1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Patenty na lepsze życie - jak w prosty sposób ułatwić sobie życie?

Patenty na lepsze życie - jak w prosty sposób ułatwić sobie życie?

Ludzie lubią mieć świadomośc, że zostali wysłuchani, a to, co powiedzieli, rzeczywiście wpłynęło na ostateczny rezultat rozmowy. (fot. iStock)
Ludzie lubią mieć świadomośc, że zostali wysłuchani, a to, co powiedzieli, rzeczywiście wpłynęło na ostateczny rezultat rozmowy. (fot. iStock)
Czasem niewielka zmiana potrafi znacznie zwiększyć naszą skuteczność i satysfakcję z życia. Wystarczy przestawić kolejność wykonywania obowiązków, zacząć inaczej formułować zdania oraz… wyrzucić ulotki z pizzą na telefon. I wszystko to potwierdzono naukowo.

Realizacja marzeń? Poczucie życiowej satysfakcji? Dobre związki? Cóż, trzeba nad tym pracować – słyszymy od dziecka i wzdychamy: „Czy nie można łatwiej? Czy naprawdę nie ma żadnego sprawdzonego sposobu, żeby zwiększyć poczucie szczęścia, realizować cele i budować dobre relacje?”. Na szczęście zajęli się tym badacze. Oto potwierdzone naukowo sposoby na lepsze życie.

Patent pierwszy: ułatwiaj zamiast utrudniać

Kurt Lewin, uznawany za ojca amerykańskiej psychologii społecznej, zauważył, że jeśli chcemy skłonić siebie lub innych do jakiegoś konkretnego działania, powinniśmy przejść się z lupą po naszej drodze do celu i uprzątnąć wszystko, o co moglibyśmy się potknąć. Czasem usunięcie małego kamyczka przynosi zadziwiająco dobre rezultaty.

Przykład? Kiedy sprawdzono, ile osób zgadza się na bycie potencjalnym dawcą narządów w krajach, w których zgoda jest domniemana (żeby ją cofnąć trzeba to zaznaczyć np. na odwrocie prawa jazdy), a ile w krajach, w których zgodę na bycie dawcą trzeba dopiero złożyć - wyniki okazały się diametralnie różne. W większości krajów z pierwszy grupy na bycie dawcą zgadzali się niemal wszyscy. W pozostałych - średnio 16% społeczeństwa. Co ważne, wszędzie opinia na temat przeszczepiania organów była bardzo podobna. Psycholodzy stwierdzili, że to, iż w pierwszym wypadku nie trzeba wykonać praktycznie żadnego wysiłku, by zostać potencjalnym dawcą, było istotnym powodem tej rozbieżności.

Potwierdzeniem tego, że aby osiągnąć cel, lepiej skupić się na ułatwianiu sobie życia niż na ćwiczeniu silnej woli, są też doświadczenia psychologa Briana Wansinka, nazywanego Sherlockiem Holmesem zachowań żywieniowych. W jednym z eksperymentów badacz częstował widzów popcornem. Okazało się, że grupa, która dostała przekąskę w dużych opakowaniach, zjadła 50% więcej popcornu niż grupa, która wyciągała kukurydzę z mniejszego opakowania. Pierwszym trudniej było się powstrzymać od zjedzenia większej porcji, drudzy po prostu usunęli tę pokusę.

Jak wykorzystać tę wiedzę? Powiedzmy, że chcesz trzymać się zdrowej diety. Możesz to sobie ułatwić, np. stawiając na biurku owoce i butelkę wody, układając w lodówce produkty w taki sposób, by wzrok padał najpierw na to, co najzdrowsze, i wieszając na drzwiach pomysły na to, co zdrowego możesz zjeść, gdy zrobisz się głodny (im dłużej zastanawiasz się "co by tu przekąsić", tym większe prawdopodobieństwo ulegnięcia pokusie wyboru czegoś tuczącego). Zejście na manowce utrudni ci też pozbycie się z domu ulotek z jedzeniem na telefon. Pewnie, zawsze można sprawdzić numer do pizzerii w Internecie, ale to już wymaga odrobinę wysiłku, a czasem właśnie ta "odrobina" jest decydująca.

Co zrobić, gdy pokusa zjedzenia zakazanego owocu jest bardzo silna, a mózg zaczyna przekonywać: "jeden cukierek mi nie zaszkodzi"? Psycholodzy proponują zadać sobie pytanie: "Jak bym zareagował, gdyby ktoś inny podał takie samo usprawiedliwienie?". Odpowiedź przychodzi od razu. Przestrzegają też przed myśleniem, że jeśli to, co podpowiada mózg, jest prawdziwie (chociażby częściowo), to znaczy, że mamy się tym kierować. Jeden cukierek rzeczywiście nie zniszczy zdrowia, ale czy to oznacza, że trzeba go zjeść? Jeśli pokusa dotyczy poważniejszej decyzji (np. chcemy wykupić miesięczny abonament w firmowej stołówce, gdzie obiady są wprawdzie niezbyt zdrowe, ale za to stosunkowo tanie), wyobraźmy sobie, jak tę decyzję będziemy oceniać za rok.

Patent drugi: mów językiem korzyści

Trudno podbijać świat w pojedynkę, ale zdobywanie sprzymierzeńców to też niełatwe zadanie. Jak zachęcić partnera, by pojechał z nami w podróż po Ameryce Południowej? Jak przekonać szefa do naszego projektu? Kluczowe jest odpowiednie pakowanie, czyli dobór właściwych słów. Dowodem na to, jak łatwo można zmienić czyjąś decyzję, przekazując tę samą informację innymi słowami, jest badanie psychologa Thomasa Gilovicha z Uniwersytetu Cornella z udziałem osób o dość wysokich dochodach. Niektórych respondentów zapytano o to, czy byliby w stanie oszczędzić 20% swoich dochodów, innych - czy mogliby utrzymać się z 80% dochodów. Choć sens pytań był faktycznie taki sam, to wyniki - zupełnie inne! W pierwszej grupie "tak" powiedziało 50%,w  drugiej aż 80%. Przyczyną różnicy jest tzw. inklinacja negatywna, czyli większa wrażliwość na bodźce negatywne. Ograniczenie wydatków staje się mniej przykre, gdy badani skupiają się na pieniądzach, które pozostaną im do dyspozycji.

Drugą stroną tego samego mechanizmu jest ludzka awersja do straty. Mniejsze wrażenie robi na nas to, co moglibyśmy zyskać, niż to, co moglibyśmy stracić. Kiedy podróżnych na lotnisku zapytano o to, czy pracowaliby trzy lata dłużej, by zyskać wyższą emeryturę o 2,5 tys. dolarów (skok z 10 tys. dolarów rocznie na 12,5 tys. dolarów), większość osób odmówiła. Spośród tych, których zapytano o to, czy pracowaliby trzy lata dłużej, by uniknąć obniżenia emerytury o 2,5 tys. dolarów (z 12,5 tys. dolarów na 10 tys. dolarów), większość osób się zgodziła. A przecież w obu przypadkach krótszy staż pracy dawał emeryturę na poziomie 10 tys. dolarów, dłuższy - 12,5 tys. dolarów!

Co z tego wynika? Chociażby to, że przedstawiając jakąś propozycję, zawsze warto poinformować rozmówcę, co straci, odrzucając ją. Nie chodzi o groźby ani zawoalowany szantaż, a o to, by np. powiedzieć "jeśli chcemy uniknąć straty połowy rynku, to powinniśmy...". Warto także wysunąć na pierwszy plan korzyści z nowego rozwiązania i umiejętnie przedstawić koszty. Oczywiste?! To dlaczego tak często zaczynamy prezentację projektu od słów: "Wprawdzie to będzie trochę kosztować, ale...", a ograniczając dziecku dostęp do playstation, mówimy: "masz zakaz gry w dni powszednie", zamiast powiedzieć: "Będziesz grać tylko w weekendy"?

Nie wierzymy w moc właściwego doboru słów i paradoksalnie, nieraz to właśnie osoby, które mają najlepsze pomysły, najgorzej je przedstawiają. Przekonane o wyjątkowości swojej propozycji, uważają, że "obroni się sama"... Ale tak nie jest!

Czasem coś jest dla nas nieprzyjemne tylko dlatego, że źle się kończy - dowiodły tego m.in. badania psychologa i ekonomisty Daniela Kahnemana. (fot. iStock) Czasem coś jest dla nas nieprzyjemne tylko dlatego, że źle się kończy - dowiodły tego m.in. badania psychologa i ekonomisty Daniela Kahnemana. (fot. iStock)

Patent trzeci: uwzględniaj inne racje

Co zrobić, by kłótnie o podział obowiązków nie doprowadziły do kryzysu małżeńskiego, a spór z szefem nie zamknął drogi do awansu? Wskazówkę przynoszą wyniki badania na Uniwersytecie Stanforda. Naukowcy zaaranżowali negocjacje między studentami i przedstawicielem władz uczelni (w rzeczywistości był to wysłannik badaczy). Spierano się o stanowisko, jakie uniwersytet powinien zająć w sprawie legalizacji marihuany. Studenci byli jej zwolennikami, a rzekomy reprezentant władz - przeciwnikiem. Badanych podzielono na dwie grupy. Zaplanowano, że gdy czas negocjacji dobiegnie końca, wysłannik badaczy przedstawi studentom ostateczną ofertę. Miało nią być zniesienie kar za palenie marihuany i zaostrzenie kar za zażywanie cięższych narkotyków. W jednej grupie to rozwiązanie zaakceptowało 40% studentów, w drugiej - 63%. Skąd ta różnica? Stąd, w jaki sposób negocjator przedstawił ostateczną propozycję. Kiedy mówił, że stworzył ją po przeanalizowaniu racji studentów, pomysł zyskiwał większą aprobatę. Natomiast większość studentów, którzy usłyszeli, że na koniec przedstawił to, co i tak chciał zaproponować od początku, nie zaakceptowała wyniku negocjacji.

Wniosek: ludzie lubią mieć świadomość, że zostali wysłuchani, a to co powiedzieli, rzeczywiście wpłynęło na ostateczny rezultat rozmowy. Tymczasem często zachowjemy się jak małe dzieci i nawet jeśli moglibyśmy trochę ustąpić, pytamy: "A dlaczego JA mam odpuścić?!". Czasem też, mimo że w trakcie rozmowy godzimy się na coś, czego nie planowaliśmy, nie chcemy się do tego przyznać. Uważamy, że uwzględnienie racji drugiej strony oznacza słabość. Nic bardziej mylnego. Dlatego podczas sporów warto używać takich zaklęć jak: "Dobrze, tu mogę ustąpić", "Jeśli bardzo ci na tym zależy, to..." czy "Teraz cię rozumiem". Oczywiście za tymi słowami powinna iść też rzeczywista chęć spojrzenia na problem z perspektywy rozmówcy. W przeciwnym razie będzie to jedynie manipulacja.

Patent czwarty: dbaj o dobre zakończenia

Czasem coś jest dla nas nieprzyjemne tylko dlatego, że źle się kończy - dowiodły tego m.in. badania psychologa i ekonomisty Daniela Haknemana. Dwóm grupom badawczym wyświetlał on krótkie filmy. Jedna oglądała dość przyjemne scenki, jak bawiące się szczeniaczki czy pingwiny skaczące do wody. Druga - obrazy przerażające - zrzucenie bomby na Hiroszimę, ubój zwierząt czy okaleczenia. Widzowie mieli relacjonować uczucia, jakie budzą się w nich w trakcie seansu, a poza tym ocenić doświadczenie już po jego zakończeniu. Okazało się, że im bardziej nieprzyjemny był najgorszy moment w filmie i im gorsze jego zakończenie, tym bardziej nieprzyjemny był dla widzów cały eksperyment. Im większa przyjemność w kulminacyjnym momencie i im bardziej przyjemny finał, tym lepsza ocena całego filmu. Co zaskakujące, długość projekcji nie miała tu żadnego znaczenia.

Podobny wynik przyniosło doświadczenie z dość bolesnym i nieprzyjemnym zabiegiem, jakim jest kolonoskopia, czyli badanie wnętrza jelita grubego. Okazało się, że ból wieńczący badanie powoduje, że pacjenci wspominają je jako niezwykle nieprzyjemne i tylko połowa zgłasza się na wizytę kontrolną po pięciu latach. Jednak gdy lekarz, za radą Kahnemana, zamiast zakończyć badanie tuż po dotarciu w najbardziej bolesne miejsce, przedłużył je o chwilę - i dzięki temu finał badania nie był najgorszym momentem - pacjenci ocenili zabieg jako mniej nieprzyjemny. W efekcie aż 70% zdecydowało się na badanie kontrolne.

Jak to przełożyć na inne dziedziny życia? Na przykład dbając o dobre momenty i szczęśliwe zakończenia - dnia, urlopu czy pracy. Na to, jak oceniamy wczasy po powrocie, niewielki wpływ ma ich długość, ważniejsze będzie, jak się zakończyły i jak fantastyczne były w swoim szczytowym momencie. Warto też wprowadzić zmianę w harmonogramie pracy, by najłatwiejsze zadanie zostawić na koniec i wprawdzie iść później spać, ale za to przed położeniem się do łóżka, zrobić sobie aromatyczną kąpiel.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Aby być szczęśliwym, trzeba się nieźle napracować

Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często towarzyszy zniechęcenie. Nie należy go zatem mylić z przyjemnością. (Fot. iStock)
Szczęście – podobnie jak mądrość – jest zwykle ubocznym efektem naszych działań, którym często przecież towarzyszy zniechęcenie. Zatem nie należy go mylić z przyjemnością – mówi prof. Wiesław Łukaszewski i dodaje, że trzeba się ciężko napracować, żeby być szczęśliwym. Na czym polega taka praca?

Z czym najczęściej myli się nam szczęście?
Najczęściej – z przyjemnością. Nierzadko z przyjemnością mylą szczęście także psychologowie. Jakiś czas temu jeden z wielkich polskich psychologów zapytany o to, kiedy człowiek jest szczęśliwy, odpowiedział bez namysłu: „kiedy jest ciemno, ciepło i blisko”. A gdy zapytywaliśmy sporą grupę wrocławian, co sprawia, że czują się szczęśliwi, 92 proc. osób wskazało na jedną z trzech spraw: lenistwo rozumiane jako relaks, szeroko potraktowaną erotykę oraz jedzenie. Czysty hedonizm.

Czy pana zdaniem szczęście jest bardziej tym, co się nam przydarza czy raczej stanem wypracowanym?
To nie jest dobra alternatywa. Bo jeśli ktoś powiada, że miał szczęście, bo cudem uniknął uderzenia przez rozpędzony samochód – to mowa tu o zdarzeniu. A jeśli ktoś powiada, że jest szczęśliwy, bo zakończył budowę domu, pisanie powieści albo posadził kawał lasu – to mowa tu o robocie. W tym drugim wypadku szczęście prawie nigdy nie jest celem. Dom nie jest środkiem do szczęścia, nie pisze się powieści, aby być szczęśliwym. We wszystkich wymienionych tu wypadkach osiągnięcie celu wymagało ciężkiej pracy, zmęczenia. Nierzadko towarzyszyło temu zniechęcenie, a nieraz i poczucie bezsensowności swojego działania. A potem przychodzi czas na wynik, i człowiek jest szczęśliwy. Szczęście, podobnie jak mądrość, jest zazwyczaj ubocznym efektem naszych działań. Nie potrafimy być mądrzy na zamówienie, nie potrafimy tak samo na zamówienie być szczęśliwi. Choćbyśmy się natężali nie wiadomo jak. Trzeba się jednak napracować.

W jaki sposób? Przecież nie mamy wpływu na śmierć, a niekiedy również na ból, choroby, spotkania i rozstania. Wydaje się, że jedyne, co możemy zrobić, to przygotować grunt dla szczęścia, niejako wysłać zaproszenie...
Wielu z nas ma do szczęścia taki stosunek, jaki mają dzieci do prezentów urodzinowych czy gwiazdkowych: marzymy, fantazjujemy, tworzymy rozkoszne scenariusze. To dość niebezpieczna droga, bo rzeczywistość rzadko dorasta do naszych marzeń, a wtedy – zamiast radości – doświadczamy rozczarowania. Szczęście rzadko dostaje się w prezencie. Co więcej, taki dziecięcy stosunek do szczęścia ma za podstawę Ja, czyli interes osobisty. I tu pojawia się pewna pułapka: ten interes może okazać się niezaspokojony, co znów grozi rozczarowaniem. Pewniejszą drogą do szczęścia jest działanie na rzecz różnych My. Niestety, to ukierunkowanie staje się u nas coraz rzadsze, co – być może – sprawia, że jest coraz więcej nieszczęśliwych ludzi wokół.

Gdyby musiał pan wybrać pomiędzy mądrością, dobrocią i pięknem, na którą jakość by się pan zdecydował ze świadomością, że bezpowrotnie traci dwie pozostałe?
Wybrałbym mądrość, bo to rzecz pojemna. Co więcej, wybierając ją, nie straciłbym ani większości piękna, ani większości dobra. Mądrość bowiem to poszukiwanie i odkrywanie harmonii, równowagi i sensu, a do tego w dużej mierze sprowadza się piękno tego świata i każdej rzeczy, która do niego należy. Mądrość to harmonijne współbrzmienie interesów osobistych, czyli egoistycznych, i interesów pozaosobistych, a na tym między innymi polega bycie dobrym. Tu znajdziemy dawanie dobra i jego otrzymywanie. Mądrość to także z jednej strony zdolność do radzenia sobie, a nieraz godzenia się, z niepewnością, z drugiej zaś – do tolerowania różnorodności, także wszelakich odmienności. To oznacza, że granice piękna i granice dobra znacznie się w ten sposób poszerzają. Że piękne i dobre jest nie tylko to, co nasze. Piękne i dobre może być także to, z czym się nie zgadzamy, ale cenią to inni ludzie.

W swojej najnowszej książce „Niewielka suma szczęścia” napisał pan, że nasze oczekiwania, pragnienia, wierzenia – mają znaczący wpływ na to, jak funkcjonuje organizm, czyli materialne ciało. Jak świadomość własnego ciała łączy się z doświadczaniem szczęścia?
Tu dotykamy spraw niezwykle skomplikowanych, a zarazem dotyczących samego sedna naszej egzystencji. Jest mnóstwo danych pokazujących, że odwołując się do – nazwijmy to – sił mentalnych, można zmieniać stan ciała. Można wyleczyć się z poważnej choroby za pomocą placebo, można samym myśleniem wywołać orgazm, można odwlekać moment umierania, ale można też umrzeć z beznadziejności, z poczucia braku wyjścia. Wiedza na temat tych i podobnych faktów jest znaczna. Problem zaczyna się w momencie, kiedy zapytamy o naturę tych procesów. Jak dotąd niewiele potrafimy na ten temat powiedzieć. Co ciekawsze, potrafimy wpływać na stany ciała, ale samo ciało znamy nader kiepsko. I nie mówię tu o znajomości fizjologii, ale o zwyczajnej anatomii. Sprawa druga wiąże się z użytym w pańskim pytaniu sformułowaniem „świadomość ciała”. To bardzo pokrętna fraza, dlatego sam wolę mówić o znajomości czy rozumieniu własnego ciała, a z tym – jak wspominałem – nie jest dobrze. Rozumienie zjawisk i stanów rzeczy jest ważną przesłanką szczęścia, ale bynajmniej niewystarczającą.

Wiesław Łukaszewski, 'Niewielka suma szczęścia', wyd. Smak Słowa Wiesław Łukaszewski, "Niewielka suma szczęścia", wyd. Smak Słowa

Pisze pan, że wartością jest wychodzenie poza to, co się już wie. Na czym to polega w praktyce?
Trzeba się zwyczajnie uczyć. Pewien wielki psycholog, zaciągając z lwowska, powiadał, że „człowiek umiii, bo się uczy” i półgłosem dodawał zaraz: „no, chyba że jest idiotą”. No dobrze, powie ktoś, trzeba się uczyć, ale czego? Moja odpowiedź brzmi: wszystkiego, co tylko wpadnie nam w ręce. Wprawdzie co rusz słyszymy, najczęściej w szkołach i na uniwersytetach, o wiedzy zbędnej, jałowej, bezużytecznej, ale w obliczu zmian, w obliczu przyszłości przewidywalnej w ograniczonym stopniu i nowych zadań, które ona niesie – uznanie jakiejś wiedzy za bezużyteczną wydaje się ryzykowne. Jedynym dobrym sposobem na to, co nieprzewidywalne, jest duża nadwyżka wiedzy pragmatycznej.

Druga sprawa to uczenie się od innych. Czasem bezwiedne, czasem intencjonalne. Ale nie tylko od tych innych z naszej wioski, ale także od tych z dalekiego świata. To jednak wymaga rezygnacji z postawy wyższościowej, nakazuje unikać wszelkiego deprecjonowania innych i dehumanizowania ich w imię narcystycznego przekonania, że „naprawdę dobrzy to jesteśmy my i nikt więcej”. Chodzi też o dopuszczenie myśli, że ten drugi może mieć rację, o sceptycyzm wobec własnej wiedzy i własnych przekonań. Chodzi więc o relatywizm, tak potępiany dzisiaj w prawicowych kręgach. Trudno wyjść poza to, co się wie, nie ruszając się ze swojej niszy. Nie można wyjść poza status quo, jeśli przyjmuje się postawę „to nie moja sprawa” albo – co gorsza – „nie chcę o tym wiedzieć”. Umysł zamknięty sam się nie otworzy – musi doznać wstrząsu pochodzącego z zewnątrz. To dlatego tak ważne są różnego rodzaju przełomy społeczne. Bezcenne są też kontrowersje, konflikty poznawcze czy światopoglądowe zderzenia.

Kiedy dążenie do szczęścia jest rozwojowe i wspierające, a kiedy staje się wyparciem, hedonistyczną ucieczką przed uznaniem, że mamy takie samo prawo do życia jak inne istoty zamieszkujące Ziemię?
Tak, tak, biblijne opowieści o panu wszelkiego stworzenia i o czynieniu sobie Ziemi poddanej nieco namieszały nam w głowach. Tymczasem mamy prawo do życia nie większe niż inne żywe istoty. Tu namawiałbym do studiowania szlachetnych prawd Buddy, bo są znacznie mądrzejsze. A co się tyczy dążenia do szczęścia, to jak wspomniałem na początku, dążenie do niego jest rozwojowe wtedy, gdy się nie bierze szczęścia za cel. Przestaje być rozwojowe wtedy, kiedy myślimy o tym, co by tu zrobić, aby być szczęśliwym. Bo wtedy chętnie idziemy na skróty i zaczynamy poszukiwać przyjemności. Chciałbym być dobrze zrozumiany. To nie jest zachęta do ascezy i wyrzekania się wszelkich przyjemności, ale raczej sugestia, że przyjemności to jedno, a szczęście to drugie. Warto doznawać przyjemności i warto powiększać sumę szczęścia.

A jakie jest największe szczęście, które pana spotkało?
Cztery są takie moje największe szczęścia. Trzy dotyczą ludzi, a jedno głowy. Pierwsze szczęście to moja mądra i dobra matka, która nauczyła mnie czytać i pisać, kiedy miałem niewiele ponad trzy lata. Drugie szczęście to moje dzieci. Trzecie szczęście to gromada przyjaciół. Szczęście czwarte bierze się z faktu, że mimo lat, które mam za sobą, nadal zachowałem w miarę sprawny umysł. Czego chcieć jeszcze?

Prof. Wiesław Łukaszewski, profesor psychologii, wykładowca, specjalizuje się w psychologii osobowości, psychologii społecznej i psychologii motywacji, autor książek.

  1. Styl Życia

Sisu, hygge, niksen, ikigai - sposoby na szczęście i odporność psychiczną z różnych stron świata

Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Pragniemy, aby nasza psychika była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
W czasach pandemii szukamy różnych sposobów na to, jak wzmocnić naszą psychikę. Pragniemy, aby była odporna na zawirowania losu i spadki nastroju, a jednocześnie wspierała nas w poszukiwaniu szczęścia i walce ze stresem. Poszczególne nacje mają na to swoje recepty. Poznajcie je! 

Sisu - fiński sposób na odporność psychiczną

Fot. iStock Fot. iStock

Sisu podsumowuje fiński charakter i opisuje postawę życiową, którą charakteryzuje hart ducha, niezłomność i umiejętność dostrzeżenia wyzwań w przeszkodach. Jedna z badaczek sisu, Emilia Lahti, definiuje to pojęcie jako zespół cech zapewniających psychiczną twardość i zdolność radzenia sobie z silnym stresem, a jednocześnie umiejętność stawiania czoła przeciwnościom losu, które wydają się niemożliwe do pokonania. Katja Pantzar, dziennikarka, która przeprowadziła się z Kanady do Finlandii, określa sisu jako siłę woli, determinację, żeby się nie poddawać i nie iść na łatwiznę.

Hygge - duński sposób na spokojne życie

Fot. iStock Fot. iStock

Co sprawia, że Duńczycy są uważani za jeden z najbardziej zadowolonych narodów w Europie? Umiejętność cieszenia się prostymi przyjemnościami i spędzanie czasu w gronie najbliższych. Mają nawet na to własne słowo – hygge. Choć próżno szukać jego odpowiednika w słowniku języka polskiego, zdaniem aktorki Marie Tourell Soderberg można uchwycić jego sens w codziennym życiu. W skrócie: hygge to taka przerwa, podczas której zapominasz o tym, co musisz i co powinnaś i po prostu jesteś sobą, tu i teraz.

Lagom - szwedzki sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Lagom to skandynawski sposób na znalezienie złotego środka, umiejętność określenia, ile wystarczy nam do szczęścia i kiedy powiedzieć „dość”. Słownik szwedzko-polski określa sprawę jasno: lagom to „umiarkowanie, wystarczający, odpowiednia ilość; właśnie tyle, ile trzeba”. Może się to odnosić do liczby pochłoniętych mięsnych pulpetów, temperatury kaloryfera, a także do wysokości zarobków. Lagom to po prostu szwedzki sposób na życie – zamiłowanie do tego, co funkcjonalne, lecz dyskretne, i organiczna wręcz niechęć do przesady. W każdej dziedzinie życia.

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Fot. iStock Fot. iStock

Holenderskie słowo niksen to określenie na chodzenie z głową w chmurach, rozkoszne zbijanie bąków, myślenie o niebieskich migdałach, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją np. oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej.

Skogluft - norweski sposób na zdrowie i przyjazne wnętrze

Fot. iStock Fot. iStock

Jeśli chcesz niewielkim kosztem sprawić, by twoje mieszanie stało się oazą spokoju, zdrowia i dobrej atmosfery – spodoba ci się koncepcja skogluft (norw. leśne powietrze). To termin stworzony przez JØrna Viumdala, norweskiego inżyniera, który pracuje z roślinami od ponad 30 lat. Kryje się pod nim koncepcja mądra i prosta: chodzi o wprowadzenie do pomieszczeń, w których najczęściej przebywasz, roślin i światła. Konkretnych roślin i konkretnego światła.

Gioia di vivere - włoski sposób na radość życia

Fot. iStock Fot. iStock

W pierwszej połowie 2020 roku nasze serca były z Włochami. Podziwialiśmy ich hart ducha i umiejętność cieszenia się życiem, mimo przeciwieństw. Italianistka Julia Wollner przekonuje, że kilka ich narodowych cech moglibyśmy przyswoić sobie na stałe. Włoski styl życia opiera się na celebrowaniu drobnych gestów, codziennych rytuałach oraz zmysłowym odczuwaniu świata, któremu tak blisko do filozofii mindfulness. To zmysły dostarczają paliwa słynnej włoskiej gioia di vivere, czyli radości życia.

Ikigai - japoński sposób na szczęście

Fot. iStock Fot. iStock

Rób rzeczy dla siebie, a nie dla poklasku. Graj, gdy nikt nie słucha, pisz opowiadania, których nikt nie przeczyta, a satysfakcja wewnętrzna pozwoli ci z radością iść przez życie. Na tym właśnie polega ikigai – mówi Ken Mogi, autor książki „Ikigai, japońska sztuka szczęścia”. Ikigai to słowo określające przyjemności i istotę życia. W dosłownym tłumaczeniu iki znaczy „żyć”, a gai to „powód”. Mówi się, że ikigai to system motywacyjny, dzięki któremu rano wstajemy z łóżka.

Shinrin-yoku – japoński sposób na bliskość z przyrodą

Fot. iStock Fot. iStock

Odkąd pamiętasz, czujesz się w lesie dobrze? Naukowcy na całym świecie od lat udowadniają, że odseparowanie się od dzikiej przyrody nas osłabia. Nie dziwi więc coraz większa popularność warsztatów i terapii opartych na kontakcie z naturą. Jedną z nich jest shinrin-yoku (shinrin to po japońsku „las”, a yoku – „kąpiel”), czyli japońska sztuka kąpieli leśnych, polegająca na zanurzeniu się w lesie wszystkimi zmysłami.

Kintsugi - japoński sposób na życiowe trudności

Fot. iStock Fot. iStock

Kintsugi jest dawną japońską sztuką odbudowy tego, co zostało zniszczone. Gdy uszkodzi się ceramika, mistrzowie kintsugi naprawiają ją, używając złota oraz pozostawiając ślady swoich działań, ponieważ ich zdaniem taki przedmiot jest jednocześnie symbolem kruchości, siły i piękna. Ceramika, tak jak i ludzie, jest krucha, a zarazem mocna i piękna. Tak samo jak nasze życie, może się zniszczyć, jednak można zreperować uszkodzenie, jeśli zna się na to sposób.

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje szczęście

Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
W jakim stopniu mamy wpływ na własne samopoczucie, a na ile jest ono zależne od czynników zewnętrznych? Jak nie wpaść w pułapkę robienia dobrej miny do złej gry? O przepis na szczęście pytamy psycholog Agnieszkę Czerw.

Wydaje się, że pragniemy szczęścia ponad wszystko. Ale gdy już nam się ono przytrafia, często bywa, że nie chcemy się z nim obnosić, boimy się zapeszyć, wyjść na chwalipięty. Dlaczego mamy taki problem z pokazywaniem szczęścia światu?
U podłoża takiej postawy leżą dwa przekonania. Po pierwsze, że szczęście nie zależy od nas, tylko od losu – nie chcemy więc, żeby los nam je złośliwie odebrał, uznał, że nie jesteśmy godni. Dlatego staramy się nie manifestować swojej radości. A drugie założenie wiąże się z tym, co sądzimy o innych ludziach, a, niestety, na ogół nie mamy o nich dobrego zdania, jesteśmy nieufni, co potwierdzają badania. Polska jest w końcówce krajów, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Zakładamy, że inni będą wobec nas zawistni, jeśli się dowiedzą o naszym szczęściu, może nawet będą chcieli nas go pozbawić. W obu tych przypadkach zarówno przyczyna szczęścia, jak i fakt jego posiadania nie zależą od nas, tylko od losu bądź od innych. To oni mogą sprawić, że tego szczęścia nam zabraknie. I stąd to podejście: „Jestem szczęśliwa, ale nie będę o tym mówić, nie będę tego pokazywać”. A może właśnie warto podzielić się szczęściem, dlatego że ono bywa zaraźliwe i możemy się w ten sposób przyczynić do szczęścia innych.

Kiedyś koleżanka złożyła mi następujące życzenia urodzinowe: „Niech zawsze wszystko będzie tak, jak chcesz”. Pomyślałam wtedy, jak fajnie by było, gdyby świat dostrajał się do moich oczekiwań, gdyby zawsze wszystko działo się zgodnie z moją intencją. Dziś wiem, że takie podejście jest zgubne.
W takim myśleniu tkwi pułapka, bo nie jest możliwe, żeby zawsze wszystko było tak, jak chcemy. A więc oczekując tego od innych, od świata, skazujemy się na wieczną frustrację – bo wystarczy, że jedna rzecz pójdzie nie po naszej myśli i już poczujemy się nieszczęśliwi. Poza tym w ten sposób uzależniamy swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych – od innych ludzi, ich zachowań. A te mogą zależeć od zupełnie przypadkowych rzeczy. To, że los daje nam to, czego chcemy, to są po prostu pomyślne zdarzenia, a szczęścia nie można lokować tylko w darach losu. Ono w dużym stopniu zależy od nas, nie w stu procentach, ale w tak dużej mierze, że warto się o nie starać i do niego dążyć.

Jak w takim razie budować szczęście w sobie?
Nie ma jednej uniwersalnej recepty. Ale są pewne ogólne wskazówki, które mogą nam pomóc. To jest trochę tak jak z przepisami kulinarnymi – możemy bardzo dokładnie trzymać się danej receptury, a i tak nie mamy gwarancji, że ciasto wyjdzie, a możemy oprzeć się na ogólnych wytycznych i modyfikować przepis, żeby zrobić takie ciasto, jakie nam będzie najbardziej smakowało. Ja najchętniej posługuję się przepisem Martina Seligmana, który w swojej teorii na temat dobrostanu i rozkwitu mówi o pięciu elementach. Pierwszym składnikiem są pozytywne emocje – chodzi o to, żeby bilans emocji pozytywnych do negatywnych zawsze wychodził na korzyść tych pierwszych, tak więc powinniśmy się starać o to, żeby je sobie dostarczać, zadbać chociażby o to, żeby umieć cieszyć się nawet małymi rzeczami. Druga rzecz to zaangażowanie – trzeba mieć w życiu coś, czemu jesteśmy w stanie się całkowicie oddać. Seligman mówi o takim stanie totalnego zaabsorbowania, kiedy działamy, nie zwracając uwagi na niedogodności, tracąc poczucie czasu. Czyli ważne w życiu jest znalezienie pasji. Trzecia rzecz to relacje z innymi – bez innych nie jesteśmy w stanie żyć, więzi budują nasze szczęście – dlatego warto o nie zadbać i je pielęgnować. Czwarty element to poczucie sensu – róbmy rzeczy, które czujemy, do których mamy przekonanie. Pamiętajmy, że coś, co jest sensowne dla innych, nie musi być sensowne też dla nas. No i w końcu piąta sprawa: poczucie sukcesu, dokonania czegoś – taki moment, w którym wiem, że osiągnęłam pewien cel. I te właśnie elementy według Seligmana składają się na szczęście. To jednak, jak je dodamy, jak zmieszamy – zależy już od nas, od naszego apetytu na życie. Sami musimy określić proporcje.

Czyli szczęście jest paktem, który podpisujemy sami ze sobą. To bardzo wspierające, ale i obciążające zarazem. Bo dobrze, że mam wpływ na własne szczęście. Ale oznacza to też dużą samoświadomość – to ja odpowiadam za swoje szczęście, ja muszę nad nim pracować.
Tutaj najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. Oczywiście, nie w stu procentach, bo są pewne uwarunkowania czy zewnętrzne, czy w nas samych, na które wpływu nie mamy. Każdy człowiek ma przecież pewien wrodzony potencjał, choćby układ nerwowy, który jest podatny na przykład na przeżywanie negatywnych emocji, i z tym walczyć trudno. Jednak jest też ogromny obszar poza tymi predyspozycjami wrodzonymi i poza czysto losowymi okolicznościami, który zależy właśnie od nas. Ale na początek my się musimy wewnętrznie zgodzić na to, że tak właśnie jest. Wtedy dopiero ma sens podejmowanie wysiłku. Trzeba przekierować umiejscowienie kontroli za własne życie do wewnątrz, do siebie.

Druga kwestia jest taka, że szczęśliwy chce być każdy, ale wybieramy różne sposoby dotarcia do tego celu. Jedni będą pracować nad sobą, a inni wybiorą dajmy na to hazard. Czasami więc może być tak, że mamy motywację, wkładamy w dążenie do szczęścia wysiłek, natomiast kierunek jest nieodpowiedni. A jeżeli nasz wysiłek idzie na marne, to pojawia się frustracja. Dlatego, jak już się zgodzimy na to, że od nas zależy szczęście, trzeba jeszcze znaleźć odpowiednią drogę, i tu często z pomocą przychodzą terapeuci oraz coachowie, którzy poszukują tej drogi z nami. I to już jest naprawdę bardzo indywidualna kwestia, która droga będzie najwłaściwsza dla nas. Sonja Lyubomirsky mówi w swojej teorii szczęścia, że w tej części zależnej od nas mamy do załatwienia trzy rzeczy: sposób myślenia, czyli pewien filtr uwagi, który decyduje o tym, co zauważamy wokół siebie, druga sprawa to przejście do działania, czyli konkretne zachowania, no i trzecia to stawianie sobie celów, bo nie zawsze da się od razu to działanie wprowadzić w życie, czasami trzeba znaleźć sposób, i to jest cel, żeby ten sposób znaleźć.

Do mnie osobiście trafia metafora szczęścia jako drzewa – jeśli jesteśmy podatni na podmuchy zewnętrzne, to łatwo nami zachwiać, łatwo zburzyć nasze szczęście, a jeśli mamy mocny trzon, to szybciej wracamy do pionu.
To prawda, najważniejsze są trwałe, dobre korzenie, które nas trzymają w pionie, czyli właśnie praca nad sobą, a nie nad światem wokół. Pójściem o krok dalej jest świadome wprowadzanie pewnych zmian w świecie, ale wtedy już umiejscowienie kontroli jest w nas, to ja mam wpływ, ja kreuję swój świat. Pamiętajmy, że gdy próbujemy na siłę dostosować świat zewnętrzny do siebie, jesteśmy skazani na porażkę. Czasami zamiast coś zmieniać, może lepiej się uważnie temu światu przyjrzeć? Dlatego niektórzy postulują zamiast naginania rzeczywistości do siebie uważne, pełne bycie w bieżącej chwili – gdzie skupiamy się na tym, co się wokół nas dzieje, i czerpiemy z tego. Często w pędzie życia tak przyspieszamy, że wszystko nam się rozmazuje, jak w jadącym samochodzie. Trudno wtedy rozpoznać jakiekolwiek szczegóły i zauważyć najdogodniejszą ścieżkę do szczęścia. Uważność zwiększa zatem naszą elastyczność zachowania. Nie mówiąc już o tym, że sprzyja też pozytywnym emocjom, bo my często nie zauważamy cudownych, pięknych rzeczy wokół nas, którymi można się zachwycić.

Tylko jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy między szukaniem pozytywów każdej sytuacji a robieniem dobrej miny do złej gry?
Wypieranie i ucieczka od negatywnych emocji na dłuższą metę będą prowadziły do ich kumulacji, a to może się skończyć tym, że potem uderzą w nas ze zdwojoną siłą, bo przecież nie da się tak robić w nieskończoność. Chodzi tu o pewną odwagę zmagania się z życiem, ponieważ unikanie konfrontacji z trudnościami oznacza, że nie jestem gotowa wziąć się z życiem za bary. Barwy życia są różne i negatywne emocje są dla nas ważnymi sygnałami na temat tego, co się z nami dzieje. Nie wolno ich lekceważyć, bo możemy wtedy zagubić samych siebie pod maską uśmiechu, który tak naprawdę nie świadczy już o radości, tylko o pozie, o roli, którą odgrywamy wbrew sobie.

Dlatego powinniśmy dać sobie przyzwolenie na wszystkie emocje – mamy prawo odczuwać smutek, złość, irytację. Ważne, żeby się w nich nie zatapiać, nie „przeżuwać” ich za długo, bo to może prowadzić na przykład do stanów depresyjnych. Dobrze też jest mieć swoje wypracowane sposoby na wychodzenie z takich stanów, taki osobisty niezbędnik emocjonalny.

Ale czasami nie chcemy wyjść z takiego stanu.
Niekiedy to jest wygodne, ale też dajmy sobie trochę czasu na powrót do pionu. Możemy z jakichś względów potrzebować przeżywać negatywne emocje przez dłuższy czas, nie można przecież wyciągać kogoś na siłę z żałoby, musimy dać sobie przyzwolenie na przejście całego cyklu, pewnych faz, w których człowiek musi się odnaleźć. Często zanurzenie w negatywnych emocjach jest pewną ucieczką od życia – bo wtedy być może ktoś inny o mnie zadba, a ja już nie muszę, jestem usprawiedliwiona z tego, że się nie angażuję, że nic nie robię, że gorzej funkcjonuję, bo przecież mam problem. To są mechanizmy obronne, które w takich sytuacjach się uruchamiają. Gdyby to nie dawało jakichś korzyści osobom, które są w negatywnych stanach, to one by w nich nie pozostawały. Ważne jest, żeby dostrzec te korzyści i znaleźć sposób na dochodzenie do nich w bardziej pozytywny sposób.

Jedną z irytujących rad, gdy coś nam się nie udaje, jest zdanie: „Myśl pozytywnie!”. To płytki slogan, który kojarzy się z przyklejanym uśmiechem. Jak nie wpaść w pułapkę sztucznej szczęśliwości?
Tutaj cała atrakcyjność polega na tym, że tego typu postulaty nie wymagają od nas wysiłku. Bo pomyśleć pozytywnie jest bardzo łatwo. Tylko że jeżeli poprzestaniemy na samym myśleniu, a nie przejdziemy do działania, to mamy marne szanse, że ta myśl się ziści. Bo wtedy musielibyśmy mieć za każdym razem szczęście zewnętrzne, czyli tzw. łut szczęścia, odpowiednie okoliczności. Wstawanie więc codziennie rano z myślą „dzisiaj będzie dobrze” z jednej strony jest pozytywne, bo nie nastawiam się źle do dnia dzisiejszego, ale z drugiej strony może stanowić pułapkę, bo jeżeli będziemy oczekiwać, że samo to wystarczy, żeby wszystko nam się udawało, to po pierwszej napotkanej trudności nasze dobre samopoczucie legnie w gruzach.

Sama zmiana myślenia to dopiero pierwszy krok, ale potrzebny jest jeszcze wysiłek, działanie. O wiele ważniejsze niż myślenie pt. „dzisiaj na pewno będzie dobrze” albo „na pewno kiedyś będę milionerem”, jest myślenie: „każdy może zostać milionerem, zastanówmy się nad tym, jak to zrobić”. Nastawienie, że wszystko jest możliwe, jest o tyle lepsze, że motywuje, żeby poszukać ścieżki dojścia do celu. I później przełożyć to na działania. Szczęście wymaga wysiłku, wymaga pracy. A także takiego przekierowania myślenia, że to właśnie ja jestem kreatorem swojej rzeczywistości. Nie możemy tylko czekać na to, co przyniesie los. Pamiętajmy, że same pozytywne emocje szczęścia nie dadzą. Muszą im towarzyszyć celowe działania.

Agnieszka Czerw, psycholog pracy i organizacji. Od kilkunastu lat prowadzi też badania nad zagadnieniami funkcjonowania człowieka w pracy w kontekście psychologii pozytywnej. Popularyzatorka psychologii pozytywnej, autorka książki „Optymizm. Perspektywa psychologiczna”, 

  1. Psychologia

Piękno na co dzień

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, emanuje barwami i widokami, które mogłyby wprawić w błogi stan istnienia, gdybyśmy tylko pozwolili sobie na zatrzymanie zamiast ciągłego działania. Gdybyśmy zdecydowali się na bycie i odczuwanie tak po prostu, bez oceniania i kategoryzowania emocji, które blokują zmysły. Piękno podziwiamy, ale też tworzymy. I można się tego nauczyć.

W czasach, w których przyszło nam żyć, coraz częściej zadajemy sobie zasadnicze pytania o to, jak nasze życie ma wyglądać. Co jest ważne, a co nie? Na czym polega prawdziwe szczęście? Jak żyć w zgodzie z tym, co nas otacza? Jak sobie radzić z codziennością, by nie zaprzepaścić szansy na pełne życie i nie ulec pokusie szaleńczego pędu, do którego zachęca współczesny świat? Wszystkie te pytania pozwalają szerzej otworzyć umysł i zobaczyć to, co rzeczywiście dzieje się wokół nas. Pozwalają zdać sobie sprawę z tego, że piękne życie wymaga osobistego zaangażowania i odpowiedzialności. Warto tworzyć piękne rzeczy, ale warto je także podziwiać. I jedno, i drugie jest niezmiernie ważne.

W zachwycie

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, dreszcz… Ale też tysiące momentów, które czekają, abyśmy zwrócili na nie uwagę. Jednak zwykle jesteśmy ślepi, zabiegani, nieobecni, zagłębieni w świecie myśli. Żyjemy nawykowo i beznamiętnie, goniąc za kolejną chwilą, która ma przynieść więcej radości. Każdego dnia pokładamy nadzieje w przyszłości, nie zdając sobie sprawy, że prawdziwe piękno, do którego mamy dostęp cały czas, zawiera się w chwili obecnej.

Przypomnij sobie momenty, kiedy byłaś pełna energii, kiedy doświadczałaś w życiu harmonii, spokoju, pełnego relaksu lub radości, kiedy czułaś się wyjątkowo – w takich chwilach można dostrzec piękno w prawie każdej rzeczy, która nas otacza, czujemy się lekko, barwy wokół są żywsze, jasne, promienne, ludzie wydają się lepsi.

Jednak utrzymanie takiego stanu umysłu wymaga wewnętrznej pracy – zanim będziemy mogli osiągnąć tę wyjątkową otwartość zmysłów, musimy przebudzić się wewnętrznie, zmienić nawyk ciągłego działania w pełniejsze bycie.

Aby taką zdolność rozwinąć, należy znaleźć obiekt zachwytu i piękna w swoim otoczeniu. Zjednoczyć się z tym pięknem. Zobaczyć, że ono emanuje miłością. Poczuć miłość do tego obiektu, do świata, który nas otacza, do siebie. Jeśli nie masz takiego obiektu w pobliżu siebie, w zasięgu wzroku – przywołaj piękne wspomnienie i przyciągnij do siebie uczucie miłości, zachwytu. Napełniaj się nim, zwiększaj w sobie odczuwanie harmonii. W ten sposób budzi się nowa świadomość, twoje komórki zapamiętają to uczucie, a ono otwiera cię na nowe doznania, które nie mają granic, na nowe doświadczanie siebie i świata jako pięknego dzieła bez podziałów na piękno i brzydotę, na dobro i zło.

Ćwiczenie na dostrzeganie piękna

Proponuję zabawę w nicnierobienie. Chodzi o to, by naturalny stan bycia uruchomił proces budzenia się zmysłów. Niech wszystko wydarza się po prostu, nie manipuluj i nie steruj tym, co ci się przydarza. Nie rozmawiaj na ten temat z przyjaciółmi. Po prostu bądź. Pozwól sobie czuć, smakować, chłonąć chwilę. W momencie, kiedy zaczynasz o tym mówić, kiedy próbujesz analizować, wchodzisz do umysłu. Kiedy zaczynasz porównywać to z innym doświadczeniem albo zastanawiać się nad sensem – przestajesz czuć. Nicnierobienie jest bramą do pogłębionego odczuwania, do rozbudzenia wrażliwości wszystkich zmysłów.

Spróbuj chociaż przez pięć minut dziennie skupić się na teraźniejszości. Oddychaj świadomie, rozluźniając ciało oraz patrząc na otaczający świat z przestrzeni serca, bez oceniania. Zobaczysz wówczas mnóstwo niesamowitych rzeczy, szczegółów, sytuacji, których normalnie nie jesteś w stanie dostrzec. To właśnie jest niezwykłość wynikająca ze skupienia na chwili obecnej. Człowiek uważny dostrzega to, czego nie dostrzegają zabiegani ludzie, widzi wspaniałość życia, jego magię.

Kiedy rozwibrujesz zmysły dostatecznie mocno, powoli zniwelujesz podświadomy pęd za posiadaniem kolejnej nowszej, modniejszej, bardziej udoskonalonej rzeczy. Zaczniesz wreszcie odczuwać radość z powodu samego istnienia, bycia, a relacje z innymi ludźmi staną się celebracją chwili. Zablokowana energia zacznie płynąć, rozpuszczając napięcie w ciele, wprowadzi cię w doświadczanie piękna i harmonii, którymi jesteśmy my sami.

  1. Styl Życia

Jesienna chandra? Proste sposoby na poprawę kondycji psychicznej

Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
W porze depresji sezonowej warto pamiętać, że nasz naturalny stan to wcale nie szczęście, euforia i samozadowolenie. Raczej umiarkowany pesymizm i niepewność siebie. Dlatego aby cieszyć się życiem, trzeba popracować nad kondycją psychiczną. Najlepiej codziennie.

Nasz mózg jest jak radar, który wyłapuje zagrożenia. Tak twierdzi między innymi dr Rick Hanson, autor „Umysłu Buddy”. Czuły radar był nam (a raczej naszym przodkom) potrzebny przez całe wieki życia jaskiniowego. Im szybciej wychwytywał niebezpieczeństwo, tym skuteczniej nasi „prapra” mogli się przed nim bronić. Ci, którzy dożyli wieku dorosłego, to byli ci umiarkowani pesymiści – szukający dziury w całym, a raczej wypatrujący mamuta w krzakach, nasłuchujący grzmotów burzy czy tętentu wrogiego plemienia. Dzięki temu, że usłyszeli/zobaczyli/przewidzieli na czas niebezpieczeństwo, uniknęli zagrożenia, mieli więc czas dorosnąć, urodzić albo spłodzić dzieci i przekazać im swoje geny oraz wiedzę o tym, jak świat funkcjonuje. A wraz z tą wiedzą – lęk i czujność.

Optymizm i radość życia oczywiście też się opłacały, skłaniały do prokreacji, wzmacniały system immunologiczny, nie były jednak kluczowe dla przetrwania gatunku. Dlatego nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. Tylko to nie jest potrzebne w czasach, w których są piorunochrony, za to nie ma mamutów. Szare komórki jednak nie nadążają za ewolucją i jeśli chcemy je przechytrzyć, poczuć więcej radości z życia – musimy nad nimi trochę popracować. Znieczulić je na potencjalne zagrożenia i wyczulić na to, co piękne. Jak to zrobić? Sposobów, okazuje się, jest sporo.

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays był kilka lat temu jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

Praktyka uważności

Specjaliści od mindfulness, czyli uważności – a należą do nich Jon Kabat-Zinn (polecam jego książkę „Świadomą drogą przez depresję”) czy Thich Nhat Hanh (przeczytaj jego „Spokój umysłu”) – uważają, że zawsze, kiedy jesteśmy w pełni tu i teraz, jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej opcji. Nieszczęście jest zawsze w przeszłości (jeśli rozpamiętujemy nieprzyjemne wydarzenia i zadręczamy się wyrzutami sumienia) oraz w przyszłości (gdy wyobrażamy sobie mroczne scenariusze czy rzekome efekty naszych działań, które przecież nie muszą się zdarzyć). Za każdym razem, gdy sprowadzimy naszą uwagę do „tu i teraz”, mamy szanse ukoić lęk i poczuć się naprawdę dobrze. Nawet ból, cierpienie, rozczarowanie – kiedy je zauważymy, dostrzeżemy, przyjrzymy mu się z uwagą – w tej samej sekundzie, kiedy to zrobimy, zaczyna odchodzić. Medytacje mindfulness (choćby trzyminutowe skanowanie ciała) to jedna z terapii, którą Kabat-Zinn poleca przy depresji. Praktykowana regularnie pomaga uśmierzyć każdy ból duszy.

Sięgnij po wspomagacze

Kiedy już zrobisz postanowienie, że będziesz szczęśliwsza i rozpoczniesz trening, możesz wspomóc się pozytywnymi dopalaczami. Są nimi: światło, zdrowa dieta i ruch. Te trzy elementy wymieniają chyba wszyscy eksperci od zarządzania chandrą. Odpowiednia dawka światła (dla źrenic) i generowanej przez słońce witaminy D3 (dla skóry) działa antystresowo. – Według statystyk większą zachorowalność na depresję zanotowano jesienią i zimą – potwierdza Dorota Gromnicka, autorka książki „Depresja. Jak pomóc sobie i bliskim”. – Przyczyny SAD, depresji sezonowej (seasonal affective disorder) kojarzone są z funkcjonowaniem układu hormonalnego, na który ujemnie oddziałuje zmniejszona ilość światła. Kiedy ono dociera do oka, przetwarzane jest na impuls nerwowy, który, przekazywany do mózgu, stymuluje wydzielanie hormonów.

Także tych odpowiedzialnych za poczucie szczęścia: serotoninę, noradrenalinę i dopaminę. Dlatego jak najwięcej czasu spędzaj na dworze, gdy jeszcze jest jasno. A po zmroku – koniecznie zapalaj światło. Skandynawowie odkryli, że nawet sztuczne oświetlenie pomaga w eliminowaniu objawów SAD. Podobnie jak odpowiednia, czyli racjonalna i bogata w składniki odżywcze, dieta. Bogata w kwasy omega-3, białka i węglowodany złożone. Zapewnia nie tylko zdrowie (jego brak może być przyczyną potężnego stresu), ale też stabilny poziom cukru we krwi (chroniąc przed huśtawkami poziomu energii i nastroju) oraz białka (na pewno słyszałaś o szklance mleka na dobranoc – zawarty w nim tryptofan przynosi ukojenie skołatanym nerwom).

Trzeci element to ruch. Wiele badań wskazuje na to, że działa również antydepresyjnie. Tak zwana euforia biegacza pojawia się mniej więcej po pół godzinie intensywnego wysiłku. To z kolei przyjemny prezent, który przekazali nam przodkowie: nasz organizm produkuje potężną dawkę endorfin właśnie po 20–30 minutach, byśmy mogli biec dalej, uciekać przed mamutem. Skorzystaj z tego, nawet gdy nie musisz uciekać.

Doktor Amen, specjalista od mózgu i autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”, podkreśla jeszcze, że warto zrobić badania tarczycy i wziąć pod kontrolę hormony, tak żeby Hashimoto, PMS czy menopauza nie decydowały o naszym poczuciu szczęścia. Potwierdza to też Dorota Gromnicka: – Nadczynność tarczycy przyczynia się do zmienności nastrojów, braku koncentracji, bezsenności, rozdrażnienia – pisze. – Niedoczynność tego gruczołu objawia się między innymi zmęczeniem i przygnębieniem.

Jeśli cierpiałaś na którąś z tych chorób albo choć raz doświadczyłaś dotkliwego PMS – potraktuj to jako dodatkowy argument, by zrobić badania. Zaopatrzona w wyniki i wiedzę, jak działa mózg, możesz świadomie wyruszyć na poszukiwanie radości życia. I uniknąć w tym roku zimowej chandry, a także uodpornić się na rodzinne dyskusje przy świątecznym stole.