fbpx

Dance Movement Therapy

123RF.com

Ciało to lustro duszy. Zatańcz, a uruchomisz energię wnętrza.

Ten człowiek jest zmęczony i zły. To widać – kuli ramiona, by zamknąć się w sobie, odgrodzić od świata. Inny z kolei tryska energią. Związek ciała i psychiki widzimy, mijając przechodniów na ulicy. Ktoś zgarbiony, przemykający pod murem ze spuszczoną głową wyda nam się smutny – tak odczytamy mowę jego ciała. 

– W terapii tańcem i ruchem odwracamy ten schemat. Zaczynamy od ciała, to ono staje się narzędziem pracy nad psychiką – mówi psycholożka Aleksandra Łukasiewicz. – Przez ruch ciała możemy uruchomić psyche, dotrzeć do spraw trudnych, traumatycznych, głęboko ukrytych, nawet tak strasznych jak to, że ktoś przez całe życie był bity i wykorzystywany seksualnie.

Ruch może zmieniać, leczyć. ONZ zaleca terapię tańcem i ruchem w bardzo trudnych sytuacjach, na przykład w pracy z dziećmi, które były żołnierzami. I nie chodzi nawet o katharsis, które jest jednorazowe, bardziej o długotrwałą przemianę, o to, by uzewnętrznić coś, co się wydarzyło, nazwać w symboliczny sposób i zintegrować ze sobą. Nie możemy zlikwidować przeszłości, jest częścią nas i tego, co się z nami dzieje.

Jedna z uczestniczek zaczęła z pasją maszerować, doszła do lustra, zdarła z niego zasłonę i… ukłoniła się swojemu odbiciu, okazując szacunek i hołd ciału. W taki sposób ujrzała siebie po raz pierwszy

Terapia tańcem i ruchem to konkretna metoda, która ma swoją historię, bibliografię, podstawy teoretyczne i badania. Terapeuta musi mieć przygotowanie psychologiczne, zdobyć praktykę w szpitalu, przejść odpowiednie szkolenia. W Polsce stosowanie tej terapii dopiero debiutuje, ale w USA od dawna funkcjonują magisterskie studia, które przygotowują do pracy tą metodą. Na ogólnym kierunku terapii poprzez sztukę wybiera się specjalizację, po czym odbywa staż kliniczny. Na praktykach studenci stają się częścią zespołu terapeutycznego, obok psychiatrów, terapeutów werbalnych, pielęgniarek, socjoterapeutów, muzykoterapeutów. Każdy ma swojego superwizora, z którym może się konsultować, lecz aby otrzymać certyfikat, musi przejść własną terapię.

Aleksandra Łukasiewicz dwa lata studiowała Dance Movement Therapy na Pratt Institute w Nowym Jorku. – Ta metoda kładzie szczególny nacisk na połączenie ciała z psychiką – mówi. – Obserwujemy ruch, odczytujemy jego symboliczne znaczenie, wykorzystując wiedzę teoretyczną i doświadczenie kliniczne. W Stanach ta terapia jest obecna w szpitalach i instytutach psychiatrii, gdzie terapeuta ma własny gabinet, współpracuje z lekarzem i korzysta z opinii swoich kolegów.

Dziwią się, że to terapia

– Osoby, które do nas dzwonią, sądzą często, że tu nauczą się… tańczyć! Wciąż spotykam się z pytaniem, czy na końcu będzie pokaz, czy nauczymy się tanga. A to zupełnie nie to! – mówi Łukasiewicz. – Istota metody tkwi w wykorzystaniu ruchu jako uniwersalnego języka komunikacji niewerbalnej. Symbolu i metafory, które podążają za ruchem. Ludzie oczekują tańca z gwiazdami, a ja włączam muzykę i mówię: zatańczcie brzydko, jak najgorzej, bez rytmu, krzywcie się, róbcie miny… Ja nie jestem tancerką, nie oceniam, chodzi o to, by poruszyć się emocjonalnie, we wnętrzu.

 

Na warsztatach pokonuje się bariery, odrzuca blokady. Sama perspektywa spotkania z obcymi ludźmi, bez butów, bez telefonów, bez naszych osłon społecznych, bywa dla niektórych przerażająca. Jest duża sala, nie ma kąta, w którym można by się schować. Jesteśmy odsłonięci, to budzi lęk, ale i ciekawość.

– Dużo łatwiej pracuje się w kręgu. Włączam muzykę i proszę, by się jej poddać, złapać rytm – mówi terapeutka. – Podoba ci się czyjś ruch, spróbuj go powtórzyć. Pytam o metafory, o skojarzenia, które się pojawiają. Jeśli coś kojarzy się z pływaniem, to szukamy dalej: po co, dokąd płyniemy. Wykonaj ruch, który jest gestem pożegnania albo powitania. A teraz taki, który oddaje siłę. Niech każdy pokaże, jak się czuje ze swoim ciałem. Ja na przykład się czuję tak (wyciągam ręce ku górze) albo tak (zwieszam luźno ramiona). Proszę zobaczyć, jak wiele mówią gesty. 

Osoby, które mają kompleksy swego wyglądu, pracują z lustrem, najpierw zasłoniętym. Na zajęciach jest dużo tupania i ekspresji.

– Jedna z uczestniczek zaczęła z pasją maszerować, doszła do lustra, zdarła z niego zasłonę i… ukłoniła się swojemu odbiciu, okazując szacunek i hołd ciału. Popatrzyła na siebie, czego zazwyczaj na co dzień nie robimy – mówi Łukasiewicz. – Kiedyś po warsztatach pewien pan powiedział: „Teraz widzę, że mam za długie spodnie! Bo je czuję! Wreszcie! Nadeptuję, przeszkadza mi to!”.

ONZ zaleca terapię tańcem i ruchem w bardzo trudnych sytuacjach – na przykład w pracy z dziećmi, które były żołnierzami. I nie chodzi wcale o katharsis

Świadomość ciała to jeden z celów zajęć. Zauważyć swoje ciało, usłyszeć, co mówi, kiedy siedzę i chodzę. Coś mnie boli, czy może to ignorowałem? Zwykle tego nie słyszymy. Kto zadaje sobie takie pytania: „jak ja chodzę?”, „dlaczego zawsze idę bardzo szybko?”… Czy zdajemy sobie sprawę, że taka postawa coś o nas mówi? Analiza ruchu podpowiada, uczy wrażliwości na sygnały płynące z ciała.

– Pytam: „Czy zwróciłaś uwagę na to, że w drodze do pracy sztywniejesz, czy myślałaś o emocjach związanych z pracą?”. A gdy ktoś powtarza jakiś ruch, charakterystyczny gest, mówię: „Z czym ci się kojarzy? To znak. Może czas spróbować gestu odwrotnego?”. Ruch wiele mówi. Kiedy patrzę na nową grupę i widzę, kto jakie miejsce w niej zajmuje, to też wyciągam z tego informacje – opowiada terapeutka.

Kiedy uczestnicy dobierają się w dwójki, wspólnie analizuje się sposób podjęcia tej decyzji. Czy to było tak: „ja jestem A, bo nie chcę być B”, czy „ty bardziej pasujesz do B”, albo „wszystko mi jedno A czy B” – z takich drobnych szczegółów można się wiele o sobie dowiedzieć: że zawsze chcę przejmować kontrolę albo tego unikam, że staram się dopasować do danej osoby, że rywalizuję z nią. Nie w tym rzecz, aby to zmieniać – ale uświadomić sobie, zauważać to, co się powtarza. Wówczas dajemy sobie szansę na wybór. To, czego się uczymy, przenosimy do dnia codziennego. Niekoniecznie chodzi o odejście od dotychczasowych zachowań, czasem wystarczy je po prostu zauważyć. Chyba, że zmiana jest potrzebna.

 

Zdjąć cementowe buty

– W styczniu, na warsztacie „Wyrusz w nowy rok”, pracowaliśmy nad tematem zmiany w życiu . Wymyślaliśmy drogę – mówi Łukasiewicz. – Wygląda to tak, że uczestnicy wybierają sobie dwa punkty A i B, by potem, przy muzyce, przemierzać przestrzeń pomiędzy nimi. Muzyka nie jest konieczna, czasem lepiej poszukać własnego rytmu. Potem pytam, który sposób dojścia okazał się najłatwiejszy i szukamy znaczenia tego wyboru. Proszę, by uczestnicy pomyśleli o zmianie, którą planują, zamknęli oczy i skupili się na oczekiwaniu impulsu ze strony ciała albo wykonali improwizację taneczną związaną z metamorfozą. Ale co się pojawi, co może uruchomić proces zmian – tego nigdy nie wiadomo. Czasem jest trudno. – Pracowałam z kobietą bardzo zamkniętą, odciętą od siebie, mówiła, że ma buty z betonu, czuje się unieruchomiona, cement ją wciąga – wspomina terapeutka. – Pracowałyśmy, stojąc w jednym miejscu, nie odrywając stóp od podłogi… Tak wyglądało jej życie – zatrzymała się i ani rusz. Zaczęłyśmy od powolnych ruchów. Mały kroczek do przodu to był przełom. Ruszyłyśmy. Doszła do tego, że nie musi tkwić w tym, co jej nie odpowiada, może zdjąć cementowe buty, rozejrzeć się i ruszyć do przodu.

Co terapeuta każe?

– No właśnie. Wcale nie o to chodzi. Rozwijamy repertuar ruchowy, za tym idzie rozwój emocji, zmieniają się relacje, otwierają nowe możliwości. To lubię – mówi Łukasiewicz. – Ale później każdy sam decyduje, czy chce to wykorzystać. Ludzie oczekują interpretacji swoich ruchów, bo chcą wreszcie się czegoś o sobie dowiedzieć… Na warsztaty może przyjść każdy, natomiast udział w grupie terapeutycznej lub rozwojowej poprzedza konsultacja. – Chcę stwierdzić, czego dana osoba potrzebuje. Jeśli myśli, że po zajęciach znajdzie nowego mężczyznę, świetną pracę i urodzi trójkę dzieci, to ja jej tego obiecać nie mogę. Zamiast tego mówię to, co widzę, na przykład: „Zawsze, kiedy pan wchodzi, kopie puste pudełko. Może pan jest na mnie wściekły? Jeśli tak, to warto powiedzieć to w inny, bardziej bezpośredni, sposób”. Ktoś inny mówi mi, że nigdy nie czuje żadnych emocji, na co ja: „Ale to pan walił pięściami w  ścianę – widzę w tym bardzo dużo emocji”.

Umiejętność obserwacji ruchu jest swoistą metodologią, patrzeniem bez ocen. Ktoś się rusza nie ślamazarnie jak słoń, ale wolno z dużą siłą – to wiele mówi o człowieku. – Dostrzegam to i mogę zaproponować kierunki, by pewne rzeczy pogłębiać lub zmieniać – mówi terapeutka. – Wyciągam wnioski, ale nie daję rad, bo taka uniwersalna recepta prowadzi do pozbywania się odpowiedzialności za swoje życie. Potem ktoś powie: „To terapeuta kazał mi tak zrobić, być osobą otwartą, więc byłam i ktoś mnie okradł…”. Przeciwnie, chodzi o to, żeby człowiek wziął za siebie odpowiedzialność, więc wcale nie mówię im jak żyć.  

Wojenne korzenie

Terapia tańcem i ruchem narodziła się po II wojnie światowej, z inspiracji niesienia pomocy weteranom wojennym, dotkniętym stresem pourazowym. Matką metody jest Marian Chace, niezwykła Amerykanka, która odwiedzała szpitalne sale z patefonem, by docierać do wnętrza, do okaleczonej psychiki tych ludzi. Terapia rozwijała się równolegle w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Metodę można studiować również w Polsce, na czteroletnim studium psychoterapii tańcem i ruchem.

Warto przeczytać „Psychoterapia tańcem i ruchem, teoria i praktyka terapii grupowej“, pod red. Zuzanny Pędzich, wyd. Arteer

Aleksandra Łukasiewicz: magister psychologii UW, terapeutka w Ośrodku Terapii Tańcem i Ruchem Iba i Centrum Pomocy Profesjonalnej, absolwentka Pratt Institute New York. Prowadzi terapię tańcem i ruchem z dziećmi, nastolatkami i dorosłymi. Poza pracą kliniczną zajmuje się prowadzeniem warsztatów rozwojowych z wykorzystaniem technik terapii tańcem i ruchem