fbpx

Malowanie duszą

123RF.com

Vedic art pobudza kreatywność i pasję życia. Kierując się 17 zasadami, wymalujesz wszystko, co ci w duszy gra.

Veda znaczy wiedza, a vedic art to sztuka przebudzenia i spotkania z samym sobą w świecie niczym nieograniczonej ekspresji twórczej.

To swoista mapa nawigacyjna, wewnętrzny kompas, który pozwala odnaleźć drogę do szczęścia. – Nauczyciel jest przewodnikiem – mówi Maria Fundament, która półtora roku temu odkryła vedic art, a od sześciu miesięcy prowadzi takie zajęcia dla innych. – Każdy pracuje sam ze sobą i robi tyle, na ile w danym momencie jest gotowy.

Ja stwarzam tylko bezpieczną przestrzeń, w której człowiek może się otworzyć przed samym sobą, uzmysłowić sobie, czego tak naprawdę pragnie, i zrobić kolejny krok w tę stronę.

Pierwsza zasada vedic art to linia – siadamy przed białą kartką papieru i malujemy linie, by połączyć świadomość z podświadomością. Drugą jest forma – rysujemy ołówkiem obrazki do góry nogami, by nie odwzorowywać dokładnie rzeczywistości. Potem odwracamy rysunek i dorysowujemy to, czego naszym zdaniem na nim brakuje. Następnie zaczynamy bawić się kolorem – w stworzonej formie lub na nowej kartce. Malujemy kredkami, akwarelami lub akrylami. Tak wygląda pierwszy dzień zajęć.

Następny rozpoczyna się od czwartej zasady – struktury: zastanawiamy się, jak odczuwamy nasze ciało. Piąta to rytm – poszukujemy indywidualnego rytmu życia, działania. Kolejna – pozycja: staramy się odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jesteśmy we właściwym miejscu. Ósma – forma: malujemy trzy obrazki różnej wielkości, by poczuć wyjście z ram, również życiowych. I proporcje – oglądamy prace mistrzów. Pierwsze dwa dni zamyka dziewiąta zasada – skala. Patrzymy przez dziurkę w kartce na wszystko, co namalowaliśmy, i zmieniamy to, co nam się nie podoba.

Po przerwie, średnio 3-tygodniowej, przystępujemy do drugiego etapu, z obrazami, które wcześniej stworzyliśmy. Najpierw – według dziesiątej zasady – poszukujemy w nich równowagi. Następnie symetrii i światła – malujemy przechodzenie z ciemności w jasność i odwrotnie. Później określamy przestrzeń życiową, którą po zajęciach będziemy odnajdywać w domu i pracy. Zasadę ruchu wyrażamy, malując coś z intencją dla kogoś, po to, by obraz „wyszedł na zewnątrz”, by odzwierciedlał jakiś ruch. Potem jest czas na przeanalizowanie swoich prac i naniesienie zmian wedle uznania – można coś domalować lub wymazać. Vedic art kończy siedemnasta zasada – czasoprzestrzeń. To ona pozwala nam kontaktować się ze wszechświatem i czerpać z niego wszystko, czego pragniemy. I tak, małymi krokami, dochodzimy do źródła.

Jestem dla siebie

– W czasie podróży na Sycylię, gdzie miałam odwiedzić moją córkę i zięcia, czytałam sobie „Nieznany świat” i natrafiłam na artykuł o vedic art. Od razu wiedziałam, że chcę to robić – opowiada Maria. – Skończyłam elektromechanikę i całe życie zajmowałam się informatyką, ale zawsze marzyłam o tym, by malować. Zaraz po przyjeździe znalazłam w internecie warsztaty i zapisałam się na nie.

 Miesiąc później uczęszczała już na zajęcia do Jacka Poteralskiego w Warszawie. – Zasady vedic art uruchamiały dawne przeżycia i pomagały mi je transformować – wspomina. – Zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno jestem w dobrym miejscu. Prowadziłam wówczas sieć pensjonatów. Poczułam, że nie to chcę robić. Po dwóch weekendowych spotkaniach pojechaliśmy na zajęcia w plenerze. Tam zrozumiałam, że chcę malować i dzielić się tym z innymi. Przeżyłam to tak silnie, że przez cały dzień miałam zawroty głowy i mdłości. Ale potem poczułam się lekka, swobodna i szczęśliwa. Otworzyłam się na moje dziecinne marzenia. Malowanie rozbudziło we mnie kreatywność.

 

Kurs nauczycielski był dla Marii okazją do kolejnej transformacji 17 zasad, tym razem z Kuertem Callmanem, Szwedem, pierwszym europejskim nauczycielem wiedzy wedyjskiej. Kurs rozpoczęła w lutym, w czerwcu porzuciła dotychczasową pracę, a w lipcu sama już uczyła zasad vedic art.

– Uświadomiłam sobie, że przez całe życie byłam dla kogoś, nigdy dla siebie. Najpierw dla mojego rodzeństwa, później dla męża, córki i w końcu dla mojej chorej mamy. Postanowiłam, że muszę wreszcie zrobić coś dla siebie. Znalazłam mieszkanie, kupiłam samochód i stałam się wolnym człowiekiem. Poczułam, że wreszcie robię to, co naprawdę chcę. Że jest tak, jak być powinno.

Wkroczyła na drogę, na której znalazły się i kurs metody Silwy, i szkoła feng shui. Pogłębiała wiedzę, odkrywała nowe zainteresowania, rozwijała się, ale to dzięki vedic art odnalazła samą siebie, swoje miejsce i pasje.

– Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem. Niezwykłą radość czerpię też, widząc, jak inni się zmieniają, jak wychodzą zza murów swoich przekonań i otwierają się na nowe. To bardzo trudne, ale możliwe. Ci, którzy ukończyli kurs, piszą do mnie, dziękując, że pomogłam im odnaleźć właściwy kierunek. Bo vedic art to drogowskaz. Ale decyzję, czy pójść za jego wskazaniem, każdy musi podjąć w swoim sercu.

Mogę tworzyć

– Bardzo silnie odczuwam istnienie poprzez kolor – mówi Magda. – Dlatego ośrodek, który stworzyłam dla różnych działań rozwojowych, nazwałam „Kolory życia”.

Nadal jednak była na etapie poszukiwań swojej drogi. O vedic art przeczytała w internecie. Poczuła, że to coś dla niej. Poszła na pierwsze zajęcia przekonana, że na pewno będą przyjemne. Były trudne. – Okazało się, że mimo ogólnego otwarcia mam ograniczenia i dużo schematów w głowie – opowiada Magda. – Przyniosłam własne farby, malowałam, co chciałam, i przyglądałam się sobie. Nikt do mnie nic nie mówił, a ja cały czas się oceniałam i beształam: „co to za kolor, co za rysunek?!”. Zaczęliśmy malować na trzech różnej wielkości blejtramach. Z najmniejszym nie miałam problemu, ale pośredni okazał się dla mnie nie do przejścia, ciągle miałam poczucie, że nie jest doskonały. Wtedy podeszła do mnie nauczycielka i zaproponowała, bym przeszła do największego. Zrobiłam cztery ruchy i namalowałam obraz, z którego byłam zadowolona. Przy dużej formie czułam się swobodnie, perfekcja mnie nie ograniczała. Najtrudniejszy okazał się jednak koniec zajęć: patrzyłam na wszystkie prace i wydawało mi się, że inne są lepsze. Dopiero w domu, gdy fotografowałam swoje obrazy, spojrzałam na nie inaczej. Postanowiłam powiesić je na ścianie w pokoju gościnnym. Mąż i syn powiedzieli, że im się bardzo podobają. To wzmocniło moją akceptację.

Drugą część kursu ukończyła po dwumiesięcznej przerwie. – Przez ten czas prace rezonowały we mnie. Miałam świadomość, że stworzyłam coś, co wypływa z mojej głębi. Że odkrywam swoją intuicję, za którą powinnam w życiu podążać, zamiast oceniać i porównywać.

 

Obrazy, jakie namalowała podczas drugiego spotkania z vedic art, były zupełnie inne. Intensywną czerwień i turkus zastąpiły beż i biel. Wszystkie miały też swoje centrum. – Zobaczyłam to dopiero na gotowym płótnie. Jakbym zauważyła moje wewnętrzne dziecko, które przestało krzyczeć – wyznaje Magda. – Poszukując równowagi, przemalowałam połowę obrazów i nagle poczułam, że znalazłam swoją ścieżkę. Zaczęłam łączyć malarstwo z kolażem. Na przykład obraz „Przestrzeń” stworzyłam w turkusie, na środku nakleiłam wycięte słowo „możliwości”, a pod nim zdjęcie kota, który chodzi własnymi drogami.

Przerabiając kolejne zasady, uczestnicy podążają za pojęciami i patrzą, dokąd ich zaprowadzą. Mają czas, by je wydobyć i przetworzyć. – Kiedy oglądałam swoje prace, czułam, że mam na nie wewnętrzną zgodę. Zaczęłam je podpisywać. Ale jednego obrazu nie mogłam zaakceptować. Kolory, format… wszystko było nie takie. Najpierw go przemalowałam, potem cały zamalowałam na biało, w końcu zdarłam farbę aż do płótna. Zniszczyłam ten obraz. Ale dzięki temu przekonałam się, że mogę zmieniać, że nic mnie w tym nie ogranicza. Naprawdę mogłam tworzyć! – mówi Magda.

Namaluję po swojemu

Ewa przeczytała gdzieś o malowaniu duszą i bardzo ją to zainteresowało. Rok później, w programie na temat poczucia własnej wartości, na pytanie, co by chciała robić, odpowiedziała: malować. Kiedy więc zadzwoniła do niej Magda z informacją, że znalazła nauczycielkę vedic art, i poprosiła ją o pomoc w organizowaniu warsztatów – nie zastanawiała się długo. Nie tylko pomogła, ale i sama wzięła udział w tych zajęciach.

– Bawiłam się kolorami jak dziecko – opowiada Ewa. – Ale gdy popatrzyłam na wszystkie namalowane przez siebie obrazy, doszłam do wniosku, że podobają mi się tylko dwa: złote pióro na pomarańczowym tle oraz anioł. Pozostałe zawinęłam w szary papier i upchnęłam za szafę. Potem budziłam się w nocy z myślami: „O co chodzi? Dlaczego było inaczej niż się spodziewałam?”. I w końcu zrozumiałam – to było malowanie głową, nie duszą.

Tuż przed sześćdziesiątką Ewa porzuciła zawód pedagoga, ukończyła dwuletnią szkołę ustawień hellingerowskich, „teraz ćwiczy rebirthing. Myślała, że jest w dobrym kontakcie ze sobą. Na kursie vedic art przekonała się jednak, że to nieprawda. – Moje obrazy były kolorowe i bajkowe, ale bardzo odtwórcze, jak powielone wzory z książek dla dzieci – wyznaje. – Gdy tylko coś mi nie wychodziło, krytykowałam siebie i nie pozwalałam sobie robić niczego tak jak chcę. Wierzę, że następnym razem będę potrafiła malować duszą. Te zajęcia mocno mnie poruszyły i to trwa. Wciąż docierają do mnie nowe informacje na ten temat tego, co się w czasie tego malowania wydarzyło.

Porzuciła dotychczasową pracę jako nauczycielka. Już wie, że chce wspierać ludzi w odkrywaniu ich twórczego potencjału i prawdziwych zasobów, które głęboko w nich drzemią. Na razie przygotowuje sobie zestaw różnych narzędzi – ustawienia, oddychanie, taniec, masaż… 

– Może kiedyś stworzę wypadkową tego wszystkiego – mówi z nadzieją w głosie. – Chciałabym żyć i malować wnętrzem, a nie tylko rozumem. Wiem, że nadejdzie jeszcze mój czas na realizację drugiej części kursu, i wierzę, że kiedyś będę malować jak Maria – naprawdę po swojemu.

Vedic art pomaga:

  • Przyjrzeć się sobie
  • Zobaczyć, gdzie jestem
  • Zastanowić się, czy chcę być właśnie tutaj
  • Odnaleźć swoją drogę
  • Rozbudzić w sobie kreatywność
  • Znaleźć odwagę na zmianę
  • Odkryć twórcze podejście do życia

Warsztaty vedic art odbywają się w wielu miastach Polski, m.in. we Wrocławiu w Ośrodku Twórczego Rozwoju „Kolory życia“.