej torebki na ulicy starszym kobietom. Obaj znaleźli się w poprawczaku.

Spotkali się po 20 latach.

Trzydziestopięcioletni Paweł był bezrobotnym bez stałego miejsca zamieszkania. Miał na koncie wiele konfliktów z prawem i kilka razy siedział w więzieniu. Miał rodzinę, ale nie utrzymywał z nią kontaktu, nie interesował się swoim dzieckiem. Paweł był pijany, gdy spotkał się z Adrianem na ulicy, gdzie kiedyś wspólnie spędzali czas. Powiedział też, że często pije..

Adrian zdobył zawód. Po technikum samochodowym jest cenionym fachowcem. Też założył rodzinę, dba o nią, często wszyscy chodzą do parku na spacer, albo na lody. Adrian utrzymuje dobrą kondycję, gra z kolegami z pracy w piłkę. Oprócz tego pracuje z „dziećmi ulicy” jako wolontariusz, mówi, że dobrze pamięta swoje dzieciństwo.

Dlaczego tak różnie potoczyły się losy chłopców, których początkowy okres życia posiadał tak wiele wspólnych wątków? Dlaczego czarny scenariusz dalszego życia według wzorów otoczenia, w jakim wyrastali, nie został zrealizowany przez obydwu? Co spowodowało, że życie Adriana potoczyło się pomyślnie, że „wyszedł na ludzi”, odniósł sukces?

Pierwszy nurt pionierskich prac nad zjawiskiem resilience – odporności psychicznej, datuje się na lata 70. ubiegłego wieku. Zwrócono wówczas uwagę na dzieci rozwijające się prawidłowo pomimo niekorzystnego kontekstu genetycznego czy środowiskowego. Pierwsze doniesienia mówiły o dzieciach niepodatnych na zranienie, posiadających nadzwyczajne przymioty. Pojawiło się wówczas pytanie: co sprzyja tak dobrej adaptacji? Opisano szereg zasobów wewnętrznych dzieci i młodzieży oraz czynników ochronnych sprzyjających dobremu radzeniu sobie pomimo niepomyślności losu, pomimo życia w niekorzystnych warunkach.

Badacze zjawiska resilience zakładają, iż jednostka może być określana jako odporna psychicznie (resilient person), jeśli wystąpiły w jej życiu realne zagrożenia dla prawidłowego rozwoju (np. choroba psychiczna rodzica, niski status socjoekonomiczny rodziny, przemoc), a ona potrafiła poradzić sobie z nimi i rozwijać się pomyślnie. Zauważyli też, że wiele czynników ryzyka współwystępuje w życiu dziecka. Zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju może być rodzina z problemem alkoholowym, narkotykowym, zaburzeniami psychicznymi.

Rodziny stwarzające niekorzystne środowisko do rozwoju dziecka to m.in. rodziny ze środowisk o niskich dochodach, zagrożonych bezrobociem, przestępczością czy przemocą. To również rodziny niepełne, z przemęczonym lub chorym samotnym rodzicem. Także dzieci wychowujące się w placówkach opiekuńczych narażone są na działanie niekorzystnych wpływów tego rodzaju środowiska.

Kim więc był Adrian, skoro potrafił przezwyciężyć niepomyślność swego losu i wziąć życie we własne ręce? Sylwetka dziecka odpornego psychicznie opisana została na podstawie wielu badań i porównań międzyosobniczych i międzygrupowych. Wśród najważniejszych zasobów indywidualnych wymieniane są:

  • towarzyskość jako zmienna temperamentalna,
  • dobry poziom funkcjonowania procesów poznawczych,
  • wysoki poziom motywacji w zakresie planów i celów życiowych oraz edukacyjnych,
  • pozytywny obraz siebie,
  • pogodne i optymistycznie nastawione do świata,
  • dobre mechanizmy samokontroli,
  • dobrze rozwinięte umiejętności społeczne.
Jest więc wysoce prawdopodobne, że mimo podobieństw w historii życia pomiędzy obydwoma chłopcami to właśnie w tych wymienionych obszarach zaznaczały się różnice.

Odporność psychiczna jest to jedno z polskich tłumaczeń pojęcia resilience. Inne tłumaczenia proponowane w polskiej literaturze psychologicznej to prężność, sprężystość, odbojność, plastyczna i twórcza adaptacja. Pojęcie resilience używane jest dla opisu:

  • pozytywnego, prawidłowego rozwoju dziecka pomimo trwającego wysokiego ryzyka,
  • zachowanie kompetencji, nawet w sytuacji chronicznego stresu
  • pozytywnej, szybkiej regeneracji po traumatycznych przeżyciach.
Iwona Sikorska, doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, adiunkt w Instytucie Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalistka psychologii klinicznej, terapeutka dzieci i młodzieży.

  1. Psychologia

Rodzic i jego oczekiwania, czyli jak zbudować prawdziwą relację z dzieckiem

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Często jeszcze przed narodzinami dziecka układamy sobie idealny plan wychowawczy. Problem, że w tym planowaniu jest mało miejsca na potrzeby… dziecka. Jak więc zbudować prawdziwą relację?

Na jednej z warszawskich ulic młoda kobieta szarpie rozhisteryzowanego, 4-, 5-letniego chłopca. To jego mama. Oboje głośno krzyczą. Ostatecznie chłopiec siada na środku chodnika, bije pięściami mamusię, która próbuje go podnieść. Mijają ich podejrzliwie zerkający przechodnie. Przerażona kobieta bezradnie rozgląda się wokół i cicho prosi chłopca żeby wstał. Założę się, że przed narodzinami synka nie tak wyobrażała sobie relacje z dzieckiem. Co więc się stało?

W ostatnich latach nasze rodzicielskie plany bywają coraz bardziej szczegółowe: planujemy, kiedy zajdziemy w ciążę, jak będzie przebiegał poród, z ilu tygodni urlopu macierzyńskiego lub tacierzyńskiego skorzystamy. Układamy sobie w głowie obraz relacji z dzieckiem, nosimy w głowie cały szereg obietnic składanych.. samym sobie, które brzmią jak zaklęcia i zwykle zaczynają się od słów „nigdy” albo „zawsze”. Na przykład „NIGDY nie poniżę swojego dziecka publicznie, tak jak mnie poniżano; NIGDY nie będę go z nikim porównywał; ZAWSZE będę spokojnie i łagodnie rozwiązywała wszelkie spory; ZAWSZE przytulę dziecko, nawet jak będę zła".

Z czasem zaczynamy coraz bardziej koncentrować się na tym wszystkim, co wydarzyło się kiedyś. Po to, by nie zdarzyło się (NIGDY WIĘCEJ!) w naszej rodzinie. Sam fakt urodzenia się dzieci w jakiś magiczny sposób przenosi nas do dzieciństwa: przypominamy sobie różne sytuacje. Porównujemy się z niemowlęciem, przeciwstawiamy własne metody wychowawcze metodom rodziców. Gdy utykamy w trudnych wspomnieniach z dzieciństwa, okazuje się, że zamiast być w prawdziwym kontakcie z dzieckiem i realizować jego potrzeby, próbujemy zaspokajać swoje własne dziecięce niespełnienia, braki miłości, młodzieńczy bunt, żądając od wszystkich uwagi, miłości itd, czyli tego wszystkiego, czego kiedyś nie dostaliśmy. Koncentracja na tym niewiele ma jednak wspólnego z aktualnymi potrzebami naszego dziecka. Brnąc dalej tą ścieżką, stajemy się RODZICEM REAKTYWNYM, który przez większość swego rodzicielskiego czasu jest w reakcji na coś, co pochodzi z jego wewnętrznego świata, co powstało w przeszłości jako skutek smutku, zaniedbania, braku prawdziwej miłości i troski. To tu należy szukać źródeł bezradności albo niewłaściwie używanej siły i władzy w stosunku do własnych dzieci. Dlaczego 35-letni dorosły mężczyzna albo kobieta  czuje się bezradna  wobec 4-latka i jego histerii? Czego się przestraszyli? W jaką rolę bezwiednie wpadli?

Rodzic reaktywny to ktoś, kto nie ma prawdziwego kontaktu ze swoim dzieckiem, bo zbyt często bywa w kontakcie ze swoim wewnętrznym światem. Toczy wewnętrzny dialog, krótko mówiąc: nie ma go, jest nieobecny w relacji z dzieckiem i wcale nie z nadmiaru pracy. Jakiekolwiek wydarzenie choć trochę przypominające „tamtą” trudność wtrąca go z powrotem w jego wewnętrzny nierozwiązany od lat problem. I nie ma znaczenia, że sytuacja jest nieco inna - gwałtownie reagujące dziecko przypomina dorosłej kobiecie gwałtowną siłę, której kiedyś używano wobec niej. Kobieta nie może sobie z tym poradzić poradzić. Niepocieszone, przestraszone Wewnętrzne Dziecko w niej odzywa się znów. Zamiast krótkim komunikatem postawić granice, a potem z uwagą i miłością dopytać, co tak zirytowało malca, matka kuli się w sobie i cicho prosi malca, by „nie robił kłopotu”. Jeśli pozwolimy sobie zapaść się w przeszłości, zareagować tak jak w przeszłości, stajemy się nieobecni w relacji. Nie ma nas-rodziców w prawdziwej relacji z dziećmi. Wraca skrzywdzone dziecko, poniżany nastolatek, wyśmiewany publicznie i samotny.

Nawiązując do Analizy Transakcyjnej Berne’a, można powiedzieć, że to nie Dorosły albo Rodzic rozwiązuje problem z dzieckiem, ale zranione Wewnętrzne Dziecko usiłuje wyplątać się z bolesnej sytuacji. I nie jest to żadne zaburzenie, lecz zwykłe braki w komunikacji z drugim człowiekiem. Małym, nieświadomym, bezbronnym! To nieobecność w relacji tu i teraz, powszechna w nieuważnym, a czasem nieświadomym byciu w różnych rolach.

To także pewna forma zdrady wobec naszych dzieci. Bo zdrada w stosunku do dziecka to nie tylko jego odrzucenie. To także spłodzenie go (a tym samym obietnica składana dziecku i światu - bycia Rodzicem), a potem uporczywe, nieświadome trwanie w roli ofiary, Piotrusia Pana lub Księżniczki, gdy potrzebny jest pełnokrwisty świadomy swojej roli Rodzic.

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości. Jak zadbać o świadome bycie w roli rodzica, o aktywne słuchanie, a świadomą komunikację z naszymi ukochanymi dziećmi?

  1. Wyjdź z wymiaru nigdy-zawsze, ten wymiar zwykle jest nierealny, a tobie (tak jak każdemu) zdarzą się wpadki.
  2. Rozeznaj się w swoich zasobach rodzicielskich. Zobacz, czym dysponujesz: jaki wzorzec dominuje w twojej komunikacji z dzieckiem?
  3. Dowiedz się jakie masz rangi, kim jesteś, jak używasz siły i wrażliwości w relacji z dziećmi?
  4. Jakie postaci (spersonifikowane wzorce osobowości) funkcjonują w twoim wewnętrznym świecie, kiedy i w jakim celu posługujesz się nimi, jakie masz trudności, by ich użyć w relacji z dzieckiem
  5. Dowiedz się, jaki jest twój mit życiowy, twój mit relacji z dzieckiem oraz twój rodzicielski mit, poszukaj ich w swoich snach, marzeniach o relacji ze swoim dzieckiem. Odkryj, czym dysponujesz, jaki jest twój jasny i mroczny sen wokół relacji z dzieckiem
  6. Dowiedz się, na czym polega prawdziwa żywa relacja, aktywne słuchanie, bycie w relacji, a czym wychodzenie z relacji. Naucz się używać całego spektrum różnych swoich cech i jakości z tym związanych, by móc w pełni świadomie być ze swoim dzieckiem, stawiać granice i otwarcie komunikować swoje uczucia.
Dorota Biały, psychoterapeutka i coach w Instytucie Psychologii Procesu, pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.