1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pomóż dziecku odnaleźć w sobie mistrza zen

Pomóż dziecku odnaleźć w sobie mistrza zen

Czy dzieci są naszymi mistrzami zen? Z pewnością mają taki potencjał. Mamy tylko pomóc im rozwijać empatię, skupienie i kreatywność. (Fot. iStock)
Niektórzy mawiają, że dzieci są jak mali mistrzowie zen. Gdy usłyszałam to po raz pierwszy, omal nie parsknęłam kawą – pisze Carla Naumburg, doktor psychologii klinicznej, specjalizująca się w psychoterapii rodzin oraz mindfulness, autorka książki „Jak ograniczać napady złości u dziecka”.

Moje dziewczynki zwykle przypominają raczej opite mocną kawą kucyki, a nie pełnych spokoju nauczycieli duchowych. Kiedy jednak zaczęłam rozumieć mindfulness i proces zanurzania się w doświadczenia z życzliwością i zaciekawieniem; kiedy pomimo wszechobecnego chaosu nauczyłam się odnajdywać wewnętrzne źródło spokoju i równowagi – dotarło do mnie, że moje córki są zdolne do głębokiej uważności, a jednocześnie, w chwilach rozproszenia, potrafią zmobilizować mnie, bym to ja zdobyła się na uważność. Pięknie ujął to Jon Kabat-Zinn: „Mistrz zen może często sięgać po drobne prowokacje – po to, by dostarczać nam okazji do podtrzymywania jasności myślenia i wewnętrznej równowagi. Dzieci ze swej natury podważają i kwestionują wszystko, co wiemy, dając nam tym samym świetną okazję do posługiwania się uważną świadomością”

Sprzyjajmy chwilom uważności

Na pewno nieraz zauważyliście u swojego dziecka moment uważności. Może było to wtedy, gdy starało się zbudować jak najwyższą wieżę z klocków? Może wówczas, gdy snuło opo­wieść o duszkach mieszkających w szafce nocnej lub gdy w skupieniu starało się wychwycić każdy dźwięk i każde słowo ulu­bionej piosenki? A może gdy było o włos od strzelenia bramki? Żaden z powyższych obrazków nie wydaje się ilustracją chwili szczególnej uważności, a jednak wszystkie nimi są. Gdy wasze dziecko jest skupione wyłącznie na jednej rzeczy i angażuje się w nią w pełni, nie oceniając i nie życząc sobie, by coś było inaczej – praktykuje uważność. Nie szkodzi, że nie siedzi po turecku z zamkniętymi oczami.

Przejawem uważnej ciekawo­ści mogą być wszelkie formy zainteresowania światem – czy będzie to rozgniatanie banana w palcach, by poczuć, jaki bę­dzie w dotyku, przystanięcie przy kwiatku wyrosłym w szcze­linie chodnika, czy zadawanie pytań o to, co dzieje się z na­mi po śmierci, dlaczego musimy jeść warzywa i dlaczego nasze ciało wygląda tak, a nie inaczej. Wreszcie – obserwuje­my przykłady uważnego współodczuwania. Gdy wasze dziecko przejmuje się, że ktoś zachorował, gdy przyniesie ulubioną zabawkę płaczącej siostrze lub bratu, gdy przygotuje kartkę dla kolegi, który ma urodziny, albo odwiedzi po lekcjach chorą koleżankę – to właśnie to. Takie momenty są ważne z kilku powodów. Ilekroć nasze dzieci koncentrują się, tworzą, inte­resują się czymś lub współodczuwają, uczą się skupiać uwagę i dostrzegać, co dzieje się wewnątrz i wokół nich. Uczą się tak­że kojarzenia, myślenia w nowy sposób i umiejętnego reago­wania na sytuacje trudne, nieprzyjemne lub nudne. Przyswa­jają sobie także empatię i życzliwość wobec samych siebie i wobec innych. Wszystko to robią w oparciu o własne do­świadczenie – same znajdują inspirację, wyznaczają sobie kie­runek, a w razie potrzeby koją ból. Nie muszą liczyć na to, że ktokolwiek je w tym wyręczy. Im częściej będą to wszystko robić, tym większa szansa, że w przyszłości ich zdolności w tym zakresie jeszcze wzrosną, bo nawet takie zachowania, na pozór drobne, utrwalają umiejętności i nawyki i sprzyjają rozwojowi połączeń neuronalnych pomiędzy istotnymi obsza­rami mózgu.

To tylko kilka spośród powodów, dla których ważne jest, by ćwiczyć z dziećmi uważność wtedy, kiedy są spokojne, radosne i czują się dobrze. Kolejny powód jest taki, że to właśnie w ta­kich momentach mamy największe szanse zainteresować dzie­ci tym, czego chcemy je nauczyć. Im częściej będą praktykować umiejętności, będąc w dobrym nastroju, tym większa szansa, że skorzystają z nich w chwilach trudnych. Jak ujął to jeden z moich nauczycieli uważności: „Medytacji kryzysowej ćwiczyć się nie da”.

Im większej uważnościowej wprawy nabiorą nasze dzieci w chwilach spokojnych i mało efektownych, tym większa szansa, że zdołają sięgnąć po odpowiednie umiejętności wte­dy, gdy będą im one naprawdę potrzebne – w sytuacjach silnej złości, lęku czy głębokiego smutku. Czynne nauczanie dzieci koncepcji i praktyki uważnościowej to oczywiście istotny ele­ment całego procesu i pomówimy o nim jeszcze w dalszych rozdziałach. Największy sukces odniesiemy jednak, gdy bę­dziemy umieli dostrzegać momenty, w których nasz maluch sam jest sobie mistrzem zen i gdy odpowiednio go wtedy wes­przemy (lub przynajmniej nie będziemy mu przeszkadzać).

Brzmi to niezbyt skomplikowanie i jest nieskomplikowa­ne. Niekoniecznie oznacza to jednak, że pójdzie nam łatwo. Sęk w tym, że dzieci mają zwyczaj zanurzać się w chwili aku­rat wtedy, kiedy my wolelibyśmy, żeby przeszły już do na­stępnej – na przykład usiadły do stołu albo wreszcie wyszły z domu. Bywa też, że ich ciekawość przyprawia nas o dyskomfort. Dzieje się tak zwłaszcza, gdy pytają o Boga, seks albo te drobne fioletowawe linie z tyłu naszych ud, na temat których nie chcemy słuchać żadnych pytań. Jeśli jednak będziemy pomijać uważne chwile dziecka, nie będziemy mieć świadomości, jak są ważne, lub zabraknie nam energii na roz­mowę o nich, to jest prawdopodobne, że wszystko nam uciek­nie, a my w pośpiechu pociągniemy dziecko za sobą. Jak obrazowo ujął to ojciec dwóch dziewczynek:

„Wyszło na to, że jako rodzice zajmujemy się wypędzaniem z dzieci tego szlachetnego »teraz«. Wywabiamy je, jakby było plamą. Mó­wimy im, że będą żałować popełnionych w przeszłości głupstw i zarażamy je presją przyszłych terminów. Zaszcze­piamy im pośpiech i nieustanne parcie naprzód. Uczymy je żegnać się natychmiast z »teraz«, by pędziły dokądś indziej. Dosłownie wypędzamy z nich umiejętność życia bieżącą chwilą. W efekcie wyrastają z nich sfrustrowani dorośli wy­dający krocie na poradniki samopomocowe, dzięki którym mają nadzieję to »teraz« odzyskać. Trochę to absurdalne” [Chai 2012].

Nie chcę przez to powiedzieć, że powinniśmy rzucić obo­wiązki, sprawunki i w ogóle przestać wystawiać nos z domu, bo nasze dziecko może akurat budować statek piracki z klocków, szykować kartkę walentynkową albo koniecznie chcieć się dowiedzieć, jak latają helikoptery lub dlaczego mama i tata nie są już małżeństwem. Naszym zadaniem jest przecież nauczyć dzieci, jak docierać w różne miejsca na czas, przechodzić płynnie od czynności do czynności i rea­gować na prośby innych nawet wówczas, gdy są dla nas nie­wygodne lub irytujące. Sęk w tym, że uczenie się tych rzeczy wplecione jest w rytm naszego codziennego życia. Oznacza to, że wszystkie wspomniane sytuacje to dla dzieci także okazja, by uczyć się akceptowania bieżących zdarzeń (choćby tego, że mama każe włożyć buty) i dobierania włas­nych zachowań z pozycji akceptacji („Dziecko, proszę, wy­bierz włożenie butów!”). Jednakże, jak część z nas aż za dobrze wie, nieustanny pęd od jednego do drugiego i parcie na dopinanie kolejnych spraw pojawiają się, czy tego chcemy, czy nie. Raczej nie musimy przypominać sobie, że pora po­czuć stres lub zmęczenie pośpiechem – musimy natomiast przypominać i sobie, i swoim dzieciom, że należy zwolnić, skupić się lub zainteresować otoczeniem. To tylko jeden z powodów, dla których codzienna praktyka uważności by­wa tak ważna.

Wypróbujcie: Dziesięć minut uważności

Zarezerwujcie sobie dziesięć minut i poświęćcie je na uważność obok dziecka. Możecie zacząć w dowolnej chwili, ale najlepszym momentem może być ten, gdy maluch będzie pochłonięty zabawą. Po prostu bądźcie przy nim – nie pytajcie, co robi, nie oceniajcie ani nie podsuwajcie żadnych propozycji. Obserwujcie po prostu własne doświadczenie i doświadczenie dziecka. Gdy zorientujecie się, że wasze myśli skręcają w stronę nieopróżnionej zmywarki, niezałatwionego telefonu czy serialu, który chcieliście obejrzeć, pozwólcie tym losowym myślom ulecieć i skupcie się ponownie na dziecku. Zwróćcie uwagę, co się wtedy stanie i co będziecie czuć, za każdym razem, gdy sytuacja się powtórzy.

Kiedy dziecko otwiera się na uważność

Każda czynność, od zmywania po mycie zębów, może być oka­zją do ćwiczenia się w uważnej świadomości. Istnieje jednak pięć szczególnych praktyk, pięć sposobów bycia w świecie, które są dla praktyki uważności fundamentalne. Nie zawsze da się łatwo stwierdzić, czy nasze dziecko jest akurat uważne.

Mamy jednak w zanadrzu pięć pytań, które pomogą dokonać mikrooceny sytuacji i stwierdzić, czy to, co właśnie widzimy, jest praktyką uważności:

  • Czy dziecko jest skupione wyłącznie na jednej rzeczy?
  • Czy przejawia kreatywność w tym, co właśnie robi, lub w sposobie myślenia o czymś albo rozwiązywania jakie­goś problemu?
  • Czy jest zaciekawione? Czy zainteresowało je własne do­świadczenie, jakaś trudna sytuacja albo może perspek­tywa innej osoby?
  • Czy widzimy u dziecka współodczuwanie względem ko­goś innego, siebie samego, zwierzęcia lub innej żywej istoty?
  • Czy dziecko jest spokojne? To pytanie bywa podchwytli­we, bo niektóre dzieci są z natury cichsze od innych – może się więc zdarzyć, że maluch będzie siedzieć bez słowa, ale wewnątrz się męczyć. Mimo wszystko jednak odpowiedź na to pytanie to zwykle dobry punkt wyjścia.

Wypatrujcie koncentracji, kreatywności, ciekawości, współodczuwania i wyciszenia – każde z tych doświadczeń to niezła poszlaka, że wasze dziecko przeżywa właśnie chwilę uważności. Jedna istotna uwaga – żadne z powyższych nie liczy się podczas oglądania telewizji lub wpatrywania się w tablet czy smartfon. Dziecko może podczas oglądania seria­lu robić wrażenie skupionego, ale tak naprawdę jest wtedy kompletnie nieobecne – nie angażuje się w sposób świadomy w bieżące doświadczenie.

Koncentracja

Koncentracja, a więc umiejętność podtrzymywania skupie­nia, jest z punktu widzenia uważności kluczowa. Chyba każdy rodzic chciałby, żeby była ona u jego dziecka silniej obecna. Koncentracja jest także praktyką – w tym sensie, że możemy się w niej doskonalić. Nie musi ona polegać na wytężonym myśleniu o rozwiązaniu jakiegoś problemu. Chodzi tu gene­ralnie o skupianie uwagi wyłącznie na jednej rzeczy (cokol­wiek nią będzie), dostrzeganie, że nasze myśli próbują ule­cieć w inną stronę, i przywracanie ich na właściwy tor. To umiejętność, która nie tylko w oczywisty sposób przydaje się w szkole, na scenie czy w sporcie, ale jest też niesamowicie ważna w chwilach silnych emocji. Zwykle prześlizgujemy się po trudnych uczuciach, ignorujemy je lub staramy odwieść je od siebie innym bodźcem. Staramy się wymykać złości, smut­kowi, niepokojowi czy nudzie, które mogą przecież pojawić się w każdej chwili – w szkole, podczas praktyki czy przy kolacji. Ilekroć uda się nam ukierunkować dziecko tak, by sku­piło się na nieprzyjemnym uczuciu, doświadczy ono – para­doksalnie – kojącej siły płynącej z odczuwania własnych uczuć (zamiast uciekania od nich). Będzie uczyć się, że uczucia to tylko uczucia – nie są one naszą rzeczywistością i nie trwają wiecznie.

Najlepiej zacząć od dostrzegania momentów, w których dziecko będzie rzeczywiście skoncentrowane, i po prostu mu nie przeszkadzać. Jeśli natomiast będzie mieć kłopot z prze­trzymaniem trudnego momentu, najlepszego wsparcia udzie­licie mu, reagując z zaciekawieniem i empatią.

Wypróbujcie: Zabawy koncentrujące

Są różne aktywności pomagające dzieciom rozwijać zdol­ność koncentracji, choćby memory, układanki, jenga, gra w ukryte (odnajdywanie ukrytego lub niepasującego ele­mentu na większym obrazie) czy zabawy oparte na rzemio­śle, jak szydełkowanie albo kolorowanie mandali o wielu kolistych, powtarzalnych wzorach.

Kreatywność

Choć bycie kreatywnym nie jest zawarte w formalnej defi­nicji uważności, to jest ono istotne i stanowi tak ważny ele­ment doświadczenia dzieciństwa, że naprawdę warto mieć je na uwadze. Widzę to choćby po mojej starszej córce, która uwielbia rysować. W każdą z prac wkłada wiele wysiłku, na­nosząc na rysunki masę różnorakich detali: bawiące się dzieci, latające duszki, zwierzęta czy nawet fragmenty swoich snów z ostatniej nocy. Jak na pięciolatkę moja córka rysuje całkiem nieźle – wciąż jednak mówimy o pracach pięciolatki. Nigdy jednak nie usłyszałam od niej, że nie potrafi czegoś naryso­wać – w jej głowie nie odzywa się perfekcjonizm podszeptują­cy jej, że nie potrafi rysować lub że z czymś sobie nie poradzi. Ona po prostu przykłada flamaster do kartki i stara się, jak umie. I to jest właśnie mindfulness wcielone w czyn.

Co niezbyt zaskakujące, rysunki mojej córki są często ilu­stracją czegoś, z czym ma problem lub co nie do końca po­trafi wyrazić. Pamiętam, jak w wieku mniej więcej trzech lat bardzo się na mnie o coś zdenerwowała. Chwyciła wtedy za gruby szary flamaster i ze złością wymazała nim całą kartkę. Ta sytuacja uzmysłowiła mi, że kreatywność dzieci bywa ok­nem, przez które możemy zajrzeć do ich wewnętrznego świa­ta. My, rodzice, mamy dzięki temu szansę nieco lepiej zrozu­mieć dziecko i umiejętniej odnieść się do tego, co czuje lub myśli.

Za każdym razem, gdy moje córki biorą się do rysowania lub podejmują jakiś inny kreatywny wysiłek, przygotowują grunt dla kilku niezwykle istotnych składników doświadcze­nia uważności. Po pierwsze – co do zasady są wtedy skupione na jednej rzeczy, co jest z punktu widzenia mindfulness klu­czowe. Po drugie – przejawiają zainteresowanie własnym do­świadczeniem lub swoim otoczeniem. Zastanawiają się, co jest możliwe, co uda im się stworzyć lub sobie wyobrazić – robią to wszystko bez przewodnictwa lub informacji zwrotnej z czyjej­kolwiek strony. I wreszcie – choć mogą sobie tego nie uświa­damiać – traktują wtedy siebie z dobrocią i empatią, które są niezbędne, by proces twórczy mógł trwać. Pomyślcie, co dzie­je się, gdy dziecko zaczyna oceniać się zbyt surowo lub porównywać swoje umiejętności z umiejętnościami innych. Sta­wiam, że zwykle efekt jest taki, że rezygnują z tego, do czego się zabrały.

Jedna istotna uwaga: kreatywność, choć u wielu dzieci tak się zaczyna, nie ogranicza się do plastyki, muzyki czy budowa­nia z klocków. Przykładami kreatywności są także nowy spo­sób myślenia na lekcji, nowe zagranie na boisku czy odmien­na reakcja na zachowanie krewnego lub kolegi. Jakkolwiek będzie się u naszego dziecka objawiać kreatywność, naszym zadaniem jest dostrzegać ją i wspierać jej rozwój.

Wypróbujcie: Rysowanie uczuć

To świetny sposób, by pomóc dziecku zacząć rozpoznawać i nazywać uczucia. Na początek warto poczytać razem książkę o różnych uczuciach i porozmawiać o nich. Potem możecie albo dać dziecku flamastry i zaproponować, by na­rysowało różne uczucia, albo samemu narysować na kartce kontur ciała, a potem poprosić malucha, by rysując, wska­zał, gdzie w ciele mieszkają poszczególne uczucia i jak wy­glądają. Starajcie się nie oceniać ani nie poprawiać, a jeśli będziecie mieć pytania dotyczącego tego, co narysowało wasze dziecko, poproście po prostu, by opowiedziało o tym coś więcej. To zawsze dobry punkt wyjścia do dalszej roz­mowy. Podobnie jak wiele innych aktywności opisanych w tej książce, ta również uda się lepiej, jeśli cały czas będzie­cie razem z dzieckiem.

Ciekawość

„Dlaczego?” i „Skąd wiesz?” to dwa pytania, które chyba najczęściej padają w moim domu. Przyznam otwarcie – często słysząc je, mam ochotę walić głową w mur. Jednak choć cza­sem córki zadają mi je specjalnie po to, by mnie zagiąć, to na ogół jest to szczery wyraz zainteresowania. Dziewczynki chcą po prostu dowiadywać się, jak działa świat i jak to jest, że coś wiem, a czegoś nie wiem. Choć bywam potwornie zmęczona odpowiadaniem na pytania, staram się zawsze traktować je poważnie. Ciekawość to potężny atut dziecka i chcę, by moje córki ją w sobie pie­lęgnowały. Jest ona istotnym elementem procesu uczenia się i bezcenną życiową umiejętnością. Ciekawość to pragnienie dowiedzenia się więcej o kimś lub o czymś – nie będziemy go w sobie mieć, jeśli całą energię umysłową poświęcimy bunto­waniu się, ocenianiu lub żałowaniu, że coś nie jest inaczej. Ilekroć wasze dziecko jest czymś zaciekawione, oznacza to, że zaakceptowało to, co dzieje się wokół i postanowiło się tym zainteresować. Ta wyjściowa postawa otwartości i zaintrygo­wania stwarza szansę, że maluch dowie się czegoś nowego o sobie, o kimś innym albo o otaczającym nas świecie. Najlep­sze, co możemy w takiej chwili zrobić, to podzielić zaintereso­wanie dziecka i dołączyć do niego. Jeśli nie, to przynajmniej nie wygaszajmy jego ciekawości, podsuwając proste odpowie­dzi, mówiąc, co ma robić, lub wyręczając je.

Wypróbujcie: Zadawanie pytań w trudnych momentach

Dzieci często przychodzą do nas z trudnymi lub zagma­twanymi sprawami, których nie da się prosto rozwiązać. Mogą to być ból brzucha, który nie chce przejść, wredne za­chowanie kolegi z placu zabaw albo niewytłumaczalny przypływ smutku. Zwykle w pierwszym odruchu zaczyna­my szukać rozwiązania. Niekiedy nam się to uda. Jeśli jed­nak go nie znajdziemy, skuteczną i empatyczną reakcją z naszej strony będzie szczere zainteresowanie. Zadawanie otwartych pytań dotyczących doświadczenia i akcep­tujące słuchanie odpowiedzi – jakiekolwiek by były – po­każe dziecku, że jesteśmy nim zainteresowani i że nie przestraszymy się tego, z czym się zmaga. To świetny spo­sób, by dać sobą przykład uważnego podejścia do życia i cie­kawości drugiej osoby. Może się tu też pojawić dodatkowa korzyść: jest szansa, że razem z dzieckiem skutecznie przyj­rzycie się problemowi i uda się wam zdecydować, co należy zrobić.

Współodczuwanie

Nie jest chyba niemożliwe, by dziecko świadomie, w sposób intencjonalny i przy pełnym skupieniu, przykładowo spusz­czało łomot rodzeństwu. Ale to nie mindfulness. Dla uważnej świadomości fundamentalne znaczenie ma współodczuwa­nie, czyli umiejętność odniesienia się do przeżyć drugiej osoby i chęć pomocy komuś, kto cierpi. Chcemy, by nasze dzieci po­trafiły przystanąć i przyjąć akceptującą postawę wobec czego­kolwiek, co będzie się dziać – tak, by móc następnie zdecydo­wać o kolejnym kroku w sposób przemyślany, umiejętny i empatyczny. Może to oznaczać wypuszczenie z pomieszcze­nia zagubionego owada, pomoc rodzeństwu przy pracy domo­wej, świadomą chęć zadbania o siebie czy – jak w przypadku Tyrana Williamsa – nieprzywalenie komuś w twarz. Współod­czuwaniem jest również samo życzliwe myślenie o kimś i ży­czenie mu dobrze. To, jak uczyć dziecko praktyki dobroci i tego, jak jest ona ważna, będzie w mojej książce powracającym motywem. Na początek zapamiętajcie, by dostrzegać momenty, gdy wasze dziecko okazuje troskę innym lub sobie – zauważajcie je razem z nim. Nie trzeba robić z tego wielkiego wydarzenia ani zasy­pywać dziecka pochwałami. Samo odnotowywanie na głos jego zachowania pomoże mu utrwalać tę ważną umiejętność.

Wypróbujcie: Wszyscy popełniamy błędy

Jednym z lepszych sposobów pielęgnowania w sobie zdol­ności współodczuwania jest pamiętanie o tym, że nie jeste­śmy w swojej niedoskonałości odosobnieni. Gdy waszemu dziecku (lub wam samym) coś nie wyjdzie, opowiedzcie mu w sposób szczery i akceptujący o jakimś waszym potknię­ciu. Przypomnicie mu w ten sposób, że wszyscy bez wyjątku popełniamy błędy. Nikt nie jest doskonały i nikt nie musi taki być. To ważna i prosta prawda, o której czasem łatwo zapominamy.

Cisza

„Chcecie posłuchać muzyki?” – zadaję to pytanie moim cór­kom niemal za każdym razem, gdy odbieram je ze szkoły. Przeważnie pada odpowiedź „Nie”. Po długim dniu dziew­czynki wolą posiedzieć w ciszy i pogapić się przez okno. Kiedyś mnie to niepokoiło. Obawiałam się, że jeśli nie będą dość częs­to słuchać muzyki, nigdy nie nauczą się jej doceniać. Z czasem jednak zrozumiałam je i zaczęłam wspierać ich chęć, by w cią­gu wypełnionego pośpiechem dnia choć chwilę pobyć w ciszy. To cenne momenty, bo niemal nic innego w naszym życiu co­dziennym nie sprzyja cichej refleksji.

Cisza jest dla dzieci istotna – z uwagi i na to, co dzieje się, gdy uda im się zamilknąć i chwilę obyć się bez dźwięków, i na to, z czym mają do czynienia, gdy jest to niemożliwe. Nie­ustanny napływ słów i odgłosów odciąga uwagę dziecka w róż­nych kierunkach, odrywając je od tego, co dzieje się w ich cia­łach i umysłach. Nadmiar hałasu może skutkować wyższym poziomem stresu, którego czasem dzieci nawet sobie nie uświadamiają. Gdy zewsząd cały czas dobiega czyjś głos, dziecku trudno jest usłyszeć siebie i pomyśleć o tym, w co wie­rzy, czego chce i co jest dla niego ważne. Jeśli natomiast dziecko bez przerwy mówi i wyrzuca z siebie w formie słów wszystko, co przyjdzie mu do głowy, to prawdopodobnie po­zbawia się szansy na to, by ocenić własną myśl przed podzieleniem się nią z innymi. Jedną z najistotniejszych rzeczy, jakie możemy dać swojemu dziecku, jest wiedza, że myśli to tylko myśli. Nie stanowią one naszej rzeczywistości, bywają fałszy­we lub nietrafione i naprawdę nie musimy poświęcać każdej z nich tyle samo uwagi. Kilka minut ciszy i kontemplacji nieraz pozwala dać sobie przestrzeń na to, by ocenić, które z naszych myśli warte są zachowania, a które nie.

Nieprzypadkowo zazwyczaj modlimy się i medytujemy w ciszy – pomaga nam ona uspokoić ciało i umysł, a dzięki temu nieco lepiej poznać siebie. Kilka chwil bez dźwięków mo­że w trudnej chwili pomóc dziecku odzyskać spokój i równo­wagę. Nie jest to jednak takie łatwe, bo myśli, które nachodzą nas w ciszy, bywają nieprzyjemne, a nawet przerażające. Cisza potrafi też być zwyczajnie nudna.

Jak widzicie, jest kilka powodów, byśmy stwarzali dzieciom okazje doświadczenia ciszy i nie przeszkadzali im, gdy się w niej zanurzą. Wymaga to niekiedy pewnego wysiłku – i od rodzica, i od dziecka. Mnie samą korci często, by w drodze do szkoły zacząć mówić do córki albo włączyć muzykę tuż po tym, jak wejdziemy do domu. Jednak im więcej czasu pozostawimy na­szym dzieciom na ciszę, tym lepiej nauczą się w niej przebywać, a to umiejętność, która będzie im służyć całe życie.

Wypróbujcie: Dwuminutowa medytacja słuchowa

Dzieciom może być trudno zachowywać ciszę, jeśli nie są do niej przyzwyczajone. Jest szansa, że będzie im łatwiej, jeśli spróbujecie zrobić z tego małą grę. Ustawcie czas na dwie minuty i poproście dziecko, by słuchało aż do upły­wu ostatniej sekundy. Dodajcie, że jeśli ma ochotę, może opowiedzieć wam o tym, jakie dźwięki lub odgłosy usły­szało.

Młodsze dzieci warto podczas tego ćwiczenia nieco ukie­runkować – możecie na przykład poprosić, by wychwyciły dwa lub trzy różne dźwięki, o których po upływie czasu wam opowiedzą.

Fragment książki „Jak ograniczać napady złości u dziecka” Carli Naumburg

Carla Naumburg: psycholożka kliniczna, autorka bestsellera „Jak nie krzyczeć na swoje dziecko”, która w swoich publikacjach chce wesprzeć przepracowanych, zestresowanych rodziców. Koncentruje się na problemie, jakim jest przeciążenie współczesnego rodzica, które jako mama dwóch córek zna również z własnego doświadczenia. W książce „Jak ograniczać napady złości u dziecka” przedstawia konkretne sposoby na trening emocjonalny dla całej rodziny. Jej metoda to nauka bycia tu i teraz, w zgodzie ze swoimi emocjami, ale bez dawania przyzwolenia na wylewanie ich na innych w agresywny, niekontrolowany sposób. Książka jest pełna praktycznych porad, jak wychowywać dziecko w atmosferze spokoju i akceptacji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze