1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Zamknąć stare dla dobra nowego

Zamknąć stare dla dobra nowego

Rodziny zrekonstruowane muszą tworzyć swoją historię od nowa – mówi psychoterapeutka Urszula Sajewicz-Radtke.

– Na czym polega największy trud budowania więzi w rodzinie zrekonstruowanej?

– Rodzina tradycyjna rozwija się w pewnym cyklu. Takimi klasycznymi fazami związku są: okres narzeczeństwa, młode małżeństwo, rodzina z małymi dziećmi, z dziećmi w wieku szkolnym, nastolatkami, dorosłymi dziećmi i faza pustego gniazda. Każdy etap wzbogaca rodzinę, wymaga zmian w jej strukturze. W rodzinie zrekonstruowanej dochodzi do zaburzenia tego cyklu. Nie ma tu naturalnego przechodzenia pomiędzy fazami, natomiast są fazy dodatkowe, przez które takie rodziny muszą przejść, żeby poradzić sobie w zaistniałej sytuacji.

– Na przykład faza zamykania poprzednich związków.

– Tak, bo to są rodziny po przejściach, po kryzysie. To, jak poradzą sobie po rekonstrukcji, zależy od tego, jak partnerzy poradzili sobie z rozstaniem. Dlatego muszą przejść proces żegnania się z dawnym związkiem, co zazwyczaj trwa długo. Nie bez powodu porównuje się go do żałoby po śmierci kogoś bliskiego.

– Dla dobra nowej rodziny lepiej ograniczyć spotkania z byłym partnerem?

– Absolutnie nie. A szczególnie w sytuacji, kiedy mamy dzieci. Nadal przecież jesteśmy rodzicami. Powinniśmy się kontaktować, ale ten kontakt nie może być nacechowany negatywnymi emocjami, nie można się nawzajem niszczyć. Często ludzie sobie z tym nie radzą. A niestety decydują się na pójście do terapeuty tylko wtedy, gdy chcą ratować związek. Tymczasem warto udać się po pomoc również w sytuacji, kiedy chcemy dobrze się rozstać.

– A co poradzić, gdy sytuacja jest na ostrzu noża?

– Jeżeli ludzie nie potrafią porozumieć się nawet w najprostszych sprawach, takich jak opieka nad dziećmi, dzielenie się kosztami, to można skorzystać z pomocy mediatora, który pozwoli na neutralnym gruncie ustalić zasady współpracy. Trzeba zamknąć poprzedni związek w cywilizowany sposób także dla dobra nowego. To pozwoli wprowadzić nowego partnera, jego dzieci i  rodzinę do naszego systemu w uporządkowany sposób. Wtedy nie będzie już na wstępie powodu do konfliktu z nowym partnerem, a sobie i dziecku oszczędzimy napięcia i stresu.

– Czy powinniśmy jakoś specjalnie traktować dziecko w rodzinie zrekonstruowanej?

– Trudne pytanie. Bo faktycznie musimy zwrócić szczególną uwagę na emocje dziecka, ale trzeba też uważać, aby nie traktować go jako biednego, poszkodowanego, takiego, co to mu się w życiu nic nie udaje. Bo dzieci szybko to wyczują i mogą wykorzystać przeciwko nam i zacząć nami manipulować. Warto więc zachować czujność, ale i zwracać uwagę na wszystkie drobiazgi, takie jak zmiany zwyczajów żywieniowych dziecka, powrót do nocnego moczenia się, skarżenie się na bóle brzucha. Nie powinniśmy jednak w tej czujności przesadzić, żeby dziecko nie czuło się jak na cenzurowanym. Teraz rodzin zrekonstruowanych jest dużo więcej niż kiedyś, więc nie ma stygmatyzowania dzieci wywodzących się z tzw. rozbitych rodzin.

– Dzisiaj coraz częściej byli partnerzy i ich rodziny utrzymują ze sobą kontakty, a nawet przyjaźnią się.

– Taki trend dobrych relacji jest mocno promowany. I dobrze. Ale nawet wtedy rodziny zrekonstruowane stają przed wieloma problemami, choćby przed brakiem wspólnej historii. W rodzinie, która jest ze sobą przez wiele lat, wystarczy jedno zdanie i wszyscy się zaśmiewają, bo pamiętają kontekst, mają te same wspomnienia. Mają też uformowane rodzinne rytuały, że na przykład pierwszy dzień świąt spędzają z rodziną, a drugi z przyjaciółmi. Natomiast rodziny zrekonstruowane zaczynają od zera. Muszą tworzyć swoją historię od nowa. Pojawiają się nowe przekazy rodzinne, więc i obszary, które mogą być konfliktowe. Partnerzy, podejmując decyzję o nowej rodzinie, muszą wziąć to pod uwagę, a bardzo często niestety nie biorą. I ich kolejne związki się rozpadają.

– I jest jeszcze trudniej. Ale taka rozbudowana rodzina po przejściach może też mieć swoje blaski. Choćby to, że składa się z wielu osób, a każda z nich wnosi do wspólnoty swój świat.

– Znam wiele rodzin zrekonstruowanych, które są szczęśliwe, które sobie radzą. Te rodziny wzbogacają się o nowe tradycje, nowe sposoby radzenia sobie w sytuacjach trudnych. To jest też fajna lekcja dla dzieci – mimo że nie wyszło nam w pierwszym małżeństwie, to możemy być świetnymi rodzicami; ty nadal jesteś najważniejszym dzieckiem, a ja mogę znaleźć szczęście z kimś innym. W Polsce pokutuje przekonanie, że warto dla dziecka być razem, mimo wszystko. To absurd. Ono szybko wykrywa utajone emocje. Czasami naprawdę lepiej jest się rozstać. I uczyć dziecko, że warto walczyć o swoje szczęście, nie krzywdząc innych, że warto być z kimś innym i że warto żyć w zgodzie ze sobą.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie chcesz już być singielką? Postaraj się zamknąć przeszłość

Jeśli decydujesz się na bycie singlem - powinien to być świadomy wybór. Często jednak za tą decyzją kryją się nieprzepracowane krzywdy. (fot. iStock)
Jeśli decydujesz się na bycie singlem - powinien to być świadomy wybór. Często jednak za tą decyzją kryją się nieprzepracowane krzywdy. (fot. iStock)
Można wyodrębnić dwie grupy osób żyjących w pojedynkę: single z wyboru i single wdowcy. Ponad połowa z nich to głównie kobiety w wieku dojrzałym. Wielu singli nie szuka obecnie partnera, a głównymi powodami kroczenia przez życie solo są: obawa przed zranieniem, przykre doświadczenia z przeszłości i brak potrzeby nawiązywania bliskich relacji.

Trzydziestoletnia Magda żyje w pojedynkę od 5 lat. Ma za sobą jeden poważny związek, który skończył się rozstaniem. Czterdziestoletnia Iwona 3 lata temu w wypadku samochodowym straciła męża. Twierdzi, że ciągle nie jest gotowa na nową miłość. Dwudziestoletnia Ania bardzo przeżyła rozwód rodziców. W dzień swoich osiemnastych urodzin dowiedziała się, że jej ojciec od lat miał równoległy związek.

Gdy przeszłość boli

Śmierć ukochanego człowieka, zdrada partnera, rozwód czy traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa to głęboka rana, która wymaga czasu, ale też przeżycia i pogodzenia się ze stratą. Czas po stracie nazywany jest żałobą, która ma kilka charakterystycznych etapów. Najpierw pojawia się szok, niedowierzanie, że to spotkało właśnie ciebie, życzeniowe myślenie, że to nieprawda, że wszystko będzie jeszcze tak jak dawniej. Później pojawia się bunt, żal, wściekłość, pragnienie szukania winnego, targowanie się z losem: co mogę zrobić, żeby ukochany człowiek wrócił? Depresja - etap izolacji, pogrążania się w bezgranicznym smutku, myśli samobójcze to najtrudniejszy etap żałoby, który zwykle pojawia się po pewnym czasie od zaistnienia straty (kilka miesięcy po pogrzebie, rozwodzie), kiedy bliscy, dotąd wspierający, wracają do swojego życia, a osoba po stracie w pełni uświadamia sobie fakt opuszczenia.

Rozliczenie się z przeszłością, pogodzenie z zaistniałymi faktami, akceptacja straty z jednoczesnym zachowaniu w sercu pamięci o nieobecnym, to ostatni etap żałoby, który powinien pojawić się do roku po stracie. Jednak często tak się nie dzieje. Magda ciągle przechowuje na szafce przy łóżku zdjęcie ukochanego. Utrzymuje kontakty ze wspólnymi znajomymi, którzy przekazują jej informacje na temat ,,byłego". Kiedy kilka tygodni temu dowiedziała się, że w jego związku nie dzieje się najlepiej, nadzieja na powrót partnera ponownie ożyła. Iwona nie była w stanie uczestniczyć w pogrzebie męża, do dziś nie była na cmentarzu. ,,Przecież tam go nie ma. Nie jestem w stanie pogodzić się z faktem, że ten młody, pełen życia mężczyzna, leży zakopany w ziemi" - tłumaczy przyjaciółkom. Ania zwierzyła mi się w trakcie terapii, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo czuje się lojalna wobec matki. ,,Wszyscy faceci to dranie. Niech mi pani da gwarancje, że mężczyzna, którego pokocham, będzie należał tylko do mnie".

Kiedy nosisz w sobie takie pokłady cierpienia, rozżalenia, bólu, lęku, wściekłości i niewiary w udany związek, nie jesteś w stanie rozstać się z przeszłością. Bywa, że w desperacji, na oślep szukasz miłości, wierząc, że zastąpi ci ona tę utraconą. W nowym partnerze lokujesz swoje zranione uczucia i wierzysz, że on wynagrodzi ci twoje rozczarowania i ukoi ból z przeszłości. A przecież żaden człowiek nie zastąpi nam byłego partnera. Związki zawierane z taką intencją z góry skazane są na porażkę.

Sprawdź, czemu/komu mówisz: ,,nie"

Jeśli masz za sobą tak dotkliwą stratę jak śmierć partnera, zdradę, porzucenie, czy traumatyczny rozwód rodziców bądź swój, twoja decyzja o życiu w pojedynkę nigdy nie jest świadomym wyborem. Jak to sprawdzić? Wyobraź sobie swój potencjalny nowy związek. Jaki obraz się pojawia? Wracają sceny z przeszłości: czujesz zapach dawnego partnera, wspominasz dzień waszego poznania, przypominasz sobie twarz ojca, który zapewniał, że nigdy nie przestanie cię kochać, a ty wiedziałaś, że jeśli uwierzysz w jego słowa to zranisz matkę? Jeśli tak właśnie jest, nie jesteś wolna od przeszłości. Nowy związek, myśl o nim powinna ci się jawić jak biała kartka, wielka niewiadoma, którą z ciekawością przyjmujesz. Jeśli w głowie masz już gotowy scenariusz tego, co ma się wydarzyć, wiesz dokładnie jaki ma być ten nowy mężczyzna, to znak, że jeszcze potrzebujesz czasu, by zamknąć stare i z ufnością otworzyć się na nowe. Psychologowie twierdzą, że od ostatniego związku powinny minąć przynajmniej dwa lata, żebyś mogła wejść w nową, udaną relację. W przypadku dotkliwej straty ten czas może być za krótki.

Przede wszystkim musisz zamknąć proces żałoby. Jak to zrobić?

Zaakceptuj fakt, że przeszłość już nie wróci. Nawet jeśli partner, który odszedł, zdecyduje się wrócić, wasz związek zacznie się od nowa, a gwarancją jego powodzenia będzie wybaczenie i zamknięcie przeszłości. Spotkacie się jak dwoje nowych ludzi.

Zrób bilans przeszłości. Nie idealizuj partnera, ani waszej relacji. Były między wami dobre i złe chwile, jak to w życiu. Obydwoje macie zalety i wady. Przy innym partnerze ty będziesz zupełnie inna. Jemu też daj taką szansę. Tylko wtedy będziecie mogli spotkać się autentycznie.

Jeśli nosisz w sobie ból po rozstaniu rodziców, zaakceptuj fakt, że to nie ty byłaś partnerką ojca i to nie ciebie zdradził. W potencjalnym partnerze nie szukaj ojca, na którym podświadomie będziesz chciała wyrównać krzywdy matki. W rozpadzie związku zawsze mają udział obydwie strony.

Pożegnaj się z mężczyzną z przeszłości, obojętnie czy chodzi o twojego partnera czy ojca. W myślach podziękuj mu za wszystko, co było dobrego w waszej relacji i zamknij ból wynikający z tego wszystkiego co cię zraniło. Ból, lęk, urazy to emocje z przeszłości. Skoncentruj się na tym, co ,,tu i teraz".

Jeśli zamkniesz przeszłość i dojdziesz do wniosku, że w twoim życiu nadal nie ma miejsca dla drugiego człowieka, będzie to twój świadomy wybór.

  1. Psychologia

Krajobraz po bitwie. Jak wrócić do równowagi po odkryciu niewierności?

Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją atrakcyjność. Zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej dumy. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o idealnym związku, takim na dobre i na złe. (Fot. iStock)
Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją atrakcyjność. Zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej dumy. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o idealnym związku, takim na dobre i na złe. (Fot. iStock)
Badaczka związków partnerskich Esther Perel twierdzi, że każda zdrada była kiedyś historią miłosną. Ujawnienie jej może być zatem smutnym zakończeniem księgi albo pierwszym rozdziałem drugiego tomu. Od czego to zależy?

Wiele terapii małżeńskich zaczyna się od indywidualnej wizyty jednego z partnerów i pytania: jak żyć po zdradzie? Czasami w drzwiach gabinetu staje zdradzający, innym razem zdradzony. Ten pierwszy boryka się z poczuciem winy, drugi – nie wie, czy i jak wybaczyć. Wydawać by się mogło, że ludzie, którzy kiedyś wybrali siebie na życie, dziś stoją po przeciwnych stronach barykady, ale tak naprawdę wiele ich łączy – przede wszystkim poczucie krzywdy. Jeśli tylko uda im się to zrozumieć, a jeszcze lepiej: przyjąć, przeżyć i zareagować – mają drugą szansę, a w zasadzie szansę na nowy związek. W książce „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku” badaczka Esther Perel pisze, że w dzisiejszych czasach każdy z nas ma szansę na dwa, trzy małżeństwa, czasami z tym samym partnerem, bo związek po zdradzie to budowanie wszystkiego od nowa, na nowych zasadach.

Esther Perel, „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku” Esther Perel, „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku”

To takie proste!

Zdrada nigdy dotąd nie była tak prosta do przeprowadzenia, tak łatwa do odkrycia i tak bolesna do przeżycia jak dziś. Wielu badaczy małżeńskiej niewierności twierdzi, że to poważna trauma, odciskająca trwałe piętno na każdym z partnerów i na związku. Świadomość, że osoba, której wierzyłeś i zaufałeś najbardziej na świecie, fizycznie, emocjonalnie lub choćby wirtualnie, zbudowała intymność z kimś innym i przede wszystkim cię okłamała – to cios prosto w serce. Czujesz, jakbyś stracił grunt pod nogami.

Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją kobiecość, atrakcyjność, seksualność; zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej męskości, dumy i godności. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o naszym małżeństwie jako związku na całe życie, na dobre i na złe. Czy po czymś takim można się podnieść i dlaczego to przytrafiło się właśnie nam? – to dwa pytania, które spędzają sen z powiek parom doświadczającym niewierności. Poranieni wierzą, że jeśli tylko uda im się znaleźć na nie odpowiedź, wszystko wróci do normy.

Terapeuci par od lat przekonują, że zdradę do związku zapraszają obydwoje partnerzy i nie chodzi o to, że obydwoje ponoszą winę, na przykład przez lata zaniedbując związek. Niewierność może być również rezultatem chwilowej utraty kontroli czy momentu zauroczenia, efektem chęci przeżycia przygody czy rozładowania napięcia (nie tylko seksualnego, ale wynikającego choćby ze stresu). Esther Perel twierdzi, że zdrada ma głębokie korzenie, ludzie w udanych związkach także się jej dopuszczają: „Szukając czyjegoś spojrzenia, nie zawsze odwracamy się od naszego partnera, ale od osoby, którą w tym związku się staliśmy. Nie chodzi o szukanie innej osoby tylko innej/innego siebie”. W czasach, w których wszyscy przyznajemy sobie prawo do szczęścia, panuje powszechne przyzwolenie na pozamałżeński romans i powszechny przymus, by rozstać się, jeśli partner tego szczęścia nam nie zapewnia, a już na pewno kiedy sam ma romans na koncie. „Wystaw mu walizki za drzwi, przecież sama doskonale sobie poradzisz” – słyszą zdradzane kobiety. To prawda, poradzą sobie, ale czy tego właśnie chcą?

Do gabinetów terapeutycznych zgłasza się coraz więcej par, które chcą się rozstać świadomie, jak najmniej boleśnie i „żeby dzieci nie cierpiały”. Doskonale, czemu nie, brawo za dobre chęci! Czasami zdrada rzeczywiście jest tą kropką nad „i”, ostatnim ciosem dobijającym od dawna martwy już związek. Bywa, że rany są tak wielkie, że tylko czas rozłąki ewentualnie będzie w stanie je uleczyć. Natomiast reanimacja związku to bardzo trudny proces, wymagający ogromnego zaangażowania obojga.

Czy moja miłość jest większa niż twoja zdrada?

Większość terapeutów małżeńskich przekonuje, że do uzdrowienia związku po zdradzie potrzebne są szczerość i świadomość z obu stron, z jednej – szczere i świadome przyznanie się do wyrządzenia krzywdy, z drugiej – szczera i świadoma miłość. Dobrze rokują pary, w których partnerzy są siebie ciekawi, chcą zrozumieć nie tylko to, co się stało, ale także swoje wzajemne potrzeby i ograniczenia. Zdrada zabija nie tyle relację, ile wyobrażenie o niej i o partnerze wyidealizowanym w romantycznej fazie zakochania. Zabranie energii ze związku i zainwestowanie jej choćby w przelotny romans jest niczym najczulszy test, pokazujący, jak rzeczy się mają naprawdę i co nie działa.
„Naprawa związku przypomina odbudowę domu po pożarze. Najpierw czekasz, aż rozwieje się dym i przestaną płynąć łzy. Potem szacujesz szkody, szukasz źródła pożaru i długo sprzątasz, aż wyczyścisz fundamenty. Dopiero wtedy możesz stawiać na nich nową konstrukcję, tym razem lepiej zaplanowaną”

Powrót do równowagi

Zdaniem Perel w powrocie do równowagi po zdradzie trzeba przejść przez trzy fazy: kryzys, tworzenie znaczenia i tworzenie wizji.

Tuż po ujawnieniu zdrady trudno powstrzymać wybuch gwałtownych emocji, trudno rozmawiać o faktach, trudno oddzielić to, co się zdarzyło, od tego, co mogło się zdarzyć. Lęk, złość, rozczarowanie, niedowierzanie, wzajemne oskarżenia i atmosfera nieufności – nie pozwalają na podjęcie jakiejkolwiek decyzji czy nawet usłyszenie argumentów drugiej strony. Musimy jednak skonfrontować się ze wszystkimi bolesnymi uczuciami, przeżyć do końca smutek i ból, na dodatek sami. Partner nam w tym nie pomoże, on przeżywa swoje piekło. Tu nie ma zwycięzców i przegranych. Zdarza się wcale nierzadko, że zdradzany też miał dosyć tego, co działo się w związku, też chciał więcej, tylko zabrakło mu odwagi, by wykonać jakiś ruch. Esther Perel nazywa ten etap tańcem gniewu i wybaczenia, wykonywanym do niekontrolowanego rytmu zaufania. Ma na myśli głównie gwałtowne zmiany emocjonalne w relacji partnerów, którzy próbują ratować związek, choć momentami zachowują się tak jakby chcieli go zniszczyć do końca: „Przytul mnie/Nie dotykaj mnie”, „Wynoś się/Nie możesz mnie teraz zostawić”, „Chcę rozwodu/Zabiję cię, jeśli odejdziesz do niej”. Zdradzany partner domaga się, by zdrajca po wielokroć odpowiadał na te same pytania – a kiedy ten błaga, by zostawić już przeszłość i skoncentrować się na tym, co dalej, zdradzany czuje, że jego cierpienie jest bagatelizowane.

Na tym etapie ruch jest po stronie zdradzającego: „Przede wszystkim powinien pilnować, by romans pozostał w świadomości po to, by partnerka nie musiała się katować przypominaniem” – podkreśla Perel. To on rozpoczyna rozmowę, wysyłając tym samym komunikat, że niczego nie ukrywa ani nie umniejsza, choć najchętniej chciałby już o wszystkim zapomnieć, wymazać gumką myszką to wszystko, co się wydarzyło. Absolutnie nie chodzi o zapewnienia, że ,,to był tylko seks”, ale na przykład uprzedzenie pytania partnerki i oświadczenie, że w restauracji, do której zaprasza ją na kolację, nigdy nie był z kochanką. To on swoimi słowami i czynami musi udowodnić, że warto dać jemu, a tym samym związkowi, drugą szansę. Autentyczne, prowadzące do skruchy poczucie winy na tym etapie jest bardzo ważnym czynnikiem naprawczym, bo, jak wyjaśnia Perel: „Szczere przeprosiny są wyrazem troski i zaangażowania w związek, wspólnego przeżywania cierpienia i świadczą o przywróceniu równowagi i partnerstwa”. Etap kryzysu kończy się (choć nierzadko zdarzają się nawroty), kiedy zdradzający jest w stanie szczerze powiedzieć: „To z tobą chcę być. Zawsze chciałem/chciałam tylko ciebie”, a osoba zdradzana szczerze wierzy, że partner naprawdę ją wybiera.

Bez tematów tabu

Drugi etap to szacowanie szkód, – szukanie źródła pożaru i sprzątanie, aż po fundamenty. I ciągle powracające pytanie: „Dlaczego on/ona to zrobił/zrobiła?”. Ten etap zdrowienia, przynajmniej na początku, również każde z partnerów musi przeżyć w pojedynkę, ewentualnie korzystając ze wsparcia przyjaciół czy terapeuty. Dla osoby zdradzanej ważne jest skupienie się na zlokalizowaniu ran – gdzie boli najbardziej? Co było największym ciosem? Uraza, nielojalność, porzucenie, nadużycie zaufania, kłamstwo, a może jeszcze coś innego? Osoba zdradzająca powinna zrobić emocjonalny rachunek sumienia: co o mnie samej/samym mówi akt niewierności? Co znalazłam/znalazłem w kochanku/kochance? Czego dowiedziałam/dowiedziałem się o siebie? I najważniejsze: czy mogę tego wszystkiego doświadczyć w swoim związku?

Zdarza się nierzadko, że romans budzi do życia; zdradzający partner jest w stanie zastąpić w związku to, co normalne i rutynowe – intensywnym i świeżym. Gdyby partnerzy potrafili wnieść do swojego związku choćby 10 proc. uwagi, radości i werwy, jakie przejawiają w romansie, ich związek na nowo by ożył. I nie chodzi jedynie o seks. Zdarza się, że kłótnie o zdradę przeradzają się w rozmowy tak szczere, jak nigdy dotąd, w końcu nie mamy już nic do stracenia. Może się okazać, że na przykład obydwoje od dawna pragnęli czegoś innego, tylko nie potrafili o tym rozmawiać. W rezultacie jedno uciekło w pracę, a drugie – w romans. Ta wzajemna szczerość często tworzy mocne podwaliny do odbudowywania zaufania. Ważne, by nie tworzyć tematów tabu, tylko otwarcie pytać, żeby rozwiać wątpliwości. Jeśli boisz się, że partner nadal utrzymuje kontakt z kochanką, zapytaj o to, zamiast snuć domysły. Jeśli chcesz sprawdzić jego telefon, poproś, by sam ci go pokazał, zamiast robić to w tajemnicy. Macie prawo mieć większe oczekiwania względem związku, mówcie o swoich potrzebach, dzielcie się pragnieniami. To niepowtarzalny moment, by stworzyć naprawdę solidne podstawy waszej relacji.

Każda zdrada tak naprawdę ma jakiś sens, który para zwykle prędzej czy później odkrywa. Najważniejsze jest jednak, by zdradzany partner porzucił rolę ofiary i spróbował spojrzeć na „zdrajcę” z miłością (moja miłość silniejsza niż twoja wina), a na siebie jak na osobę w pełni zasługującą na miłość. A zdradzający, by nie tkwił w nieskończoność w roli krzywdziciela, tylko wszedł w rolę ratownika związku.

Końcem tego etapu zdrowienia zwykle jest wybaczenie. To długi proces i – jak twierdzą terapeuci małżeńscy – konieczny, by związek trwał nadal. Przy czym najważniejsze jest zdefiniowanie wybaczenia na własny użytek. Zdaniem Esther Perel wybaczyć to dopuścić do siebie doświadczenie niewierności i nadać mu swoje znaczenie. Ujawnić swój ból, ale nie przeżywać go w nieskończoność. Nie rozpamiętywać bez końca tego, co się wydarzyło. Spróbować odbudować więź z partnerem. Ty i twój partner czy partnerka możecie stworzyć własną definicję. To jest również dobry czas na to, by wspólnie ustalić definicję wierności i lojalności, a także listę symptomów świadczących o tym, że za rogiem czai się kryzys, który może (ale nie musi) doprowadzić do kolejnej zdrady.

Trzy scenariusze

Ostatni etap to wizja. Niektórzy terapeuci twierdzą, że obserwując w czasie sesji partnerów po zdradzie – a raczej łączącą ich więź –  są w stanie przewidzieć, czy ten związek ma jeszcze szanse. Ale tak naprawdę wszystko zależy od decyzji partnerów, od tego, na co się umawiają i czy są w stanie stworzyć wspólną nową wizję związku.

Zdaniem autorki „Kocha, lubi, zdradza” możliwe są trzy scenariusze zachowania stron. Pierwszy to tzw. cierpiący – dla nich romans nie jest chwilowym kryzysem związku, ale staje się powodem do rozgoryczenia, pragnienia zemsty i użalania się nad sobą – nawet wiele lat po zdradzie pozostaje ona tematem numer jeden, a para nie rozwija się. Kolejny model to tzw. budowniczy, którzy decydują się zostać razem, ponieważ cenią życie, które wspólnie stworzyli, jednak nie udaje im się wznieść ponad niewierność i małżeństwo nie rozwija się, tylko wraca do poprzedniego stanu, a zdrada niczego ich nie uczy. Wreszcie tzw. odkrywcy, czyli partnerzy potrafiący nadać sens zdradzie, otwarcie mówiący o tym, czego brakuje im w związku i czego szukali poza nim.

To, który scenariusz wybierzecie, zależy wyłącznie od was. Niektóre historie miłosne kończą się na pierwszym tomie. Cóż, takie jest życie.

  1. Psychologia

Gdy ekskochanek „nie opuszcza” nowego związku

Warto mieć świadomość swojego „seksualnego CV”. To niezbędne, by stworzyć satysfakcjonujący związek i nie pozwolić, by przeszłość determinowała to, co dzieje się w naszej sypialni teraz. (fot. iStock)
Warto mieć świadomość swojego „seksualnego CV”. To niezbędne, by stworzyć satysfakcjonujący związek i nie pozwolić, by przeszłość determinowała to, co dzieje się w naszej sypialni teraz. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Partner nie chce słyszeć o twoich byłych ukochanych? Nic dziwnego. Wspomnienie eks potrafi rzucać długi cień na obecną relację. A ten wpływ najsilniej zaznacza się w sypialni. O tym, że byli kochankowie w obecnym związku to niemały kłopot, świadczy liczba pacjentów Joanny Twardo-Kamińskiej, którzy właśnie z tego powodu trafili do gabinetu seksuologa.

Kilka plików ze wspólnymi zdjęciami, wspomnienia, nierzadko także bolesne. A w sferze seksu – pewne preferencje, czasem jakieś uprzedzenia, niekiedy poważne blokady. To właśnie zostaje nam po byłych partnerach. Z prowadzonych pod kierunkiem profesora Zbigniewa Izdebskiego badań nad seksualnością Polaków wynika, że średnio mamy w życiu 4,28 partnerów seksualnych. Jakkolwiek ma się ta liczba do naszego doświadczenia, to zapytane przez ukochanego, zaniżamy ją, poniekąd słusznie: wszystko, o czym się powie mężczyźnie, staje się pożywką dla jego wyobraźni. Nie dlatego, że on tak chce – on tak ma. – Nadmiar szczerości w sferze seksualnej nie zrobi dobrze żadnej relacji – tłumaczy seksuolożka Joanna Twardo-Kamińska. – Partner ma prawo do naszej teraźniejszości, ale nie przeszłości.

Zrób tak jak on

Nazwijmy ją Małgorzata. Wykształcona, odważna, samodzielna. Tuż przed trzydziestką. Nie ma problemu z powiedzeniem, o co jej chodzi w życiu. Dlaczego jednak nie potrafi być równie otwarta w łóżku? Małgorzata dziewictwo straciła z Krzyśkiem. Byli razem kilka lat. Seks był fantastyczny, ale, jak to bywa w życiu, w końcu przestał wystarczać. Związek nie przetrwał próby czasu. Dziś Gośka jest z chłopakiem, któremu nadamy imię Michał. Kocha go, ale w łóżku zaciska zęby. Dlaczego? – Z Krzyśkiem za każdym razem miałam orgazm – wyjaśnia. – Michał też próbuje, stara się, ale robi to zupełnie inaczej. I choć mi na nim zależy, zazwyczaj udaję orgazmy. Czemu nie nauczy Michała, jak powinien ją dotykać? Bo Gośka nie chce przenosić starej relacji do nowej sypialni. Woli poczekać, aż Michał w końcu wypracuje jakąś skuteczną metodę…

Joanna Twardo-Kamińska: Kobiety często przyzwyczajają się do jednego sposobu przeżywania orgazmu, i potem mają problem, by dotrzeć na szczyt w inny sposób. Tym bardziej, jeśli szczytowania nauczył je pierwszy partner… Gośka nie powinna mieć jednak oporów przed nauczeniem Michała metod stosowanych przez byłego chłopaka, jeśli były skuteczne. To nie jest zdrada ani wnoszenie bagażu poprzedniej relacji do nowej, to jest znajomość swojego ciała i potrzeb, które po prostu odkryła z kimś innym. Nie musi mówić obecnemu partnerowi, że to coś, czego nauczył ją były. Wystarczy, że po prostu powie: „Wiem, jaka jest moja droga do rozkoszy, wygląda tak. Chcesz spróbować?”. Nie ma sensu rezygnować z czegoś, co działa. Czy jeśli z poprzednim partnerem oglądała film, przytulona na kanapie, z nowym już tego nie będzie robić? Gośka powinna także popracować nad nowymi sposobami i pieszczotami. Najlepiej jeśli zacznie… na własną rękę. Pieszcząc się w samotności, uniknie presji, by spełnić oczekiwania starającego się o orgazm partnera.

Nie umiem inaczej

Monika to też nie jej prawdziwie imię. Ma 27 lat, nie lubi zmian, pochodzi z konserwatywnej rodziny. Tak samo jak jej ekspartner, dajmy na to – Paweł. Miał temperament, ale preferował tylko jedną pozycję: „na pieska”. Monice nie przyszło do głowy, by proponować cokolwiek innego. Dobrze było, jak było. Aż do dnia, gdy Paweł zniknął z życia Moniki, łamiąc jej serce. Jakkolwiek poturbowana emocjonalnie, kiedy tylko nadarzyła się okazja, zdecydowała się na nowy związek. Nie liczyła od razu na wielką miłość. Chciała, by obok niej był ktoś miły, otwarty, z kim pójdzie do kina, na włoską kolację, może do łóżka. O ile dwa pierwsze punkty udało się realizować w sposób satysfakcjonujący dla obu stron, o tyle z trzecim nie było już tak łatwo. Łóżkowy repertuar Moniki wyczerpywała jedna pozycja. Tylko tak potrafiła się kochać. Kilka razy przystała na propozycję zmiany, ale czuła się fatalnie. Nietrudno zgadnąć, że związek zakończył się katastrofą. Monika po raz kolejny została sama, ze zrujnowanym poczuciem własnej wartości, urażoną dumą i przekonaniem, że „jest feralna”.

Joanna Twardo-Kamińska: Problemem Moniki jest uwarunkowanie nie tyle na określone pieszczoty, ile na jedną pozycję. Tak lubił się kochać jej były chłopak, a Monika nie potrafi wyobrazić sobie, że mogłaby zrobić to inaczej. To smutne, bo w ten sposób pozbawia siebie i ewentualnego partnera radości z seksu. Dlaczego trzyma się kurczowo łóżkowych przyzwyczajeń?  Prawdopodobnie wciąż nie przeżyła pełnej żałoby po starej relacji. Fakt, że powtarza to, co robiła z byłym kochankiem, jest najlepszym dowodem na to, że zastygła w bólu. Potrzeba czasu i fachowego wsparcia, by mogła skonfrontować się z prawdziwymi uczuciami, przepracować swoje ograniczenia i zapragnąć zmiany.

Chcę i się boję

Na potrzeby tej historii damy jej imię Bożena, a jej ekskochanka nazwiemy Wojtek. Oboje koło czterdziestki, pracownicy międzynarodowej firmy produkcyjnej. Spotkali się w pracy, przyjechali otwierać nowy zakład w głębi Polski. Co może robić dwoje samotnych, zmęczonych ludzi po pracy w obcym mieście? Iść do łóżka. Seksualnie byli dopasowani jak rzadko. Kto wie, może zostaliby małżeństwem… Niestety, on dostał awans. Wiązało się to z pracą na innym kontynencie. Bożena nie była gotowa na przeprowadzkę. On wyjechał, ona została. Ale każda kolejna próba związania się z kimś kończyła się w chwili, gdy szli do łóżka. I to najczęściej już po pierwszej nocy. – Żaden nie był tak dobry jak Wojtek. Żaden nie wytrzymywał porównania z nim, a ja wolę nie sypiać z nikim, niż mieć kiepski seks. W łóżku trzeba się dotrzeć. Wojtek znał moje ciało i umiał na nim grać jak na czułym instrumencie. Niezdarne próby zaspokojenia mnie podejmowane przez kolejnych kochanków tylko mnie irytowały.

Joanna Twardo-Kamińska: Może się zdarzyć też tak, że choć kontakt między byłymi kochankami został zerwany, to pozostało coś, co uzależnienia. Bożena może podświadomie nie chcieć nowej relacji. To dlatego nikt nie wytrzymuje porównania z Wojtkiem. Ale dziewczyna robi jeszcze jeden błąd. Nie jest mądrze oceniać kochanka po jednej nocy. Mężczyzna, im bardziej jest zaangażowany i im bardziej mu na kobiecie zależy, tym gorzej może wypaść na samym początku. Może mieć niepełną erekcję, przedwczesny wytrysk – to wszystko skutki napięcia. Dopóki nowy kochanek nie poćwiczy, nie dogoni swego poprzednika. Warto też patrzeć na relacje całościowo: bo może w sypialni nie jest na razie idealnie, ale poza nią świetnie…

Już nie chcę

Dajmy na to – Urszula, 35-latka miała. Przez niemal cztery lata miała romans z żonatym facetem. Chciała być lepsza od jego żony, mieć nad rywalką przewagę – dlatego godziła się w łóżku na to, na co nie zgodziłaby się w innej sytuacji. On jednak nie odszedł od żony. Dlatego Urszula odeszła od niego. Tak dziś mówi o tamtych czasach: – Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo trochę mi wstyd. Ale efekty są takie, że teraz w ogóle nie mam ochoty na seks. Żaden i z nikim. Jestem szczęśliwa, że nie muszę go uprawiać. Od roku jestem sama.

Joanna Twardo-Kamińska: Skąd ta awersja do seksu? Tak bywa, kiedy mamy nadzieję, że coś nim ugramy. I właśnie wtedy godzimy się na coś, na co nie mamy ochoty. Do znudzenia powtarzam to wszystkim pacjentkom: seks nie ma być kartą przetargową, nie ma służyć żadnym innym celom poza realizacją potrzeby seksualnej. Urszula traktowała seks jak rodzaj haraczu za to, że ma kogoś. Trudno się dziwić, że z jego zniknięciem prysnęła też ochota na seks, bo kto z nas chciałby dobrowolnie i za nic płacić haracz? Czy awersja Uli sama minie? Może, zwłaszcza jeśli się szczerze zakocha. Ale lepiej, by przedtem poszła na terapię. To pozwoli jej poznać własne potrzeby. I uchroni w przyszłości przed wejściem drugi raz w związek, w którym znów zapomni o sobie i będzie spełniała zachcianki drugiej strony.

Co było, minęło?…

Wizja kogoś, kogo kochamy, w obcych objęciach, potrafi zaboleć. Dlatego tak ważne jest, by do tematu ekskochanków podchodzić z delikatnością i szacunkiem dla uczuć partnera. Dotyczy to w równym stopniu kobiet i mężczyzn. Oni też przecież mają niejeden związek na koncie. Bez sensu robić o to wyrzuty czy obrażać się. Ale kiedy to naszemu partnerowi zbierze się na pikantne zwierzenia z przeszłości, warto dać mu jasny komunikat: „Słuchaj, to, co było, zanim mnie poznałeś, kompletnie mnie nie interesuje. Jedyne, czego wymagam, to być jedyną kobietą, z którą sypiasz, dopóki jesteś ze mną”.

Joanna Twardo-Kamińska, psycholożka, seksuolożka, współpracuje z Poradnią Seksuologiczną i Patologii Współżycia w Centrum Psychoterapii w Warszawie i Centrum Psychoterapii MAGO.

  1. Psychologia

Jak się rozstać? Skąd mieć pewność, że związek naprawdę warto zakończyć?

Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Jak się rozstać po długim związku? Jak zakończyć związek kiedy się kocha? – Decyzja o tym, by rozstać się z partnerem nigdy nie przychodzi łatwo. A gdy już ją podejmiemy, to i tak często mamy wątpliwości. Dlaczego tak jest? Po czym poznać, że przestałyśmy kochać, albo jak dostrzec, że on przestał kochać nas? Kiedy należy skończyć związek i jak można przygotować się do rozstania – mówi Paulina Kapiec-Kałużyńska, psycholożka, psychoterapeutka.

Uważasz, że kobieta, która rozstaje się z partnerem, potrzebuje wsparcia innych kobiet?
Myślę, że to pomaga. Prowadząc grupę wsparcia dla kobiet po rozstaniu, zobaczyłam, jakim trudem może być koniec związku. Można się z tym borykać latami, unikać budowania nowej relacji. Kiedy na warsztatach spotykają się kobiety, które mają podobne doświadczenie i przeżywają w związku z tym podobne emocje, czują ulgę, widząc, że nie są same.

Jak się rozstać po długim związku? Co takiego robicie podczas warsztatów, że pomagają one uporać się ze stratą?
Nie u każdej z tych kobiet możemy mówić o uporaniu się. Jedne, owszem, wychodzą zupełnie inne, gotowe do nowego życia. Ale są też takie, którym warsztaty tylko coś otwierają, dają początek długiej drodze, jaką muszą pokonać, żeby móc powiedzieć: „Poradziłam sobie”. A co takiego robimy na warsztatach? Wspólnie nazywamy i przerabiamy wszystkie emocje związane z rozstaniem. To już bardzo dużo, bo kiedy zadaję pytanie: „Jakie masz konkretne uczucia, kiedy myślisz o tym związku?”, to one po raz pierwszy głośno mówią o żalu, złości, smutku, strachu. Kiedy proszę, żeby zapytały siebie, z czym konkretnie nie potrafią się pogodzić, to stopniowo docierają do sedna i mówią, że na przykład chodzi najbardziej o poczucie odrzucenia, przegraną rywalizację z inną kobietą. Uczestniczki warsztatów sporo rozmawiają też między sobą o tym, jak się czują, co także pozwala pokonać wstyd. Czasem proszę, żeby wyobraziły sobie lustro, w którym widzą byłego partnera. Ich zadaniem jest roztrzaskanie tego lustra w wyobraźni na kawałki. Potem rozmawiamy o tym, czy to się udało. Nie zawsze to wychodzi, tak samo jak nie zawsze udaje się przejść symboliczną linię, która ma oznaczać gotowość na zmianę, na rozpoczęcie nowego życia. Intensywnie pracuję też z nimi nad zaakceptowaniem tu i teraz. Chodzi o to, by uświadomiły sobie, że tu i teraz one już nie są w tamtym związku, że to już przeszłość. To ważne, bo często one karmią się iluzjami: wszystko się uda naprawić, znów będziemy razem. Żyją takimi złudzeniami, nawet wiedząc o tym, że ich były partner już jest w innym związku.

Cierpi najbardziej osoba porzucana – taki jest stereotyp. Ale czy bólu nie przeżywa też ktoś, kto porzuca? Jak zakończyć związek kiedy się kocha?
Z mojego doświadczenia wynika, że ktoś, kto podjął decyzję o rozstaniu i jest tego pewny, raczej nie szuka pomocy. Oczywiście, są ludzie, którzy odchodzą, bo nie mają wyjścia. Ale wtedy trudno mówić o decyzji, to jest bardziej przymus. Bo co mi pozostaje, jeśli druga strona już nie odpowiada na to, czego ja potrzebuję, odsuwa się? Kto tutaj kogo porzuca, nawet jeśli to ja wypowiadam słowo „koniec”? Choć z drugiej strony – nawet taką sytuację możemy przeżyć z dumą – co ułatwia pogodzenie się ze stratą.

Jak się rozstać zatem? Wiele kobiet zostaje w związku, mimo że chce rozstania.
Tym, co sprawia, że kobieta nie odchodzi, często jest lęk. On ma, oczywiście, różne podłoże. Czasem zastanawiamy się, co będzie potem, i to budzi strach, bo wydaje się nam, że będzie gorzej. Sama zmiana życia też generuje strach – nie jesteśmy na to gotowe. Jest mnóstwo mechanizmów, które zatrzymują kogoś w relacji. Trzeba je powoli poznać, rozbroić jak bombę, dopiero wtedy można mówić o gotowości do rozstania. To, co powiedziałam o łatwości wychodzenia ze związku, dotyczy tych kobiet, które z zasady traktują go jako wartość dodaną. Relacja ma dawać szczęście, a nie generować piętrzących się problemów czy cierpień. To są kobiety, które potrafią postawić granicę.

Dużo jest takich kobiet?
Z pewnością nie, a to pewnie dlatego, że jest niewiele rodzin, które uczą takiego komfortowego funkcjonowania w relacji z mężczyzną. Jesteśmy raczej od dziecka przygotowywane do tego, że może być ciężko, a naszym zadaniem jest to znosić, naprawiać, łagodzić. Pewnie inaczej jest w rodzinach, w których kobiety potrafiły odchodzić, wiedziały jak się rozstać. Sama pochodzę z domu, gdzie jest duża tradycja rozwodów, te rozwody pojawiały się jeszcze w takich czasach, gdy nie rozwodził się prawie nikt. W związku z tym dla mnie rozstanie nie jest niczym strasznym, jest wyborem. Takie podejście ma swoje plusy, ale ma też minusy, bo łatwo wpaść w pułapkę pakowania walizek, rezygnowania z prób naprawienia związku w momencie, w którym inne kobiety jeszcze by walczyły.

Dla mnie związek ma być dobry, jeśli mnie niszczy, to ja go nie chcę.

Co to znaczy wiedzieć, że związek mnie niszczy?
A skąd w ogóle wiemy, że czujemy się źle? Jakie ciało daje nam sygnały? Najczęściej to ściśnięty żołądek, drżące ręce, przyspieszony puls, ogólny dyskomfort. Jeżeli kobieta wraca do domu i jest zestresowana, boi się, nie może jeść albo przeciwnie, kompulsywnie się objada, pojawiają się problemy ze snem, jeśli nie może się rozwijać, cieszyć, jest smutna – jest to znak, że ta relacja jest niszcząca. Mąż czy partner nie powinien być źródłem lęku czy frustracji. Jeśli, oczywiście, uznajemy, że właściwa jest definicja związku jako relacji napędzającej do życia, dodającej energii. Że razem możemy zrobić więcej niż samotnie, lepiej zarabiać, może więcej podróżować, mieć dzieci, pasje, seks. Gdy tego nie ma, warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Może to nie chodzi o partnera – albo nie tylko o niego? Może to ja przestałam kochać?

Ale czasem kobieta, szczególnie gdy ma z partnerem dzieci, zastanawia się: „Rzucę go, ale co będzie z domem, rodziną?”. Bo co to znaczy kochać? Włączają się jej mechanizmy, które racjonalizują to instynktowne: „Przestałam kochać”.
Słysząc to pytanie, automatycznie wyobraziłam sobie kobietę, która nie rozmawia z partnerem. Dla mnie zdrowa jest taka relacja, w której możemy być sobą, nie musimy udawać, tylko możemy szczerze mówić o tym, co czujemy. I jeśli kobieta zaczyna mieć wątpliwości, to siada ze swoim mężem i mówi: „Nie wiem, co się z nami dzieje, nie wiem, co czuję, zróbmy coś z tym”. Wtedy mogą podjąć ileś działań, których celem jest przyjrzenie się temu. Mogą rozmawiać, iść na terapię, wyjechać razem czy nawet zdecydować się na chwilę rozłąki. Ale to zawsze jest współpraca. Ona mówi, on reaguje. A jeżeli ona w samotności zastanawia się, co ma z tym zrobić, czy go kocha, czy nie kocha, to chyba nie najlepiej świadczy o ich porozumieniu. Potrzeba uchronienia związku przed rozpadem musi być po obu stronach.

A może taka kobieta nie mówi partnerowi o swoich wątpliwościach, bo boi się, że on powie: „O co ci chodzi, jesteś dziwna”. Albo sam zacznie pakować walizki?
I jak to świadczy o tym związku i jego wartości? Inna rzecz, że kobiety często nie chcą dostrzec tego, co mężczyźni im przekazują, nawet niewerbalnie. On się już wycofuje, a ona myśli, że jak będzie miła, to wszystko da się uratować. Godzi się na wszystko, byle tylko on z nią był. Często utrzymujemy więc pozory, że wszystko jest OK. Robimy to i dla siebie, i dla otoczenia. Łatwiej przepłakać noc, a rano z dumnie podniesionym czołem ruszyć do pracy i podtrzymywać iluzję dobrze funkcjonującej rodziny. U większości ludzi jest ta ogromna tęsknota za domem z ogródkiem, dwójką dzieci i kolacjami dla przyjaciół. Bo tak – w obiegowej opinii – wygląda i żyje człowiek, który ma udane życie.

Jednak są kobiety, które chcą silnych emocji, dla nich relacja z mężczyzną to ciągłe przejażdżki z nieba do piekła. Jak się rozstać w takiej sytuacji? Skąd one mają wiedzieć, że powinny podjąć decyzję o rozstaniu, skoro wciąż żyją w skrajnych emocjach?
Wróćmy na chwilę do tej pierwszej relacji w naszym życiu, czyli relacji z rodzicami. Jeśli tam było zbliżanie i oddalanie, odrzucenie, napięcie, huśtawka – to trudno, żeby ktoś wychowany w takiej atmosferze umiał potem żyć w spokojnym związku. Taka osoba rzeczywiście często mówi: „Nudzi mnie stabilizacja”. Za tym kryje się lęk przed bliskością. Niestabilny partner jest gwarancją, że nigdy nie będziemy z nim naprawdę. A co za tym idzie, nie zostaniemy odrzuceni. Paradoks polega na tym, że kobiety żyjące z niestabilnym mężczyzną są przecież wciąż odrzucane, ale z drugiej strony – mają złudzenie, że nie muszą bać się, że on je odkryje, pozna, zaakceptuje, a potem odtrąci. One też nie będą musiały pokochać go naprawdę – z jego wadami, słabościami. Taka więź jest dla nich odstraszająca. Takie kobiety zakochują się nie tylko w niestabilnych mężczyznach, ale też w takich, z którymi nie mogą się związać: księżach, uczniach, żonatych. I ich związek może ciągnąć się latami. Jak z tego wyjść? Obedrzeć relację z iluzji nieba. Ale to jest trudne. Bo takie kobiety potem – gdy tęsknią albo gdy on się odzywa – racjonalizują: „Było źle, ale przynajmniej od czasu do czasu miałam ten moment haju, więc i tak mam więcej niż kobiety żyjące w nudnych związkach”. Trzeba dokładnie zobaczyć ten mechanizm, skoncentrować się na sobie, zaobserwować, co nami kieruje, być może skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Ważne, żeby zastanowić się, na jakim związku nam zależy, jak chcemy żyć. I na ile partner, z którym jesteśmy, jest w stanie pomóc nam zrealizować ten cel.

Dlaczego tak wielu z nas bardzo boi się rozstań?
Bo generują dużo trudnych emocji. Wymagają nauczenia się nowych zachowań, uruchomienia siły, energii. Dużo trudniej się rozstać ludziom, którzy nie zostawili sobie w związku pewnej sfery niezależności. I nie chodzi tylko o pieniądze. To często dzieje się wtedy, gdy kobieta oczekuje, że mężczyzna będzie nie tylko partnerem, ale że się nią całkowicie zaopiekuje, wszystko za nią załatwi. To jest, oczywiście, wygodne. Ale to pułapka, bo przestajemy zaspokajać swoje potrzeby albo je tak bardzo tłumimy, że nie potrafimy ich rozpoznać. A kończy się to depresją, nerwicami.

Jak pokonać strach przed decyzją o rozstaniu?
Trzeba przyjrzeć się temu lękowi. Zadać sobie pytanie: „Czego konkretnie się boję?”. Załóżmy, że odpowiedź brzmi: „samotności”. Kiedy będę się czuła samotna? Wieczorami. To co mogę zrobić, żeby te wieczory sobie umilić? Warto też zrozumieć, dlaczego tak bardzo boimy się samotności. Czy to nasz lęk, czy na przykład przekazała go nam mama, babcia czy inna ważna osoba? Trzeba oddzielić to, co jest moje, od tego, co ktoś mi wpoił. Należy także zaakceptować trudne emocje. Decydując się na rozstanie, decyduję się na swego rodzaju kryzys, ale kryzysy są najbardziej rozwojowymi momentami w życiu, może więc warto podejść do tego z optymizmem.

Na co musimy być przygotowane?
Unikałabym wymieniania konkretnych rzeczy, bo wymyślimy sobie różnego rodzaju scenariusze, emocjonalnie będziemy już je przeżywać, czyli kryzys rozstania będziemy przeżywać dużo dłużej, niż on trwa, a potem może się okazać, że czujemy w ogóle inaczej, niż przewidywałyśmy. Możemy nie radzić sobie ze strachem, czy jeszcze kiedyś się zakochamy i założymy rodzinę, z obawą przed nową rzeczywistością, w której wszystko będziemy musiały robić same. Warto się zastanowić, czy lęk w ogóle nie jest dominującą emocją w naszym życiu. Możemy wchodzić w relacje, bo się boimy. Boimy się być same, a za tym „same” kryje się świadomość, że musimy być teraz odpowiedzialne za swoje życie, że nie ma „my”. Możemy też sobie nie radzić ze społecznym przymusem wychodzenia do ludzi. „Zbierz się, nie można tak siedzieć w czterech ścianach”. A w sumie dlaczego nie? Trzeba słuchać swojego organizmu. Owszem, jesteśmy istotami stadnymi, każda relacja, spotkanie może być budujące, ale samotność jest nam potrzebna do pracy nad sobą, do rozwoju, to nie jest gorszy sposób na życie. Nie mówię o izolacji czy ucieczce. Ważne, żeby po rozstaniu rozmawiać, dzielić się tym, nie stawiać się w roli ofiary: „Jestem gorsza, bo mi się nie powiodło”. Wiele kobiet ma takie myśli i ja bym się przyjrzała, co się za tym kryje. Lęk przed opinią, utratą określonego wizerunku, bo przecież mając partnera, jestem atrakcyjniejsza, bo koleżanki przychodzą z mężami, ja też chcę.

Niektóre kobiety uciekają w romanse albo szybko znajdują nowego partnera.
Ważne, żeby wykorzystać ten moment po rozstaniu dla siebie, żeby – co się często zdarza – kolejny związek nie był lekarstwem. Na przykład znajdujemy partnera kompletnie innego od poprzedniego i kompulsywnie zaspokajamy potrzeby, których nie zaspokoił tamten. Ale ile tak będziemy się karmić? Myślę, że w nowy związek powinnyśmy wchodzić, będąc już świadome tego, czego chcemy w relacji, co same możemy dać, a na to często potrzeba czasu. I dobrze, gdy go mamy, bo dzięki temu potem będziemy szczęśliwsze. I mądrzejsze. I nawet jeśli zauroczymy się kimś, będziemy bardziej racjonalnie na to patrzeć. A słowo „rozstanie” nie będzie już budzić tak strasznego niepokoju.

Paulina Kapiec-Kałużyńska: psycholożka, psychoterapeutka trenerka grupowa. Pracuje w nurcie terapii Gestalt. Założyła Atelier Terapeutyczne. Prowadzi terapię indywidualną i grupową. Prowadziła też warsztaty rozwojowe dla osób przeżywających kryzys rozstania w Warszawskim Centrum Psychologicznym.

Wywiad archiwalny

  1. Psychologia

Ucieczka z krainy dzieciństwa - jak wyjść z rodzinnych traum?

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Nawet najlepsi rodzice mają jakieś wady. Nadopiekuńczy lub zbyt surowi – autorzy naszych lęków, klęsk i rozterek. Nie obwiniaj ich za to, kim jesteś. Rozstań się z dziecięcym pokoikiem w sobie.

Proszą, by zdjąć z nich rodzinną klątwę, która nie pozwala im być sobą, cieszyć się pracą, rodziną, osiągać sukcesy. ,,Mój ojciec pił i teraz jestem w związku z alkoholikiem”, ,,Matka uważała, że miejscem kobiety jest dom. Nie potrafię znaleźć się w pracy”... – zwierzają się pacjenci pukający do gabinetów terapeutycznych. Większość z nich czuje, że nie żyje własnym życiem. Kierowani cierpieniem, szukają winnego: nadopiekuńcza matka, zbyt surowy ojciec, przedwczesna śmierć, rozwód itp. Co czwarta osoba jest DDA (dorosłe dziecko alkoholika), co druga wychowała się w toksycznej rodzinie… Epidemia, moda? Potrzeba wyjaśnienia, kto odpowiada za moje klęski?

Pytanie: W jakim stopniu dzieciństwo rzeczywiście determinuje dorosłe życie człowieka? I kiedy trzeba powiedzieć sobie: ,,Dość. Nie jestem już dzieckiem. To moje życie, biorę za nie pełną odpowiedzialność”?

Rodzinne klątwy

Jesteśmy jak drzewo, siłę czerpiemy z korzeni. Nasze korzenie to rodzinne dziedzictwo. Dzięki rodzinie stajemy się tym, kim jesteśmy. Poznajemy wartości, pomysły na to, czego chcemy od innych ludzi, a przede wszystkim weryfikujemy prawdę na swój temat. Potrzebujemy bezwarunkowej miłości i akceptacji rodziców. Ci chcą dla nas jak najlepiej, ale bywa, że stawiają swoje warunki: ,,Będę kochać dziecko grzeczne, posłuszne, pracowite…”.

I wtedy dla zdobycia rodzicielskiej miłości trzeba zaprzeczyć sobie, wyprzeć się własnych uczuć, pragnień, potrzeb. Rodzi się tzw. uwarunkowane poczucie wartości, bo tożsamość uzależniona jest od wymagań stawianych w  domu rodzinnym. Po latach wyruszasz w dorosłe życie z plecakiem pełnym wyniesionych z domu przekonań na temat świata, a przede wszystkim na temat samego siebie. Czeka cię konfrontacja tego „posagu” z  rzeczywistością. Dziewczyna traktowana w domu jak ,,głupia gąska”, nawet po kilku fakultetach nie uwierzy, że zasługuje na uznanie. ,,Klątwa” rzucona w złości przez ojca: ,,Żaden mężczyzna cię nie zechce!”, blokuje w  kobiecie wiarę, że zasługuje na miłość. Potrzeba wielu lat, żeby zweryfikować mocno ugruntowane przekonania. Nie jest to łatwy proces, ponieważ większość rodzinnych skryptów jest ukrytych w podświadomości, są jak niewidzialne kajdany, które wstrzymują kolejny krok na drodze indywidualnego rozwoju.

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega właśnie na rozliczeniu się z przeszłością, symbolicznym rozprawieniu się z dziecięcym pokoikiem, który nosimy w duszy. Trzeba zabrać z niego tylko to, co naprawdę nasze, a odrzucić wszystko, co nie jest prawdziwą tożsamością. Potem zamknąć drzwi do przeszłości, na zawsze.

 

Syndrom porzucenia

Zawsze zaczyna się i kończy tak samo. Anka najpierw przeżywa wielkie zauroczenie, później wielkie rozczarowanie. Żaden jej związek nie przetrwał roku.

– Nigdy nie czułam się tak naprawdę kochana. Moi partnerzy mnie porzucają – dla pracy, pasji albo innej kobiety. Czasami to ja odchodzę, bo nie czuję się chciana, pożądana, podziwiana. Czy prawdziwa miłość rzeczywiście istnieje? Taka, w której mężczyzna i kobieta stają się jednym?

Anka jako dwutygodniowe niemowlę została oddana na wychowanie do dziadków. Czasami myśli, że to właśnie dlatego nie potrafi ofiarować ani przyjmować miłości.

Jak widzą jej problem terapeuci?

Wojciech Pierga (psychoterapeuta w nurcie POP – Psychologii Zorientowanej na Proces): Oddanie niemowlęcia na wychowanie do dziadków może być działaniem, przed którym małe dziecko nie jest w stanie się obronić, a odczuwa je jako nadużycie – to zawsze odbiera siłę i wewnętrzną moc. Może stać się skryptem powtarzanym w dorosłym życiu: ,,Nie zasługuję na miłość”. Ale lęk Anki przed odrzuceniem niekoniecznie musi wynikać z tej konkretnej sytuacji w dzieciństwie.

W terapii nie skupiam się tylko na przyczynach, uwzględniam też znaczenie, jakie pacjent nadaje minionym wydarzeniom. Tu zapytałbym, co dla Anki oznacza fakt, że czuje się niewystarczająco kochana. Ważne są jej indywidualne odczucia, a nie fakty. Jeśli pacjentka chce pracować nad problemem lęku przed odrzuceniem, w terapii odtwarza się sytuacje z przeszłości, po to, by ponownie je przeżyć, skonfrontować się z nimi i znaleźć rozwiązanie.

Elżbieta Sanigórska (psycholożka, psychoterapeutka pracująca w nurcie ericksonowskim): Celem mojej pracy jest sprawdzenie, w jakim momencie życia znajduje się pacjent, w którą stronę chce iść i co może mu w tym pomóc. Dlatego ważne jest, jaki kontakt ma Anka ze sobą – to podstawowa relacja w życiu człowieka i na niej buduje się relacje ze światem. Pacjentka, jak każdy z nas, nosi w sobie radosne i bolesne wydarzenia z dzieciństwa, co znajduje odzwierciedlenie we wspomnieniach, pomysłach na życie, słowach, a także jest zapisane w ciele. Dlatego ja poprosiłabym Ankę, by zrobiła „rzeźbę z ciała”, czyli zastygła w postawie, która najlepiej oddaje obraz jej obecnego życia. Jest ono walką, aktem bezradności, radością? Pomogłabym jej odkryć, co wzięła z rodzinnego systemu, co z tego jest naprawdę jej, a co powinna zostawić.

Teresa Raczkowska (psycholożka, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczno-egzystencjalną): Nasze obecne życie budują różne doświadczenia, nie tylko te z dzieciństwa. Być może dziadkowie Anny cudownie zastępowali rodziców w roli wychowawców i doszukiwanie się w tym powodu niepowodzeń nie ma sensu. Jeśli pacjentka uparcie twierdzi, że jej los jest zdeterminowany dzieciństwem, zwróciłabym uwagę, na czym opiera to założenie. Jednak  przede wszystkim skupiłabym się na ,,tu i teraz”, na jej aktualnych relacjach z mężczyznami. Razem szukałybyśmy odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie czuje się kochana, co to dla niej znaczy i jakie ma oczekiwania w związku.

Miejsce kobiety

Elżbieta jest kobietą sukcesu. Bardzo lubi swoją pracę. Niedawno awansowała na kierownika działu, ale…

– Czuję się niedoceniana. Każdy mężczyzna na moim stanowisku na pewno wynegocjowałby znacznie wyższą pensję, a ja? No cóż, moi szefowie doskonale wiedzą, że zależy mi na tej pracy i nie muszą motywować mnie pieniędzmi.

Matka Elżbiety często powtarzała, że rolą kobiety jest zajmowanie się dziećmi i domem. Jeśli praca jest dla niej ważniejsza, to jaka z niej żona i matka? Ela jest pewna, że właśnie dlatego nie potrafi w pracy upominać się o to, co jej się słusznie należy.

Na co, w jej przypadku, zwracają uwagę terapeuci?

Wojciech Pierga: Podczas procesu wychowywania nasiąkamy pewnymi systemami przekonań, które tworzą tzw. pierwotną tożsamość, czyli wizję siebie. „Uważam, że jestem…” – np. uległa, nadopiekuńcza, naiwna... Większość takich poglądów wynosimy z domu. Ale istnieją w nas także procesy wtórne, które upominają się o zaistnienie w życiu, także poprzez to wszystko, co nam się przytrafia, a z czym się nie identyfikujemy. Być może ważnym krokiem w rozwoju Elżbiety byłoby teraz nauczenie się przebojowości czy umiejętności realnej wyceny swojej pracy i nad tym warto pracować. Dlatego próbowałbym odtworzyć na sesji sytuację, w której pacjentka nie potrafi upomnieć się o podwyżkę, i zwrócić uwagę, jakie informacje (werbalne i pozawerbalne) się pojawią: co będzie mówiło jej ciało, jakie wybuchną emocje itd. To one wskażą dalszy kierunek pracy. Może się okazać, że niska ocena własnej wartości Elżbiety wynika z przekonań wyniesionych z dzieciństwa, ale ta historia ma też związek z szerszym polem społecznym – z wyższą rangą mężczyzny na rynku pracy. Elżbieta być może potrzebuje to sobie uświadomić i uzyskać wsparcie, żeby to zmienić.

Elżbieta Sanigórska: Każdy z nas czuje się w obowiązku żyć zgodnie z rodzinnym przekazem. Być może przekonania matki na temat kobiet odnoszących sukces nie pozwalają córce w pełni cieszyć się osiągnięciami zawodowymi. Dlatego zaproponowałabym Elżbiecie, by porozmawiała – w wyobraźni – z innymi ważnymi dla niej kobietami (babcią, ciotką?) na temat roli kobiety w jej rodzinie. Może np. iść na cmentarz do babci i zapytać, co sądzi o jej kierowniczym stanowisku, kim naprawdę powinna być kobieta należąca do ich rodziny. Kiedy Elżbieta poczuje, że jej praca, zajmowane stanowisko są w zgodzie z rodzinnym przekazem, że ona jako kobieta „jest w porządku” – będzie w stanie przełożyć swój wysiłek na pieniądze.

Teresa Raczkowska: Zapytałabym Elżbietę, co musiałoby się wydarzyć w jej życiu, by poczuła się naprawdę doceniona? Być może jej głód sięga korzeniami dzieciństwa i to od matki, a nie od szefa potrzebowała potwierdzenia swojej ważności? Warto byłoby nazwać swoje niezaspokojone w dzieciństwie deficyty. Jeśli ambicje zawodowe Elżbiety są przede wszystkim jej buntem przeciwko matce, nie poczuje w pełni swojej siły sprawczej, dopóki będzie uwikłana w tę relację. Najważniejsza jest praca ze świadomością Elżbiety nad weryfikacją jej przekonań na temat roli kobiety.

Życie bez słabości

Iwona była późnym dzieckiem. Odkąd pamięta, rodzice powtarzali jej, że musi się jak najszybciej usamodzielnić, bo ich wkrótce może zabraknąć. Jako nastolatka opiekowała się najpierw umierającym ojcem, a potem chorą matką. Dziś jest niezależna, zaradna, ale bardzo często choruje.

– Kiedy infekcja unieruchamia mnie w łóżku, a zdarza się to przynajmniej raz w miesiącu, jestem w rozsypce, wszystko wali mi się na głowę – mówi.

Iwona, nawet w chorobie, nie lubi cudzej troski, nie pozwala nikomu sobie pomóc, zaopiekować się nią, chociażby zrobić zakupy.

Co powinna przepracować zdaniem terapeutów?

Wojciech Pierga: Wszystko to, co wypieramy, odrzucamy jako nieswoje, może pojawić się w postaci np. bólu gardła, kataru czy gorączki. W pracy z Iwoną szukałbym prawdziwego znaczenia symptomów jej choroby, czyli zwrócił uwagę na to, kiedy się pojawiają, jak na nią wpływa to, że tak często się przeziębia? Być może choroba jest jedynym momentem, kiedy Iwona choć trochę sobie „odpuszcza”, przez chwilę kontaktuje się ze „słabszą” częścią siebie? To, że nie pozwala się sobą zaopiekować, może wynikać z systemu przekonań wyniesionych z domu rodzinnego. Trzeba odkryć, co dla niej oznacza bycie słabą, dlaczego zawsze musi być samodzielna?

Elżbieta Sanigórska: Choroby dają nam okazję i szansę doświadczenia tego, że częścią życia jest również słabość. Bycie w prawdziwej relacji z samym sobą to odkrywanie wszystkiego, na co do tej pory się nie godziliśmy, czemu w sobie zaprzeczaliśmy. W Iwonie rozwinęło się jedynie to, co silne, dzielne, niezależne, zaradne, czyli zgodne z rodzinnym przekazem. Choroba to sygnał, że czegoś jej w życiu brakuje. Może pozwolenia sobie na słabość albo zaufania do świata i obalenia mitu, że tylko sama może się sobą zaopiekować.

Teresa Raczkowska: Iwona wypełnia rodzinny przekaz, który można by sformułować następująco: ,,Musisz sama sobie radzić”. Starsi rodzice w ten sposób przekazali jej kiedyś swój lęk o byt córki, a ona nadal trzyma się tego przesłania jako głównej zasady życiowej. Warto sprawdzić, jaką cenę płaci za ciągłe bycie silną i niezależną? Może stale żyje w stresie, napięciu, bo stara się osiągnąć coś ponad prawdziwe możliwości własnego organizmu? Jej ciało woła w chorobie: ,,Zajmij się mną!”. Iwona powinna go posłuchać, pójść za różnymi jego impulsami, zrozumieć, co naprawdę chce jej przekazać.

Jeśli ktoś w przeszłości odwrócił naszą uwagę od własnych potrzeb, pragnień, prawdziwej tożsamości, to dziś nie jesteśmy w stanie doświadczyć siebie w pełni albo zniekształcamy swój obraz, minimalizując własne potrzeby i ignorując sygnały płynące z ciała.

Zawsze inni liczą się od nas bardziej. I właśnie zmiana tego przekonania jest najważniejsza w pracy z Iwoną. Zaproponowałabym wyjść od pytania: „Co mogłoby się stać, gdyby pozwoliła sobie na otwarcie na siebie i pomoc innych?”. W chorobie każdy potrzebuje troski i opieki, nie musimy być samowystarczalni w stu procentach.