fbpx

Nasz rozwój: projekt kreatywny „Ja”

Nasz rozwój: projekt kreatywny "Ja"
123rf.com

Jeśli mielibyśmy wskazać jedno słowo, które najpełniej opisuje nasz świat, byłoby to niewątpliwie słowo „zmiana”. Rok w życiu telefonów, modnych butów, ulubionych kawiarni, ale też coraz częściej związków, rodzin, miejsc zamieszkania czy pracy – to dziś epoka. W cenie jest elastyczność, otwartość, kreatywność. Nadszedł czas twórców.
Zastanawiam się, co to właściwie jest kreatywność. Gdy zaczynałam pracę w agencji reklamowej, zostałam „kreatywnym”. Wtedy to określenie mnie rozśmieszało. Dziś kreatywne ma być wszystko. Nawet w biznesie – dziedzinie racjonalnej.

Najwyraźniej ktoś zrobił badania, z których wynika, że kreatywność się opłaca. Rzeczywiście, dziś w biznesie pracuję głównie z trzema obszarami: kreatywnością, innowacyjnością i zmianą. W zasadzie jest to ten sam obszar. Bo kreatywność leży u podłoża innowacyjności oraz pomaga radzić sobie ze zmianami.

Mam wrażenie, że dzisiejszy świat jest jedną wielką zmianą. I musimy sobie z tym jakoś radzić. Z nowymi technologiami, sposobami życia, bycia w relacji…

Sposobami komunikowania się, formami zatrudnienia, relaksu, zarabiania pieniędzy, tworzenia więzów. Wszystko się jakby rozluźnia, mamy więcej możliwości, świat zrobił się różnorodny i nagle – bardzo dostępny. A jednocześnie coraz mniej przewidywalny, bezpieczny i do ogarnięcia.
To może onieśmielać, budzić lęk. Dlatego coraz bardziej liczy się elastyczny, otwarty umysł, zdolny do szybkiego kojarzenia, wymyślania nietypowych rozwiązań, połączeń. Świat w dużo większym stopniu niż kiedyś wymaga od nas aktywności. Nie czekam, aż mnie znajdzie praca, tylko sama ją sobie organizuję. Wykreuję dla siebie rynek, stworzę konsumencką potrzebę… To rodzaj twórczości.

To, że współtworzymy swój świat, podkreślają też różne szkoły duchowe. Podoba mi się ta koncepcja, choć jest wymagająca.

Bo u jej podstaw leży działanie i wzięcie odpowiedzialności za to, jak żyjemy, czyli współtworzymy. To trudne, budzi opór. Łatwiej tkwić w poczuciu, że nie mamy na nic wpływu, że „jest tak” albo „nie da się”. Jednak jako coach widzę, że ludzie próbują coraz częściej to zmieniać. Nie tylko narzekają, ale też szukają sposobów, by radzić sobie z tym, co im się nie podoba, głównie z naporem pracy i ciągle rosnącymi wymaganiami. Często wiąże się to z wychodzeniem ze schematu ofiara – oprawca, w którym nauczyliśmy się funkcjonować. To właśnie zamknięcie się w tym schemacie pozwala nam nie brać odpowiedzialności za własne życie, nie szukać rozwiązań. Odzyskanie poczucia wpływu sprawia, że kreatywność uruchamia się niemal sama.

Ofiara to kto?

Na przykład ktoś obrażony, że ktoś inny coś mu zrobił, powiedział, na coś nie pozwolił. Ktoś przekonany, że MUSI coś robić, że się poświęca, nie ma czasu dla siebie, ktoś narzekający wiecznie na pracę, szefa, związek, „ten kraj”. Możliwości jest nieskończenie wiele. Każdy od czasu do czasu zgrywa ofiarę, bo w naszej kulturze to jest dominujący wzór. Jest to również nasz rys narodowy. Ofiara to sztywne, niezmienne stanowisko, zablokowana energia. Cierpi, narzeka, nie ma poczucia humoru. Fascynujące jest, jak szybko potrafi się przekształcić w oprawcę.

Mocne słowo…

To po prostu ta postać w nas, którą sytuacja w końcu przerasta, jednak zamiast odpuścić, robi się agresywna, wyładowuje na innych złość i frustrację, zaczyna manipulować. Na przykład w pracy spycha wszystko na innych, robi się nieżyczliwa, nieużyta. Ofiara i oprawca to dwie strony tej samej monety. Obie postawy cechuje brak poczucia wpływu na własne życie, dostępu do swoich zasobów. Wiele osób funkcjonuje, oscylując między tymi dwoma postaciami. Jedynym sposobem wyjścia jest uświadomienie sobie, że mamy trzecią opcję, czyli wybór.

Pamiętam, że sama tkwiłam w takim wzorze w pracy. Czułam, że „muszę”, nie mam na nic wpływu. I nagle uświadomiłam sobie, że zachowuję się tak, jakbym była w więzieniu. A przecież nikt mnie pod kluczem nie trzymał. To mnie uwolniło.

Sama, kiedy jeszcze byłam menedżerem w korporacji, wyobrażałam sobie, że jestem w oku cyklonu, więc muszę być cały czas niezwykle czujna, żeby mnie nie wciągnął ten wir. Mimo to zdarzało się, że pochłaniały mnie jakieś afery, udzielały mi się emocje i parę okrążeń wirowałam razem z całą firmą. Wówczas musiałam zmobilizować wszystkie siły, by się z tego wydobyć. Kosztowało mnie to mnóstwo energii, ale byłam duma, że sobie radzę. Kiedy opowiedziałam to pewnemu coachowi, zwrócił moją uwagę na to, jak dużo walki jest w tak zdefiniowanej relacji ze światem i jak dużo z postawy ofiary, która co prawda panuje nad sytuacją, ale jakim kosztem. A przede wszystkim – nie widzi innego wyjścia. Zaproponował mi zmianę metafory: widzenie świata jako rzeki, z którą płynę. W moim wypadku jest to rwący, górski potok. Teraz płynę z tym, co jest, i kiedy napotykam kamień, po prostu go omijam. Praca ze zmianą perspektywy uelastyczniła mnie i otworzyła na świat.

Co uruchamia naszą kreatywność?

Odpowiedź zawarta jest w tym pytaniu: ruch. Dla mnie kreatywność to swobodny strumień energii, pomysłów, które łączą się ze sobą w sposób niekontrolowany i nieprzewidywalny, tworząc nowe jakości. Przeciwieństwem kreatywności jest sztywność, powtarzalność, bezruch właśnie. Póki próbujemy tkwić, trzymając się tego, co jest, rozwiązania nie przychodzą, nowe jakości nie powstają. Trzeba się więc ruszać. Na przykład tańczyć. Praca z ciałem, uwalnianie go, wpływa otwierająco na umysł. Ja przestałam się przejmować tym, co myślą na mój temat inni. Na początku, kiedy tańczyłam w grupie, patrzyłam, czy innym się to podoba. Zrozumiałam, że tak robię również w życiu. Pojawiła się we mnie ciekawość: co by było, gdybym tańczyła tak, jakby nikt nie patrzył? Jak wygląda mój własny ruch? Zaczęłam eksperymentować. To wspaniałe uczucie. Jednocześnie w życiu również zaczęłam bardziej sobie pozawalać na bycie sobą.

Można też wykorzystać ruch dosłownie. Fizyczne ruszenie z miejsca bywa niezwykle uwalniające dla umysłu. Czasem podczas coachingu czy szkolenia widzę, że natykamy na jakiś blok. Dominuje lęk przed zmianą, nie idziemy do przodu. Wtedy często proponuję: „chodźmy na spacer”. Czasem wystarczy usiąść na innym krześle, zwrócić się twarzą w stronę okna. Dosłowna zmiana perspektywy zmienia też perspektywę mentalną. To znak dla umysłu: spójrz na to z innej strony. Lęk przed zmianą, który nas blokował, co prawda nie znika, ale wytrąca nas z jednowymiarowego widzenia, pojawiają się rozwiązania.

Jak jeszcze ćwiczyć?

Inspiruje mnie ostatnio pomysł, by patrzeć na własne życie jak na kreatywny projekt. W moim przypadku to natychmiast sprawiło, że zaczęłam otaczać się kolorami, kupować kwiaty do domu. Zaproponowałam mężowi randki raz w tygodniu. Zastanawiam się też nad codziennymi wyborami: jadę do pracy samochodem czy raczej się przejdę i zobaczę wiosnę, powącham ją… Zazwyczaj jem sama śniadanie o 8 rano. Może tym razem zjem później, ale z kimś? Przyszedł mi nawet do głowy pomysł, żeby zaprosić na śniadanie sąsiadów. Albo raz w miesiącu jeść wspólnie śniadanie z mieszkańcami mojego domu. Niesamowite, jak się człowiek potrafi rozkręcić, pomysły przychodzą same.

Przypomniała mi się książka Julii Cameron „The Artist’s Way” [Droga artysty], która jest w zasadzie kursem kreatywności. Artysta to według niej ktoś, kto żyje twórczo. Nie ma znaczenia, czy jest to malowanie, pisanie, czy po prostu kreatywne jedzenie śniadań. Cameron twierdzi, że czujemy się spełnieni dopiero, kiedy artysta w nas znajdzie swoją formę wyrazu.

Dużo inspiracji i pomysłów na to, jak uruchomić swoją kreatywność, można też naleźć w książce Michaela Gelba „Myśleć jak Leonardo da Vinci”. Światłe umysły twierdzą, że osobowość pasująca do naszych czasów to właśnie ktoś taki jak on: wielowymiarowy, twórczy, niestandardowy.
Do mnie szczególnie przemawia to, że Leonardo zawsze otaczał się pięknem, kolorami. Tworzył wokół siebie harmonijną przestrzeń, nosił bajecznie kolorowe stroje, z pięknych materiałów. Kiedy szedł ulicami Florencji, ludzie uwielbiali na niego patrzeć. On sam też lubił na siebie patrzeć, cieszył się tym. Kreować to też umieć cieszyć, dziwić, mieć w sobie ciekawość dziecka.

Buddyści nazywają to umysłem początkującego. Buddyzm nie kojarzy się z kreatywnością, a przecież, moim zdaniem, ten stan jest właśnie stanem tworzenia. Spojrzeć na jakąś rzecz, jakbym ją widziała po raz pierwszy, choć patrzyłam na nią setki razy. Czy to jest kwiat, droga, drugi człowiek, czy ja sama – takie spojrzenie jest spojrzeniem współtwórcy.

Chwila olśnienia jest warta wielu lat patrzenia na tę samą rzecz. Stałam dziś na stacji metra, jak zwykle omiatając wzrokiem wiszące billboardy. I nagle czytam: „Co jeszcze muszę zrobić, żebyś mnie zauważył?”. Podpisane: „Jezus”. Wmurowało mnie. Nie jestem zbyt religijna, ale mnie to zastanowiło. W szerszym kontekście. Co jest potrzebne, bym się wybiła z rutyny i zaczęła naprawdę brać udział w tym, co jest wokół? Żebym zaczęła świadomie tworzyć rzeczywistość? Jestem wdzięczna za to pytanie, zmusiło mnie do refleksji nad tym, jak żyję ja sama i jak żyjemy w ogóle.

À propos tego, jak żyjemy, przypomniał mi się dowcip: biegają robotnicy z taczkami po budowie. – Hej, chłopie, biegasz z pustymi taczkami. – Mam tyle pracy, że nie zdążam ich naładować.

Cudownie, że możemy się z tego śmiać. Śmiech rozpuszcza sztywności, uwalnia od lęku, podsyca kreatywność. Jest nam z czymś trudno? Spróbujmy się z tego pośmiać. Wykorzystujmy naszą wyobraźnię. To nic nie kosztuje. Osoba, z którą rozmawiamy, nas onieśmiela, denerwuje? Wyobraźmy ją sobie z wąsami albo w śmiesznej w peruce. Moja klientka wymyśliła, że widzi swoją szefową jako tego cesarza, który chodzi goły… Skuteczne. W dodatku to niewinna zabawa.

Zabawa jest „niepoważna”, bawią się dzieci. Dorośli mają swoje „ważne” sprawy typu: praca, wiedza, nauka, pieniądze.

Dzieląc świat w ten sposób, sami sobie zamykamy dostęp do wspaniałych zasobów. Kreatywność to przecież domena wewnętrznych dzieci. One lubią się bawić. Zabawa wybija ze schematu, w którym wszystko jest prawdziwe do bólu. A przecież z dystansu cały świat jest teatrem. Odgrywamy tylko pewne role, w jakimś sensie cały czas się bawimy. Ja jestem szefową, a ty podwładną. Ale w innej pracy ja mogę być podwładną, a ty będziesz szefową. Ktoś wymyślił taką strukturę i my się niewolniczo jej trzymamy, pilnujemy tego sami. Nawet się w tym celu przebieramy – wiele firm ma specjalne regulacje dotyczące wymaganego stroju – lepiej pasujemy do roli. Dlatego często ludzie zadają mi pytanie, jaki strój obowiązuje na szkoleniu. I to, jaka jest odpowiedź, określa stosunek do tego szkolenia: czy można się będzie rozluźnić, czy nie.

Ale też zabawa to czynność społeczna, grupowa. Gdy patrzę na swojego syna, widzę, że coraz mniej jest społeczności wśród dzieci, a coraz więcej oddzielenia i lęku. Jeśli nie nauczymy się w dzieciństwie wchodzić z innymi w taki rodzaj relacji – swobodnej, bezpiecznej, nieoceniającej, w jakiej możemy się otworzyć i po prostu być sobą – to może potem trudno nam się bawić w dorosłym życiu?

Mam nadzieję, że to się zmieni. Byłam na pokazie gier szkoleniowych i coachingowych. Zabawa wkracza do świata biznesu!

Dziewczyny z Pracowni Gier Szkoleniowych zauważyły trzy czynniki, które sprawiają, że gry pomagają się zmieniać. Po pierwsze – klarowny cel. Szukanie rozwiązań angażuje nas i budzi kreatywność w sposób naturalny. Drugi czynnik – uczestnicy dają sobie prawo do eksperymentowania i popełniania błędów, bo to jest „na niby”. Trzeci – czują się bezpieczni. To idealne warunki do zmiany. A jak to jest w życiu? Warto sobie zadać pytanie, na ile sobie ufamy, pozwalamy sobie na popełnianie błędów. Większość znanych mi osób będzie się biczować albo szukać winnych. A wystarczy to zobaczyć, uśmiechnąć się do siebie i… coś zmienić. – Co jeszcze muszę zrobić, żeby ci pokazać, że jestem tu? – pyta nas życie. Naprawdę tworzymy je w każdej chwili.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze