fbpx

Singapur okiem Karoliny Breguły – część II

Singapur okiem Karoliny Breguły - część II
Please Add Photos <br> to your Gallery
Zobacz galerię Zdjęć
Fot. Karolina Breguła


Warszawska artystka, Karolina Breguła, spędziła sześć tygodni w Singapurze. Jak postrzega to miasto-państwo i co tam robiła, opisuje w miniprzewodniku.

Przed wyjazdem sądziłam, że Singapur to najczystszy kraj świata, w którym za żucie gumy czy picie i jedzenie na ulicy dostaje się mandat. Do tego kraj najsurowszy, gdzie każdy występek grozi niechybnie wymierzoną wysoką karą. Przez kilka pierwszych dni chodziłam ulicami, ciągle zastanawiając się, który z moich nieprzemyślanych ruchów okaże się nielegalny i spowoduje, że wyląduję w więzieniu. Szybko jednak zaczęłam rozumieć, że wszystko, co myśli się u nas o singapurskiej czystości i przestrzeganiu zasad, jest przesadą. Wśród moich tutejszych znajomych nie zaobserwowałam przejawów wyjątkowo restrykcyjnego codziennego respektowania przepisów. Jak wszędzie, ludzie przechodzą tu przez skrzyżowanie na czerwonym świetle i rzucają pod nogi papierki bez obawy przed więzieniem. Jeśli dbają o wrzucanie odpadów do koszy na śmieci, to prawdopodobnie wyłącznie z obawy przed plagą monstrualnych karaluchów, które zresztą i tak nie są tu rzadkością.

Czysty Singapur?

Gum do życia rzeczywiście nie ma sklepach, więc i nie żuje się ich tak często jak u nas. Podejrzewam jednak, że gdyby w Polsce zniknęły one z półek przy kasach i przeniosły się gdzieś w daleki róg sklepu, to i u nas mocno spadłaby liczba żujących. W Singapurze gumy do żucia dostępne są w aptekach, gdzie nikomu nie chce się po nie chodzić. Moi tutejsi znajomi twierdzą, że taką nabytą w aptece gumę można swobodnie żuć, idąc ulicą. Nie można jej tylko wypluwać na chodnik, bo to faktycznie jest surowo wzbronione.

Śmieci i brudu jest w Singapurze niewiele mniej, niż widzi się w centrum Warszawy. Jeśli zaś chodzi o jedzenie w miejscach publicznych – jest to chyba najpopularniejsza w Singapurze czynność i nikomu nawet nie przychodzi do głowy, żeby kogoś za nią karać. Spacer ulicą to slalom między wystawionymi przed bary plastikowymi stolikami, przy których tłumy zajadają się lokalnymi pysznościami. Singapurczycy uwielbiają jeść. Jedzenie jest tu wszędzie i, co najważniejsze, jest w cenach przestępnych dla każdego.

Gdzie jeść w Singapurze

Gdziekolwiek jesteśmy, na pewno najdalej kilkaset metrów od nas znajduje się tak zwany Hawker center czyli centrum niedrogiego jedzenia. Hawker center przypomina restauracyjną część polskiej galerii handlowej. Jest to zwykle ogromna hala pełna maleńkich stoisk z jedzeniem i ogólnodostępnych stołów. Na pierwszy rzut niewprawionego europejskiego oka jedzenie w każdym ze stoisk wygląda podobnie. Gdy jednak przyjrzeć się temu bliżej, widać, że tu makaron jest jasny, niemal przeźroczysty, a tam ma ciężki ciemny kolor sosu sojowego; tu są w nim plastry bloku rybnego, tam – chińskie grzyby i warzywa o malowniczych kształtach. Oczywiście, w każdym Hawker center, oprócz najpopularniejszego jedzenia chińskiego, znajdziemy również stoiska z kuchniami wszystkich singapurskich kultur.

Mówi się, że jedzenie w hawaker center jest nie tylko najtańsze ale i najlepsze, bo najświeższe. Właściciele miniaturowych restauracyjek nie mają miejsca, w którym mogliby magazynować produkty. Co rano robią więc zakupy i każdego dnia ich stoisko otwarte jest do zupełnego wyczerpania porannych zapasów. Na szczęście większość z nich zakupy robi duże, dzięki czemu można się tu posilić do późnych godzin nocnych. Singapurczycy zdają się jeść o każdej porze. Niczym dziwnym nie jest tu widok samotnej osoby, która o pierwszej w nocy wpada, by zjeść solidny obiad.

Stoiska w hawker center oznaczone są literkami od A do C. To oceny czystości kuchni przydzielane przez lokalny odpowiednik sanepidu. Podczas moich pierwszych wizyt w hawker centre starannie wybierałam najczystsze z tych oznaczonych literką A stoisk. Wyśmiewając mnie, któregoś wieczoru Dinesh zrobił mi krótki wykład na temat kwasów żołądkowych, dla których nieczystości ze stoiska C to pestka. Nie do końca przekonana, stopniowo próbowałam potraw z najpopularniejszych stoisk B i A. W ten sposób zaczęłam rozumieć singapurską zasadę im brudniejsze, tym smaczniejsze i szybko przestał mnie dziwić kontrast pomiędzy czystością i zaawansowaniem miasta a niechlujnymi odkrytymi kuchniami w najpopularniejszych barach.