1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zdrowy związek z czasem

Zdrowy związek z czasem

123rf
123rf
Specjalizujący się w praktykowaniu uważności psychoterapeuta Pavel Somov namawia do zaprzyjaźnienia się z czasem. Jego metoda nie polega na porządkowania czasu w plany i punkty, tylko w spojrzeniu na niego z innej strony. Wewnętrznej.

Zwykle czujemy się oddzieleni od tego, co się wokół nas dzieje. Raczej walczymy z rzeczywistością, a nie płyniemy wraz z nią. Opieramy się lub naciskamy. Do rzeczywistości w naszej percepcji należy także czas. I jego też gonimy, usiłujemy przechytrzyć. Nasza świadomość istnieje na tle czasu. Postrzegamy go jako ruch, przepływ, ciągłą zmianę dekoracji. Tak się dzieje, jeśli jesteśmy oddzieleni. To jest męczące. Tymczasem wystarczy wejść w stan bycia. Bycie jest kontrastem między naszą subiektywną trwałością i obiektywną nietrwałością wszystkiego, co jest wokół nas. My sobie wydajemy się stali, trwali, niezmienni, a czas nam ucieka. W ciszy bycia dzieje się odwrotnie. Nasze ja wydaje się płynne, rozszerza się, jest poza nami, a czas znika, nie liczy się. Kiedy doświadczamy chwili, zaczynamy być, odradzamy się, a świat na zewnątrz nas się zmienia. Jak taki stan osiągnąć? Musimy pamiętać, że żyjemy. To my jesteśmy dla czasu, nie on dla nas. Zauważysz to, jeśli zwolnisz i zaczniesz być. Wreszcie w przyjaźni z czasem.

Jeśli musisz pytać siebie około godziny 12, jak minął ci ranek, oznacza że żyjesz bezmyślnie, nieuważnie. Możesz pamiętać, że jadłaś kanapkę z serem, ale jeśli nie wiesz jak ona dokładnie smakowała, gdy ją jadłaś, nie było cię wtedy ze sobą. Brak uwagi jest odpowiedzialny za stres związany z upływem czasu. Receptą na to jest życie jakby w ciągłej medytacji. Polega ono na tym, żeby być świadomym każdej swojej myśli i uczucia. Boisz się, że nie zdążysz? Oznacza to, że myślisz o przyszłości i masz w sobie lęk. Nie ma cię w chwili obecnej. Jeśli byłabyś tu i teraz, czas by się rozszerzył. Swoim lękiem nie tworzyłabyś napięcia. Byłoby tylko twoje bycie. Nie wyklucza ono oczywiście działania, nadal jechałabyś samochodem w korku, ale nie byłoby myśli o spóźnieniu i nie byłoby lęku. Kiedy my jesteśmy wewnętrznie spokojni, świat też taki się staje. Sznur samochodów w końcu rusza, a nawet jak spóźniasz się do pracy, nikt tego nawet nie zauważa. Nie dzieje się nic złego.

Uważność jest ponadczasowa. Możesz pędzić w wyścigu szczurów i mieć czas za wroga. A możesz czuć, że czas płynie zgodnie z twoim wewnętrznym rytmem. Ponadczasowość oznacza bycie ponad czasem, czyli w praktyce trzeba przestać zwracać uwagę na czas. Kiedy świadomie angażujesz się w rzeczywistość, ignorujesz czas. Po prostu robisz to, co robisz. A kiedy spoglądasz na to, jak minął dzień, czujesz go jako własną obecność pełną doświadczania. To, według Pavla Somova, jest zdrowy związek z czasem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czas - dlaczego jedni mają go dużo, a innym wiecznie ucieka?

Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara. Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze?

Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara.

Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i ambitny tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani minuty. W konsekwencji uważa, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie odnosi wrażenie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. Nie myśli, że ma wartość samo w sobie.

Wkracza więc w dorosłość jako osoba, która działa pod nieustanną presją czasu, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie, wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli chwilę i dla dziecka, i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a kiedy coś robi, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli prowadzi z kimś rozmowę, skupia się tylko i wyłącznie na niej. Nie myśli wtedy, co zrobi później. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Jesteśmy obecni w teraźniejszości. Nie przeżywamy też lęku, napięć czy wątpliwości związanych z sytuacjami, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, ma walor ożywiania nas, niezamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń.

To przychodzi z wiekiem

Kiedy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość godzin! Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to nie były nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. Pojawia się niepokój, że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez lata zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czegoś innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, żeby nadgonić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że pozostało mu go coraz mniej. Wreszcie jednak wie, czego chce, i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy, nie przedstawia dla nas większej wartości. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem postępowania. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas zwyczajnie się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje: smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia drobne przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Na zadanie sobie pytań: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.
 
Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy na przykład od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy, czy pory dnia. Albo wstańmy godzinę wcześniej, poobserwujmy swoje ciało, jak się budzi, co czujemy w poszczególnych jego częściach – to dobry początek na nawiązanie ze sobą bliskiego kontaktu. Umówmy się ze znajomym na kawę w zupełnie nowym miejscu, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się w niej szybko zorientować. I to nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwości wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo się boimy, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe grzebanie się w przeszłości jest jednym ze sposobów radzenia sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że ta retrospekcja: „dlaczego tak się zachowałem, dlaczego to zrobiłem…” – nic nam nie da. Przyniesie jedynie poczucie winy i spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, również nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza.

Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby w przyszłości zrobić, ustawiają się w sytuacji, która otwiera przed nimi wiele wspaniałych możliwości... Karmiąc swoje ego, żyją tak naprawdę w lęku przed sukcesem, w oderwaniu od tego, co się dzieje tu i teraz.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a w przyszłość wybiegający, by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć?

Bo wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a to napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niego uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – by czuć się bezpiecznie. A przecież życie jest procesem. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie zatem przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca i oddechu – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Ekspert: Teresa Raczkowska psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną

Zresetuj się - wskazówka dla pracujących poza domem

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję czasu odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna. Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”. Możesz też zaparkować pod budynkiem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, wytrzyma jeszcze kwadrans dłużej, bez większej szkody dla przebiegu całego dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Bo prawda jest taka, że gdy zaczniemy zauważać to, co jest wokół, ale i w środku nas, będziemy mieć coś do dania drugiej osobie, bo dopiero wtedy możemy poświęcić jej całą naszą uwagę.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno jest nam realizować plany i postanowienia?

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Przez całe życie ciągle coś zaczynamy – naukę, pracę, związki. Nieustannie też coś planujemy, często jedno i to samo. Dlaczego w snuciu planów jesteśmy świetni, a w ich realizacji już nie?

Karol, lat 42, informatyk, ojciec 15-letniego syna: – Od kilku lat w nowym kalendarzu sporządzam listę spraw, które chciałbym załatwić w nadchodzącym roku: basen, koszykówka, dieta, rzucenie palenia, czas dla syna. Ale potem okazuje się, że lista sobie, a życie sobie. Bo obowiązki zawodowe, choroba, wyjazd. Zastanawiałem się, dlaczego nie udaje mi się wytrwać w postanowieniach, choć naprawdę przez pierwsze tygodnie mocno skupiałem się na zapisanych punktach i bardzo się starałem, żeby tym razem je zrealizować. Zauważyłem jednak, że im częściej przypominam sobie o postanowieniach, tym bardziej się stresuję. W końcu plany stają się mało ważne, choć przecież nie wykreśliłem ich z kalendarza.

Karol powiela schemat noworocznych postanowień, jak zresztą robi to wielu z nas. Na czym ten schemat polega? Na tym, że najpierw coś planujemy, a potem sobie uświadamiamy, że plany oznaczają przymus robienia tego, co postanowiliśmy, więc się do ich realizacji zniechęcamy, co z kolei nas złości i stresuje. A ponieważ uczucia te nie są przyjemne, zaczynamy wypierać postanowienia, wmawiać sobie, że nie są ważne. I mimo że widnieją nadal na pierwszej stronie kalendarza, ignorujemy je. Aż do następnego roku, kiedy znów zapisujemy je w kalendarzu i znów powielamy stary schemat.

Chcę, nie muszę

Dlaczego tak się dzieje? Błąd tkwi w założeniu, że najważniejsze są postanowienia, a nie my, nasze uczucia, możliwości, potrzeby. Karol doszedł do tego sam po kilku sesjach terapii.

– To było jak olśnienie – nagle uświadomiłem sobie, że nie jest ważna ta głupia lista, tylko ja, który mam ją realizować. Dotarło do mnie, że używając siebie jako narzędzia do wykonania postanowień, zapomniałem o szacunku dla samego siebie. I pamiętam ten moment, to było na szóstej sesji. Przeczytałem punkty, a było ich sześć, wykreśliłem trzy i powiedziałem: „Teraz to ja chcę pracować nad tym, kim jest ten człowiek, który ma spełnić postanowienia, a nie nad postanowieniami”. Przewartościowałem zupełnie cały proces. Z jednej strony analizowałem, tak na chłodno, kim jest ten mężczyzna, którym jestem teraz, a z drugiej – kim jest ten, którym chcę być. I co jest pomiędzy, jaki dystans dzieli jednego od drugiego. Wtedy dokonałem kolejnego ważnego odkrycia: Nie muszę od razu być tą wymarzoną osobą, mogę stawać się nią powoli. I dopiero wtedy przyszła duża motywacja, żeby zacząć coś w życiu zmieniać.

Karol wspierany przez psychologa zaczął pracę nad umiejętnościami potrzebnymi do zrealizowania kolejnego celu. Na pierwszy ogień poszedł punkt: muszę poprawić relacje z synem. Skreślił słowo: „muszę”, napisał: „chcę”. W planowaniu najbardziej obciąża nas właśnie to „muszę”. Bo na ogół nie liczymy się z możliwościami, jakimi w tym momencie dysponujemy, tylko sobie coś narzucamy, rozkazujemy. Nawet kiedy jest nam to „coś” bardzo potrzebne, nie wolno się przeciążać, katować, bo po prostu w tym momencie i tak nie będziemy w stanie tego osiągnąć.

Drogę dochodzenia do celu najlepiej podzielić na małe odcinki. Karol postanowił, że najpierw popracuje nad formą swojej komunikacji z synem. Kiedy psycholog zapytał go, co oznacza dla niego dobra relacja z synem, odpowiedział: „Taka, w której otwarcie możemy rozmawiać o trudnościach, o tym, co nam przeszkadza w osiągnięciu zgody i porozumienia, o tym, co możemy robić wspólnie”. Dla Karola od tej pory cel nie był już pustym frazesem, ale miał kształt konkretnych kroków. Bo często bywa tak, że cel jest wzniosły, wyrafinowany jak perspektywa dobrej kolacji, a brakuje konkretów, owego menu, które by go wypełniły. Menu Karola składało się z wielu punktów, które dopisywał, na przykład: „Akceptuję to, czego do tej pory nienawidziłem w synu”, „spokojnie rozmawiam z nim, a nie wpadam w furię, gdy robi coś nie tak”.

– Tym, co odróżniało ten proces od poprzednich prób porozumienia się z synem, było to, że teraz miałem poczucie szacunku do siebie, że czułem się podmiotem tego procesu, a nie przedmiotem, który wykonuje tylko pewne działania.

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? W jakim czasie? Co mogę zrobić, żeby zdobyć siły i umiejętności do tego potrzebne? Poradzę sobie sam czy mam szukać wsparcia? Gdzie?

Akcja realizacja

Samo postawienie celu nie wystarczy. Trzeba zobaczyć, co znajduje się „pod” nim. Chcę nauczyć się angielskiego? Czyli zakładam, że po drodze mogę kaleczyć język, narażać się na śmieszność, mieć opory w nawiązywaniu kontaktu z cudzoziemcami. I przyjmuję, że te wszystkie pochodne celu są w porządku. Nauka języka oznacza wysiłek, ale też zgodę na krytykę, na to, że ją uniosę. Trzeba cel „porozbijać”, zobaczyć, co się za nim kryje, jakie umiejętności, jakie cechy charakteru. Może odwaga do mierzenia się zarówno z krytyką otoczenia, jak i z wewnętrznym krytykiem, który szepcze: „Nie mów po angielsku, bo się ośmieszysz”?

Ważne, żeby ten proces miał pewną dynamikę, żeby dać sobie czas na jego realizację. A kiedy już ten czas upłynie, warto sprawdzić, co się w tym okresie udało, a co nie. Jeżeli nowe otwarcie nie wyszło, to trzeba się zastanowić dlaczego. Ale nie szukajmy wtedy łatwych odpowiedzi w zewnętrznych okolicznościach, takich jak brak czasu albo zły nauczyciel. Posprawdzajmy przyczyny, które leżą po naszej stronie. Czy na przykład nie dokonaliśmy niechcący wobec siebie nadużyć? Czy nie zadaliśmy sobie gwałtu, że chcemy czegoś, co nie jest realne teraz, już? Bo czy realne jest zakładać, że po roku nauki angielskiego będziemy wykładać w tym języku fizykę kwantową? Nie. Dlaczego zatem zmuszamy się do tego, co nie jest możliwe? System, który nakazuje, że musimy być „jacyś”?

Piotr, lat 34, menedżer w dużej korporacji, dostał propozycję pracy w Singapurze. Na początku nie posiadał się z radości, bo wyjazd oznaczał awans, większe zarobki, poznanie nowego kraju. Ale szybko pojawiły się też wątpliwości: Ma pojechać sam czy z rodziną (żoną i dwójką dzieci w wieku przedszkolnym)? Czy sobie poradzi z tak dużym wyzwaniem zawodowym? Czy odnajdzie się w nowym klimacie i kulturze? Przed podjęciem decyzji musiał zadać wiele pytań sobie, ale także jak najwięcej dowiedzieć się o tym, co czeka go w nowej pracy i nowym kraju. Poznać długoterminową „prognozę pogody” dla tego miejsca i się do niej przygotować.

Bo na to, czy uda nam się zrealizować plany, czy nie, wpływają dwie siły: my sami i system. Obydwie trzeba uwzględnić, planując ważne przedsięwzięcie. Gdy nie będziemy dobrze przygotowani, system może utrudnić albo wręcz uniemożliwić zadanie. Dlatego zawsze dobrze jest najpierw rozpoznać wszelkie okoliczności, w jakich przyjdzie nam działać, zarówno zewnętrzne (w przypadku Piotra będzie to np. kultura kraju), jak i wewnętrzne (całe swoje know-how). Potem wyznaczamy sobie mniejsze cele, na przykład: kupię książkę do angielskiego, poszukam kogoś wokół mnie, kto może mi pomóc. Do celu lepiej iść małymi kroczkami.

Zawsze jest jakieś wyjście

Jedną z trudności, jaką musimy przejść przy nowych otwarciach, są nawyki. Dlatego zawsze trzeba je uwzględniać. I albo dopasować system do nawyku, czyli na przykład wynająć mieszkanie blisko pracy, jeżeli rzeczywiście rano trudno nam się podnieść z łóżka, albo zmienić nawyk.

Piotr w końcu wyjechał do Singapuru ze swoją rodziną. I okazało się, że nowa kultura totalnie wybiła go z przyzwyczajeń. Do tego stopnia, że żona Piotra Basia śmiała się, że ma nowego męża. Basia też się zmieniła. Wcześniej zarzekała się, że nie będzie mieć więcej dzieci, że chce wrócić do pracy. A w Singapurze zamarzyła o trzecim dziecku i zaszła w ciążę.

Nowe otwarcia zmieniają perspektywę myślenia. Nagle widzimy coś, czego w ogóle wcześniej nie dostrzegaliśmy.

Na ogół jednak w pierwszym odruchu opieramy się zmianom. Ale gdy nie mamy wyjścia, powoli je akceptujemy. Potwierdzają to badania nad stosunkiem pracowników do nowych procedur wdrażanych w firmach.

Paweł Gniazdowski z Lee Hecht Harrison DBM Polska: – Z badań wynika, że ludzie dzielą się na trzy grupy: tradycjonalistów, innowatorów i tych, którzy adaptują się do nowości. Pierwsi dostrzegają w zmianie przede wszystkim zagrożenia i niewygody. Drudzy upatrują w niej szansę na rozwój. Przeważającą część zespołu stanowią pracownicy szybciej lub wolniej adaptujący się do tego, co się wydarza. W odróżnieniu od pozostałych ludzie z tej grupy nie mają potrzeby podtrzymywania silnych emocji (pozytywnych lub negatywnych) wobec nowych rozwiązań. Najchętniej wyrażają na ten temat zdawkowe opinie i przyjmują postawę wyczekującą. Nie hamują innowacji, choć mogą w praktyce regulować jej tempo. Ich stosunek do całego procesu zmian z czasem staje się coraz bardziej racjonalny i zdroworozsądkowy. Co najważniejsze, ta właśnie grupa decyduje o ostatecznych praktycznych efektach reform.

W życiu prywatnym zachowujemy się podobnie. Pierwszą reakcją jest lęk przed utratą poczucia bezpieczeństwa, przed „nie wiem” po drugiej stronie. Tymczasem zmiana nie oznacza, że wszystko się skończyło, że oto rodzimy się na nowo. Istnieją przecież mocne filary, które się nie zmieniają, jak rodzina, przyjaciele, związki. I to one dają poczucie bezpieczeństwa.

Czasem emocje aż kipią, wylewają się z nas, a my trzymamy się kurczowo starego, bo boimy się, że gdy coś utracimy, będziemy cierpieć. Ale kiedy trwamy w oporze i nie chcemy dopuścić nowego, też cierpimy. Tkwimy bowiem w wewnętrznym rozwodzie – z jednej strony żal nam tego, co odeszło, z drugiej – to, co nowe, jest nieuchronne jak pory roku. W takich momentach chowa się gdzieś ta część nas, która przecież wie, że zawsze mamy wyjście. Mogę zrezygnować ze studiów i wybrać inne. Mogę wyjechać. Mogę się rozwieść.

Nowe otwarcie jest szczególnym momentem, w którym cała nasza uważność musi być na najwyższym poziomie. A często niedobrze ją ukierunkowujemy – skupiamy się na tym, co mamy osiągnąć, a nie na tym, czy jesteśmy do tego gotowi, czy mamy predyspozycje, czy tego chcemy. W takich momentach „światło” powinniśmy kierować do środka, nie na zewnątrz. Wtedy widzi się to, co najważniejsze. Karol określił ten stan „rozszerzeniem siebie”.

– Dosłownie poczułem się mocniejszy, spokojniejszy. Zmieniły się niby tylko moje relacje z synem, a tak naprawdę zmianie uległo wszystko, całe moje życie. Osiągnąłem stan spokoju, który mój psycholog nazwał „wewnętrzną latarnią morską”. Ta latarnia pomaga mi trzymać się właściwego kierunku, gdy wokół szaleją sztormy. Odnalezienie jej jest niezwykle trudne. Ale jak się ją już w sobie ma, to nic nie jest straszne. Człowiek wie, co planować, wybierać, dokąd iść.

  1. Psychologia

Odpowiedź przychodzi w ciszy

Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę. (Fot. iStock)
Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę. (Fot. iStock)
Zatrzymują nas choroby, wypadki, utrata pracy, ale to niebezpieczne przystanki. Więc sama się zatrzymaj, zanim życie cię zatrzyma – mówi Małgorzata Jakubczak, nauczycielka uważności i empatycznej komunikacji. 

Wszyscy dzisiaj nie mamy czasu, przynajmniej tak mówimy.
No właśnie – tak mówimy, bo tak myślimy. Ale też odwrotnie – tak myślimy, bo tak mówimy. Powtarzając jak mantrę: „nie mam czasu”, a tym samym wdrukowując w swój umysł takie przekonanie, z czasem zaczynamy wierzyć, że tak jest.

Lepiej nazywać konkretne czynności, jakie mamy do wykonania?
Zdecydowanie tak. Bo jeżeli określenie „nie mam czasu” zastąpimy innym, konstruktywnym własnego autorstwa, to zobaczymy, że tak naprawdę sami wybieramy sposób, w jaki swój czas wykorzystujemy. Dostrzegamy też, że powodem braku czasu jest pośpiech, przymus. To właśnie przymus czyni nas niewolnikami nie tylko swoich obowiązków, ale także tego, co lubimy. Raptem okazuje się, że wszystko jest przymusem. Alternatywą dla „nie mam czasu” może być powiedzenie „zajmuję się tym i tym, jestem zaangażowana w to i to”. Im bardziej precyzyjne określenie, tym większa jasność, co mamy zrobić i dlaczego.

Robimy jednak sto rzeczy naraz.
Taka strategia jest stresująca i nieproduktywna. Lepiej ustalić plan zajęć. Na przykład: przez godzinę bawię się z dzieckiem, przez kolejną sprzątam, a na koniec gotuję.

Dlaczego takie podejście bardziej się sprawdza?
Ponieważ poszczególne czynności wymagają innego rodzaju skupienia – jedne twórczego myślenia, inne mechanicznego powtarzania. Gdy robimy jednocześnie kilka rzeczy, nasz biedny mózg przeskakuje z aktywności na aktywność i nie nadąża. Bardzo trudno wtedy tak naprawdę na czymś się skupić.

Nawyki jednak trudno zmienić.
Jestem fanką „efektu aha”. Czyli doświadczenia, które weryfikuje myślenie. Aha! Jednak dzień, w którym do tego wszystkiego, co robię, dorzucam półgodzinny spacer, o paradoksie, okazuje się spokojniejszy, choć przybyło mi zajęć! Co tu zadziałało? To, że zrobiłam coś dla siebie. Każdy rodzaj aktywności nastawionej na siebie ma magiczną właściwość mnożenia czasu.

Pośpiech wynika z nadmiaru zajęć?
W ogóle nie. W jakimś sensie każdy z nas ma tyle obowiązków, ile lepiej lub gorzej jest w stanie wypełnić. Nawet ci, którzy biorą udział w wyścigu szczurów, są w stanie podołać swoim zadaniom, przynajmniej przez jakiś czas. Śpieszymy się, bo mamy wdrukowany od dziecka taki oto przekaz: człowiek, który nic nie robi, marnuje czas. Słyszymy: nie siedź tak, rusz się, weź się do czegoś. Czas jawi się w tych naukach jako wartość, którą trzeba w dwójnasób wykorzystać. To bardzo mocno uwewnętrznione przekonanie.

Co zrobić, żeby zwolnić?
Zwalniają ci, których zatrzymało życie: choroba, wypadek, utrata pracy, emerytura. To są jednocześnie bardzo niebezpieczne momenty, bo mogą nas załamać. Więc sama się zatrzymaj, zanim życie cię zatrzyma.

Tak po prostu? Niewykonalne.
Dla człowieka smakującego życie jak najbardziej! Smakosz delektuje się tym, co robi, nie żałuje na to czasu, pieniędzy, pozwala sobie na zagłębienie się w coś, co go ciekawi, co sprawia mu radość. Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę.

Trzeba jeszcze wiedzieć, co z tym odzyskanym czasem zrobić? Założyć nogę na nogę i patrzeć w sufit?
Jeżeli to sprawia komuś frajdę, czemu nie? Ważne, żeby wiedzieć, co lubimy, co jest dla nas ważne. Żeby jednak to wiedzieć, trzeba siebie poznać. Z założenia wiele czasu poświęcamy innym, natomiast sobie – mało. Nie mamy takiego nawyku. Minęły czasy robienia rachunku sumienia, który był rodzajem dialogu ze sobą. Kiedyś ludzie pisali dzienniki, teraz piszą blogi, ale bardziej dla innych, świata.

Dlaczego nie lubimy posiedzieć sam na sam ze sobą?
Bo to tak, jakbyśmy siedzieli z nieznajomym. Ktoś, kto siebie zna, z przyjemnością pobędzie ze sobą, nie szuka wtedy panicznie zajęcia ani towarzystwa. W takich chwilach przychodzi refleksja, co mam dziś naprawdę do zrobienia. Wystarczy, że ze sobą pogadam, i już mam świadomość wyboru – czy zrobię coś powoli, czy będę pędzić bez trzymanki, na oślep. Nie chodzi jednak o to, żebyśmy zamieniali się w mędrców, zagłębiali w zakamarki duszy, tylko żebyśmy mieli nawyk kontaktowania się ze sobą.

Masz na to jakiś sposób?
Tak, zadawanie sobie prostego pytania: jak się mam? Jeżeli odpowiedź będzie brzmiała: mam się niefajnie, to spróbuję ten stan zmienić, bo pierwszym powodem do zmiany jest niewygoda. Ale to nie musi być rewolucyjna zmiana. Zacząć jednak trzeba od dialogu ze sobą: dlaczego jestem zdenerwowana? Nikt mi tego nie powie. Odpowiedzi są w nas, musimy tylko skontaktować się ze sobą. Namawiam ludzi na codzienny rytuał, wystarczy zatrzymać się na cztery minuty. Jak się mam? Odpowiedź przychodzi w ciszy, kiedy umysł i ciało są zintegrowane.

Dzisiaj nie wypada się nie śpieszyć…
To prawda. Śpieszymy się, bo wszyscy się śpieszą. Panuje moda na życie w pędzie, na próbowanie wszystkiego, co życie zsyła. Jeżeli mamy trzy propozycje na wieczór, to wydaje nam się, że jak z którejś zrezygnujemy, to dużo stracimy. Już samo słowo „rezygnacja” rodzi żal. Świat ma nam dużo do zaproponowania, a my musimy wybierać to, co dla nas najlepsze.

Pomocne lektury: Małgorzata Jakubczak „Rozwijanie uważności na co dzień”, Difin, Warszawa 2011, Dominique Loreau „Sztuka umiaru”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011, i „Sztuka prostoty”,  Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2008, Jon Kabat-Zinn „Gdziekolwiek jesteś, bądź”, IPSI Press, Warszawa 2007.

Małgorzata Jakubczak pedagożka, nauczycielka uważności i empatycznej komunikacji. 

  1. Psychologia

Słuchanie jest aktem miłości

Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy naprawdę kogoś słuchamy, to ta osoba trafia do centrum naszej uwagi, staje się  ważniejsza niż jakiekolwiek inne nasze potrzeby.

Gdy całkowicie się na kimś koncentrujemy i poświęcamy mu całą swoją uwagę, rozmówca czuje, że dajemy siebie całkowicie. Wtedy w pewnym sensie traci poczucie własnej odrębności i energetycznie zespala się z nami.

Sztuka słuchania w 6 krokach

1. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że przestajemy oceniać. Nasz rozmówca staje się dla nas jak czysta biała kartka. Przyjmujemy tę osobę w danym momencie taką, jaka ona jest.

2. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że kiedy druga osoba mówi, nie planujemy tego, co mamy zamiar powiedzieć. Nie zajmujemy się sobą, swoim punktem widzenia i swoimi emocjami, tylko próbujemy wczuć się w położenie rozmówcy.

3. Prawdziwe słuchanie jest celem samym w sobie.

4. Prawdziwe słuchanie wymaga uważnej obecności. To stan bycia, którego doświadczasz, dając całą uwagę temu, co robisz. W takim słuchaniu nie jest nawet konieczna bliska fizyczna obecność, w ten sposób można też rozmawiać przez telefon. Chodzi po prostu o pełną świadomość tego, co się wydarza podczas rozmowy.

5. Prawdziwe słuchanie polega nie tylko na uważności na słowa, ale także na sygnały pozawerbalne, na przykład ton głosu czy mowę ciała.

6. Po prawdziwym wysłuchaniu, kiedy odpowiadamy tej drugiej osobie, więcej jest w nas empatii i autentyczności. Jesteśmy bardziej w tu i teraz, a więc także bliżej siebie.

  1. Psychologia

Opanuj stres – proste ćwiczenie na natłok myśli

Im częściej będziesz wykonywać ćwiczenie
Im częściej będziesz wykonywać ćwiczenie "Zatrzymaj się, poczuj", tym szybciej przyniesie ono ulgę. (Fot. iStock)
Stres, natłok myśli, podenerwowanie – powodują, że nie funkcjonujemy w harmonii, jesteśmy spięci i roztargnieni. Wtedy właśnie przyda się to proste ćwiczenie, polecane przez nauczycielkę medytacji Nityę Patrycję Pruchnik. Im częściej będziesz je wykonywać, tym szybciej przyniesie ulgę. Spróbuj!

Ilekroć poczujesz, że nachodzą cię uporczywe myśli lub robi się w głowie gęsto, zatrzymaj się. Nic nie rób, po prostu zatrzymaj umysłowy ciąg. Nie ulegaj mu. Powiedz mu: „dość”. Nic więcej. Całkowite zaprzestanie jakiegokolwiek działania, ruchu (w głowie) może natychmiast przenieść cię w przestrzeń świadka. Stamtąd rozciąga się widok na płynące przez niebo w bezruchu myśli. Bądź z nimi z perspektywy świadomości. Nie oceniaj ich dodatkowo, nie pomijaj i nie staraj się ich pozbyć. Patrz, jak przychodzą i odchodzą jedna po drugiej.

A teraz poczuj

Po wybudzeniu z myślowego natłoku przenieś uwagę na odczucia płynące z ciała, poczuj je. Przestań śledzić myśli, tylko odczuwaj – bez myślowego wsparcia. Pozwól sobie przepuszczać wszystko przez siebie – bez stawiania jakiegokolwiek oporu. Obserwuj, jak konkretne emocje odchodzą, jak się rozpływają. Zazwyczaj odczucia cielesne i emocje mijają trochę wolniej niż myśli. Nie popędzaj ich. Nie spiesz się. W tym czystym nieporuszonym byciu dostrzeż nieoddzieloną od siebie energię. Odpocznij w niej. Najpewniej myśli będą nawracać, w dalszym ciągu przenoś uwagę na odczuwanie ciała i odprężaj się w nim. Nawet wówczas, gdy pojawią się dotkliwe emocje. Po jakimś czasie będą się one przeobrażać i rozpływać. Pamiętaj, że walka z emocjami tylko je przedłuża. Przyjmij je, pozwól im wzbierać i zanikać. Jeśli uporczywe myśli nadal będą powracać, ponownie zatrzymaj się. Nie folguj myślom. Znajdź pozycję świadka, a następnie przenieś uwagę na czucie.

Czuj. Praktykuj w ten sposób dopóty, dopóki zarówno myśli, jak i emocje zaczną się rozpływać, pozostawiając po sobie spokój. Spróbuj popraktykować opisany cykl ćwiczeń dwa, trzy razy w ciągu dnia. Niewykluczone, że przy pierwszych próbach ta praktyka przyniesie ci więcej frustracji niż pożytku.

Może pod wpływem początkowego rozczarowania zechcesz ją sobie odpuścić. Tym  bardziej zachęcam cię do wytrwania. W takim wypadku uważnie przeczytaj raz jeszcze opis praktyki. Pamiętaj, że nie chodzi tu o zmianę stanu, który ci aktualnie towarzyszy, lecz o spojrzenie na to, co się wydarza, z szerszej perspektywy. Przyjęcie i rozpuszczenie się w tym, co jest. Nie znaczy to bynajmniej, że doświadczeń w niej nie będzie. Wprost przeciwnie, wszystkie stany i doświadczenia są z takiej perspektywy w pełni przyjmowane. Nawet jeśli wykonywanie tej praktyki nie przyniesie od razu oczekiwanych przez ciebie rezultatów, pamiętaj o niej i próbuj co jakiś czas do takiego spojrzenia powrócić. Pobaw się w zatrzymywanie i czucie. Nie rób tego po to, by coś zmienić, coś z siebie wymazać, lecz po to, by się odprężyć i budzić.

Praktyka pochodzi z książki „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020. Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.