fbpx

Hormon przytulania

Chętnie darowałabym sobie pisanie o swojej ciąży po raz kolejny, gdyby nie to, że myślę tylko o moim brzuchu. Od poprzedniego felietonu urósł i nijak nie pozwala się bagatelizować. Problemy z zakładaniem butów, zapinaniem kurtki czy zmianą boku w łóżku to tylko niektóre z efektów ubocznych nowych rozmiarów tułowia ciężarnej kobiety. Zaczynam się utożsamiać z piosenką Ireneusza Dudka, którą pamiętam z dzieciństwa „Aaa! Mój Brzuch! Wszędzie ze mną i przede mną niepotrzebny, zabytkowy brzuch!”. Nie jestem pewna, czy w tekście zostało użyte słowo „zabytkowy”, czy może ja tak te słowa słyszę w dziewiątym miesiącu ciąży.

Idąc zatem za ciosem ciążowych zwierzeń, podzielę się jeszcze jednym odkryciem, które ostatnio pogłębiło moje rozkminki macierzyńskie. Wraz z siostrą obserwujemy od jakiegoś już czasu krążenie oksytocyny w przyrodzie, co dzieje się także między nami dwiema. Błogosławieństwo oksytocyny – hormonu miłości i zaufania – spływa zatem na szczęśliwą kobietę w momencie zapłodnienia wraz z orgazmem, gromadzi się w jej przysadce mózgowej, roznosi przyjemnie po ciele, produkuje poczucie bezpieczeństwa na świecie, pomaga nosić i urodzić dzieciątko, wspiera produkcję mleka, kreuje bohaterkę – superopiekuńczą mamusię, słowem – magicznie oddziałuje i potem opuszcza wybrankę, by znaleźć następczynię godną dzierżenia ponadczasowego berła królowej matki.

Pewnego zimnego wieczoru gadałyśmy z Pauliną długo ogólnie o życiu. Na początku brzmiało to tak, jakby ona miała jakiś rodzaj chandry czy coś na kształt zimowego spadku cukru we krwi, z czasem jednak dotarłyśmy do przyczyny jej stanu. Moja siostra przeżywa obecnie coś, co wspólnie nazwałyśmy „zjazdem oksytocynowym”, podczas gdy ja jestem na „oksytocynowym haju”. Ona budzi się do realizmu, jakby nagle kosmici z gatunku Teletubisiowatych wysadzili ją ze swojego statku kosmicznego z powrotem na Ziemię, gdzie pada deszcz ze śniegiem i słonko rzadko świeci. W chwilę później ci sami kosmici odurzyli mnie związkiem pieszczot, po czym porwali w ten magiczny pluszowy świat zdrobnień i lekkostrawnych papek.

Paulina przestaje karmić piersią, jej córeczka stawia pierwsze samodzielne kroki i ich drogi poniekąd się rozchodzą. Wraca do bycia samoistną istotą – kobietą, a nie tylko mamą, mleczarnią. Tymczasem ja się zamieniam w taką właśnie istotę. Myślę o gnieździe, znikam z imprez, koncertów i zanurzam się z błogością w oceanie ze stosów wypranych i wyprasowanych pieluszek. Niejako na kredyt (à propos kryzysu), który jak widzę, obserwując siostrę, przyjdzie mi w przyszłości spłacić, beztrosko frunę w kosmos i zaczynam lubić wszystkich, odkrywając w sobie nieznane dotąd pokłady tolerancji i zrozumienia dla najdziwniejszych zachowań ludzi.

Uśmiecham się i wkręcam w rozmowy z nieznajomymi, bez względu na wiek i płeć. Zmienia mi się podejście do pracy i do osób, z którymi gram. Cokolwiek by się działo, wiem, że będzie dobrze. Dodatkowo kreatywność mam na poziomie plus dziesięć, dlatego nie mogłam się powstrzymać przed następującym: Kayah genialnie śpiewała o testosteronie, może czas napisać piosenkę o hormonie, w którym naukowcy pokładają nadzieję na leczenie nieśmiałości. O oksytocynie, która jest również hormonem wierności. Zachęcam do śpiewania na melodię „Testosteronu”:  

Oksytocyno, to dzięki Tobie on wraca do domu, by kochać mnie

Ty serce nad umysł wynosisz i otwierasz mu je

Ty dziecko utulisz, gdy płacz słyszę zza ściany

Jesteś jak słowo przepraszam, co obmywa me rany.

Refren (na znaną wszystkim melodię):

Dziękuję Ci za mleka strumienie, matczyne spełnienie, zaufanie i seks

Dziękuję Ci za zapłodnienie, więzi z partnerem, Tyś lekarstwo na lęk

Oksytocyno… (wibrato hinduskie)!