Filmy, które leczą

Getty Images / Flash Press Media

Dopiero od niedawna kino na serio wykorzystywane jest w psychoterapii. Pomaga dotrzeć do ukrytych emocji, inspiruje do zmian, daje nadzieję, rozwija samoświadomość, pozwala z dystansu spojrzeć na nasze problemy

Pamiętacie „Co się wydarzyło w Madison County”? Fotograf „National Geographic” (Clint Eastwood) robi reportaż na amerykańskiej prowincji, gdzie poznaje zwyczajną gospodynię domową. Między dwójką dojrzałych ludzi wybucha nagła namiętność. Bohater Clinta Eastwooda cierpliwie słucha, przynosi piwo, pieli ogródek, a do kolacji zapala świece. Dostrzega we Francesce (Meryl Streep) wrażliwą, pełną pasji kobietę. Tymczasem jej własny mąż patrzy na nią wyłącznie przez pryzmat ról, jakie odgrywa w rodzinie: dobrej żony, matki, perfekcyjnej gospodyni domowej.

Nie łudźmy się, w życiu zdecydowanie więcej jest takich mężów niż takich kochanków. Co nie znaczy, że pozostaje nam tylko z westchnieniem odłożyć film Eastwooda na półkę. Amerykańscy psycholodzy praktykujący cinematherapy (filmoterapię) chętnie wykorzystują go w terapii małżeństw. Wspólny seans i późniejsza rozmowa z lekarzem pomagają otwierać mężczyzn na potrzeby kobiet.

Oczywiście oglądanie nawet dziesiątków filmów nie zastąpi klasycznych form terapii i nie o to w tym wszystkim chodzi. Filmoterapia jest techniką pomocniczą, która rozwinęła się równocześnie z rozpowszechnieniem się wideo i której kolebką – jak się łatwo domyślić – są Stany Zjednoczone. – Filmy pomagają odnaleźć wzorce, nadzieję, inspirację, podsuwają nowe rozwiązania starych problemów – przekonuje psycholog John Hesley, który wraz z żoną Jan napisał książkę „Rent Two Films And Let’s Talk in the Morning”.

Są skuteczne w terapii, bo działają przede wszystkim poprzez emocje, a nie intelekt. Podobnie jak sny umożliwiają dotarcie do nieuświadomionych pragnień, potrzeb i wydobycie ich na światło dzienne. Często zdarza się, że ludzie, którzy w życiu nie uronili ani jednej łzy, nawet w sytuacjach naprawdę dramatycznych, płaczą na filmach. Rozmowa na tematy trudne dla pacjenta bywa łatwiejsza, gdy na początek dyskusja dotyczy fikcyjnej ekranowej postaci przeżywającej podobne emocje.

Repertuar na każdy problem

Twórca metody, amerykański profesor Gary Solomon, przekonuje, że film, by mógł zadziałać terapeutycznie, powinien odzwierciedlać naszą obecną sytuację i dotyczyć problemów, z którymi się borykamy. Jego zdaniem „Uwierz w ducha” z Demi Moore i Patrickiem Swayzem, w którym mężczyzna zza grobu wspiera ukochaną, może otworzyć pacjenta na przyjęcie pomocy. Z kolei „Pole marzeń”, którego bohater (Kevin Kostner) decyduje się spełnić szalone marzenie, uczy, jak zaufać własnej intuicji i słuchać wewnętrznego głosu.

Inna znana amerykańska filmoterapeutka Birgit Woltz uważa, że nie zawsze kino musi korespondować z naszą sytuacją. Czasem, gdy jesteśmy skupieni na przytłaczających nas problemach, lepiej włączyć dobrą komedię, by złapać dystans i spojrzeć na sprawy, z którymi się mierzymy, w nowy, świeży sposób. Jej zdaniem pacjenci mający zablokowane emocje nie muszą szukać na ekranie swojego lustrzanego odbicia. Czasem wystarczy film, który po prostu pobudzi ich do płaczu, uwalniając w ten sposób głęboko ukryty smutek, gniew czy żal.

Tak jak nie istnieje jeden sposób na wykorzystanie filmów w terapii, tak samo nie istnieje gotowa lista filmów użytecznych w konkretnych sytuacjach czy chorobach. Właściwie każdy terapeuta dobiera je według własnego klucza, choć są tytuły, które się powtarzają.

Na przykład Birgit Woltz poleca chorym na schizofrenię i ich rodzinom głośny „Piękny umysł”, opartą na faktach historię genialnego matematyka – chorego na schizofrenię, który otrzymał Nagrodę Nobla. – Wbrew pozorom to nie jest film terapeutyczny – uważa Anna Jędryczka-Hamera, psycholog i polska pionierka filmoterapii. Według niej „Piękny umysł” może przynieść więcej frustracji niż prawdziwej pomocy. – Rodziny chorych przychodzą do mnie i pytają: „No dobrze, schizofrenika już mamy, a kiedy będzie Nobel?”. Tymczasem żeby wyjść z choroby psychicznej, trzeba pracować. Wśród chorych na schizofrenię zaledwie promil osiąga taki sukces jak bohater „Pięknego umysłu”, reszta może liczyć najwyżej na posadę sprzątaczki czy portiera. Ale Anna Jędryczka-Hamera ma swoje antidotum na film Rona Howarda. To „Dowód”, w którym Gwyneth Paltrow gra córkę matematyka – schizofrenika. Zamiast rozbudzać fałszywe nadzieje, „Dowód” pokazuje, czym jest życie z osobą chorą, mówi o kosztach, jakie ponoszą bliscy, o lęku przed dziedziczeniem schizofrenii.

– Kino wzmacnia pacjentów, daje im wiedzę – przekonuje psycholog. – Pomaga też rodzinie, która jest najczęściej pozostawiona sama sobie. Niestety, w Polsce wciąż nie dba się o psychoedukację. Najważniejsze jest to, by w początkowej fazie terapii filmem pacjent oglądał filmy w obecności terapeuty, a potem by o tym rozmawiali.

Niestety, czasem filmy mogą nawet szkodzić, nie każda produkcja ma terapeutyczne działanie. Wśród tytułów, których terapeutka nie chce pokazywać, jest wojenna „Cienka czerwona linia” Terrence’a Malicka. Kino wojenne, szczególnie filmy z pesymistycznym zakończeniem, negatywnie oddziałuje na ludzi. Jeżeli ktoś jest w stanie kryzysu psychicznego, po projekcji będzie mu jeszcze trudniej. Drugim tytułem jest „Pasja” Mela Gibsona. – Reżyser z premedytacją miesza dwa porządki: realny i symboliczny. Używa całego arsenału działających na podświadomość technik filmowych, między innymi zwolnień i zbliżeń. U osób chorych „Pasja” może wzmocnić psychozy – uważa Anna Jędryczka-Hamera. – Szczególnie że bardzo często ludzie psychicznie chorzy mają psychozy właśnie na tle religijnym.

 

Według filmoterapeutki dużo użyteczniejszy od Bergmana i von Triera razem wziętych będzie więc Tarantino. Weźmy choćby ostatni jego film: „Grindhouse vol. 1: Death Proof”. Film składa się z dwóch części. W pierwszej bohaterki giną zmiecione z drogi przez psychopatę, w drugiej tenże psychopata dostaje porządny łomot od grupki innych kobiet. Na pierwszy rzut oka to czysta rozrywka, typowa zwariowana tarantinowska makabreska. Anna Jędryczka-Hamera dopatruje się w niej jednak konstruktywnego przesłania: bohaterki pierwszej części giną, bo są plastikowymi lalkami, bezwolnymi zabawkami w rękach faceta. Kobiety w drugiej części wygrywają, bo wiedzą, po co są na świecie. Pracują, są niezależne, silne.

– Czasem emocje są tak silne, że widzowie w trakcie seansu denerwują się, zaczynają rozmawiać o abstrakcyjnych tematach, wychodzą na papierosa – opowiada o swoich doświadczeniach ze stowarzyszenia DOLSAR Art Anna Jędryczka-Hamera. Na cotygodniowe spotkania filmowe przychodzą ludzie po kryzysach psychicznych, specjaliści z ochrony zdrowia, chorzy, którzy są obecnie w lepszym stanie, ich rodziny.

Atmosfera studyjnego kina

Aby film spełnił terapeutyczną funkcję, ważne jest nie tylko co, ale też jak się ogląda. A to wbrew pozorom trudna sztuka. – Dziś ludzie nie umieją oglądać filmów – stwierdza Anna Jędryczka-Hamera. – Nie są w stanie obejrzeć niczego w całości, wytrzymać od początku do napisów końcowych. Poszatkowanie reklamami filmów emitowanych w telewizji też nie pomaga w skupieniu, usprawiedliwia szybką i bezrefleksyjną ocenę filmu. Zniechęca i degraduje film jako sztukę. Tymczasem seans terapeutyczny wymaga właśnie skupienia.

Terapeutka Birgit Woltz, autorka publikacji „The Cinema Therapy Workbook: A Self-Help Guide to Using Movies for Healing and Growth”, radzi:

1. Powinniśmy się zrelaksować, usiąść wygodnie, skupić się na oddechu.

2. W czasie seansu nie analizujemy – to będzie przedmiotem rozmowy z terapeutą – lecz obserwujemy swoje emocje.

3. W trakcie oglądania notujemy: z którym bohaterem się identyfikujemy, kto wzbudza w nas zdecydowanie negatywne uczucia, który wątek przykuwa naszą uwagę, których scen nie byliśmy w stanie znieść, które zachowania bohaterów nam odpowiadają.

4. Obserwujemy, jak działają na nas dźwięki i obrazy, czy w trakcie seansu zaczęliśmy szybciej oddychać. Jeśli tak, to w których momentach.

Reakcje i obserwacje będą później przedmiotem dyskusji z terapeutą. Bo też wszyscy filmoterapeuci zgodnie podkreślają, że najważniejsza jest rozmowa. Owszem, dzięki filmom zyskujemy narzędzia, żeby widzieć siebie i świat bardziej obiektywnie, bez osądzania i zbędnych emocji. Możemy nawet przyspieszyć proces terapeutyczny – ale na pewno nie zastąpi go najlepszy nawet film. Kino pomaga przekroczyć podstawowe bariery, uchylić drzwi do trzymanych w zamknięciu emocji. Jest wstępem do właściwej terapeutycznej pracy. Bo jeśli nawet podsuwa nam gotowe rozwiązania, scenariusz własnego życia musimy napisać sobie sami.   

Anna Jędryczka-Hamera związana z amatorskim ruchem filmowym. Jest psychologiem klinicznym, prowadzi filmoterapię w Dolnośląskim Stowarzyszeniu Aktywnej Rehabilitacji „Art” we Wrocławiu, wykorzystuje ją w prywatnej praktyce psychologicznej, posługiwała się filmem również podczas pracy w szpitalu psychiatrycznym we Wrocławiu

Autorka jest dziennikarką tygodnika „Przekrój”

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »