Stoicy kontra złość: jak powstrzymać gniew

123rf.com

Głęboki oddech, wizualizacje, uśmiech (uruchamia pozytywne emocje) – wiesz już, jak się uspokoić. I że lepiej złość wyrażać, niż ją tłumić. Teraz poznaj techniki dawnych filozofów, opracowane, by jej nie odczuwać.
Jak tu nie wkurzać się, gdy samochód nie chce zapalić, a ty spieszysz się do pracy? Jak nie zionąć ogniem, gdy partner kolejny dzień zapomina (pewnie by zrobić ci na złość) zapłacić rachunki? Jak pozostać spokojną , gdy komputer zawiesza się w trakcie pisania ważnego raportu? Stoicy nie mieliby z tym problemów, i to wcale nie dlatego, że w ich czasach nie było komputerów! Święci jacyś…

– Nic bardziej mylnego – mówi Marcin Fabjański, doktor filozofii, fan „Rozmyślań” Marka Aureliusza, autor książki „Stoicyzm uliczny”. – Stoicy to byli zupełnie normalni faceci, powiedziałbym nawet, że charakteryzował ich brak napuszenia. W przeciwieństwie do psychologów tradycji psychoanalitycznej Freuda, którzy byli dosyć arogancko przekonani, że odkryli już wszystko o ludzkiej psychice. Stoicy mówili: „Nie wiemy nawet, czy ktoś taki jak stoik istnieje w przyrodzie. Próbujemy zbliżyć się do tego ideału, mamy swoje środki i techniki, ale dopuszczamy też możliwość, że jest to niemożliwe”.

Jaki jest ten ideał? Stan, w którym ani dobre, ani złe zdarzenia nie wytrącają z równowagi. Nie chodzi tu o obojętność, tylko o uzmysłowienie sobie, że to od nas zależy ich interpretacja.

– Nam wydaje się, że złość jest częścią ludzkiej natury. Stoicy nazwaliby ją raczej chorobą duszy. Fazą, poruszeniem, zmarszczką na naszym umyśle, spowodowaną pewnymi wydarzeniami – mówi Marcin Fabjański. – Sądzę, że ludzie nie zdają sobie sprawy ze szkód, jakie powoduje w ich życiu złość i agresja. Nie dostrzegają, że prowadzi to do całkowitego odwrócenia właściwej perspektywy postrzegania rzeczywistości: to, na co nie mamy wpływu, jak deszcz czy korek, nas wkurza, natomiast to, na co mamy wpływ, jak własne stany emocjonalne, uważamy za coś tak naturalnego jak deszcz.

Wyleczyć chorobę

Według stoików nie musimy akceptować wszystkich uczuć, uznawać za normalne i naturalne. Ich zdaniem mamy wybór. Także w kwestii złości. Możemy jej ulegać za każdym razem, kiedy nas ogarnia, albo nauczyć się technik, które ją opanowują. Stoicy znali ich przynajmniej kilka.

– Jedna z metod to nie traktować się zbyt poważnie. Podchodzić do siebie z poczuciem humoru. Nie postrzegać się jako głównego aktora, wokół którego kręci się świat, ale raczej jako cząstkę większej całości, element pewnego procesu. Kiedy spojrzymy na siebie w ten sposób, odbierze nam to sporo neurozy – mówi Marcin Fabjański.

Gdy zdejmiemy siebie sami z piedestału, nie będziemy tak szybko się obrażać czy denerwować, brać wszystkiego do siebie, czuć się skrzywdzonymi czyimiś słowami czy złościć się z tak absurdalnego powodu jak zła pogoda czy korek na drodze.

– Pewne mądre, stare powiedzenie głosi: „Błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z samych siebie, albowiem nigdy nie zabraknie im rozrywki” – dodaje autor „Stoicyzmu ulicznego”.

Kolejna strategia to praca z wymogami. – Ja pracuję z nimi metodą Mind-Body Bridging, którą postrzegam jako głęboko stoicką – kontynuuje Marcin Fabjański. – Polega to m.in. na wyłączaniu pewnego mechanizmu, który stale działa w naszym umyśle, a który polega mniej więcej na takim założeniu: „Rzeczywistość powinna wyglądać tak i tak, ja powinienem być taki i taki, ludzie powinni zachowywać się tak i tak”. Podobne myślenie jest oczywiście totalnym absurdem. Świat jest bowiem, jaki jest i wymaganie od niego, żeby był inny, jest prostą drogą do cierpienia. To cierpienie nazywa się w MBB „poczuciem uszkodzenia”.

Trzeci sposób, chyba najtrudniejszy, to praca z głębokimi przekonaniami. Takimi jak to, w którego konsekwencji, gdy stoimy w korku, pojawia się w naszej głowie myśl: „Dlaczego znowu ja?! Dlaczego zawsze mi zdarzają się takie rzeczy”.

– Stoicy powiedzieliby: „Spójrz na ten korek z góry, zobacz, że jesteś jedną małą kropelką w strumieniu aut. Dlaczego uważasz, że ta cała rzeka została stworzona przeciwko tobie?” – mówi Marcin Fabjański. – To jest być może najgłębsza z metod i najtrudniejsza, bo my, ludzie cywilizacji Zachodu, mamy tendencję do zamrażania rzeczywistości wokół nas do konkretnych przedmiotów. A to pierwszy krok do wkurzania się. Taka psia kupa na chodniku – nie chcemy jej oglądać, chcemy, by zniknęła. Kiedy, tak jak ludzie cywilizacji Wschodu, spojrzymy na życie jako na proces, ten problem przestanie istnieć.

Terapeutyczna moc pisania

Co prawda medytacje, techniki relaksacyjne i praktyki Mindfullness pomagają w stanach wzburzenia i powodują, że nie osiągają one rozmiarów, przy których przestajemy mieć kontrolę nad swoim zachowaniem, ale, jak podkreśla Marcin Fabjański, w kwestii złości kluczowa jest prewencja.

– Po to stoicy robią rano notatki, po to podsumowują dzień o zachodzie słońca, by nie przeżyć go mechanicznie, jako niewolnik swoich nawyków czy wdruków kulturowych. Żeby codzienne mieć czas na zastanowienie się nad tym, co było dobre, a co było złe – mówi.

Pisanie pozwala też opanowywać emocje na bieżąco. Kiedy się złościmy czy przeżywamy inne równie intensywne stany emocjonalne, chwyćmy za długopis i to opiszmy. Po pierwsze, w ten sposób je z siebie wyrzucimy, po drugie, odciągniemy od nich myśli, po trzecie, dowiemy się czegoś o swoim wnętrzu. Często obraz, jaki powstaje po przeanalizowaniu robionych „na gorąco” notatek, daje dystans do tego, co nas spotyka.

– Ale w pisaniu jest też coś głębszego, co nie wymaga żadnej analizy – przekonuje Marcin Fabjański. – Zapisując coś, symbolicznie zaklinamy to w rzeczywistości i automatycznie przestaje nas to dręczyć. Taka jest terapeutyczna moc pisania, wielokrotnie zresztą zbadana i potwierdzona. Co ciekawe, jeśli mówimy o jakimś dręczącym uczuciu, to nie daje to nam oczekiwanej ulgi, ale jeżeli mówimy i to się nagrywa, to ulga przychodzi. Czyli musimy mieć poczucie, że fizycznie to „coś” z nas wyszło i zostało zaklęte na zewnątrz, stąd przestało być już dla nas groźne.

Codzienny nawyk robienia notatek nie tylko pozwoli ci poznać i okiełznać emocje, ale też wykształci charakter, nie tylko pisma. A w połączeniu ze stosowaniem trzech metod stoickich po jakimś czasie, kto wie, może doprowadzi cię do napisania poczytnej, uwspółcześnionej wersji „Poskromienia złośnicy”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »