fbpx

Zorza polarna to wściekły lis

Zorza polarna to wściekły lis
fotochannels.com

Saami są rdzennymi mieszkańcami Laponii. Fińscy Saami mają własny parlament i rozgłośnię radiową. Posługują się trzema odrębnymi językami. Zaraz po wojnie rząd zabronił ich używać. Teraz bardzo dba o zachowanie kultury i tradycji tego starego ludu, pomaga w hodowli reniferów. Jak żyje się na bezkresnych, zmrożonych pustkowiach? „Tu jest łatwo, tu jest prosto”, mówią Saami.

Mężczyzna jest lepszy od kobiety, syn jest lepszy od córki. Warto zrobić wiele, aby urodził się syn. Na przykład pojechać za koło podbiegunowe, zobaczyć zorzę polarną, a potem kochać się w przytulnym hotelu. Japończycy przyjeżdżają po to tu, do fińskiej Saariselki, dużymi grupami. Specjalnie dla nich biura podróży sprzedają „wycieczki na zorzę”. Chętni zbierają się pod hotelem i dzielą na grupy. Każda wsiada do oddzielnego autobusu, każdy autobus jedzie w inną stronę. Koordynator wyprawy czeka na informację z obserwatorium o pojawieniu się zorzy. Później przekazuje ją kierowcom. Czasem któryś z kierowców zobaczy zorzę pierwszy. Wtedy zawiadamia pozostałych.

Często jednak nikt nic nie widzi, bo zorza pojawia się i znika. Można ją oglądać przez około 200 dni w roku, lecz nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie się pokaże. Aby ją podziwiać, trzeba wyjechać na pustą, otwartą przestrzeń, gdzie blasku aurory nie przysłaniają żadne sztuczne światła. Wycieczka trwa trzy godziny i kosztuje 60 euro. Oczywiście bez żadnej gwarancji ujrzenia zorzy. Nikogo to jednak nie zniechęca, spod hotelu co wieczór odjeżdżają autobusy pełne Japończyków.

Zasłony zawsze odsłonięte

Saariselka, 300 km na północ od koła podbiegunowego. Tyle samo stąd do Norwegii, a do granicy z Rosją około 40 km. Zima zaczyna się zwykle w październiku i trwa do końca kwietnia. Od 3 grudnia do 9 stycznia jest noc polarna. Temperatura spada wtedy do minus 40 stopni C. Różnica temperatur między latem i zimą sięga 75 stopni C, czasem nawet więcej. Pod koniec maja słońce przestaje „zachodzić” i tak jest do końca lipca. Zwykle 30 maja w radiu można usłyszeć komunikat: – Słońce wzejdzie o 1.00 rano, zajdzie 30 lipca o 11.00 w nocy.

Miejscowi nie zauważają, jak ekstremalny jest tutaj klimat. Okna, w których zasłony są zawsze odsłonięte, to metafora absolutnej przejrzystości, fundamentu tutejszego życia. Przewodnik, który zabrał nas na safari skuterami śnieżnymi, kiedy widzi moją piersiówkę, mówi: – Żadnego alkoholu! A ja mam w piersiówce góra 150 mililitrów wódki mocno rozcieńczonej sokiem żurawinowym. Zresztą mój rozgrzewający napój zamarzł… Ale jeśli pijesz, nie jedziesz. Jeśli nie umiesz prowadzić, nie jedziesz. Jeśli w jakiś sposób odcinasz się od tej aseptycznej, białej przestrzeni, zabierają ci kluczyki od skutera. Tutaj po prostu musisz pasować. Miejscowi, uformowani przez to miejsce i klimat, są uprzejmi i bezkompromisowi jednocześnie. Mili i niemili.

Rano jedziemy arktyczną autostradą jeszcze dalej na północ. Białe tunele pomiędzy ścianami lasu zdają się nie mieć końca. Podobnie jak u nas zimą w górach drzewa są całe białe od śniegu, ale coś jest jednak inaczej. Może to świadomość, że za kolejnym zakrętem będzie tak samo? Ze szczytów wzgórz, jak okiem sięgnąć, biała, zmrożona przestrzeń. Minus 30 stopni C.

Mijamy kierunkowskaz na Murmańsk, 303 kilometry. Dziewiąta rano i wciąż ciemno. Słońce wzejdzie około 11, zajdzie koło 13. Jeszcze dwa tygodnie temu panowała noc polarna. Ale nigdy nie jest całkowicie ciemno, bo pokrywa śnieżna daje niebieski poblask. Szukam Wielkiej Niedźwiedzicy, ale ona jest w zupełnie innym miejscu niż w domu. Albo szukam zachodu. Jednoznacznie można określić tylko północ.

 

Dni polarne

Satu, która prowadzi z mężem farmę reniferów, dziwi się, gdy mówię, jak trudno tu żyć. – To życie w mieście jest trudne – oponuje. – Po studiach udało mi się pojechać do wyśnionego Paryża. Ale na miejscu okazało się, że moje oczy nie tolerują zanieczyszczenia powietrza i strasznie łzawią. Nie mogłam tam wytrzymać. Chodziłam ulicami Paryża i cały czas płakałam. Tu jest łatwo. Tu jest prosto.

Jak opisać stan ascezy, w którym oni odnajdują swoją pełnię?

Pod koniec maja słońce przestaje „zachodzić” i tak jest do końca lipca. Zwykle 30 maja w radiu można usłyszeć komunikat: – Słońce wzejdzie o 1.00 rano, zajdzie 30 lipca o 11.00 w nocy

Ilona pochodzi z Turku, ale mieszka w Saariselce od ponad 15 lat. Przypadek sprawił, że dostała tu pracę w swoim zawodzie tłumaczki. To były początki turystyki w Saariselce. Zaczęło się od jednego pensjonatu i przydrożnej restauracji, które obsługiwały ludzi jadących arktyczną autostradą na północ, do portów w Szwecji i Norwegii. Potem powstały hotele, na końcu miasteczko, w którym żyje dziś około 300 osób. Tak, Ilona czasem ma dosyć. Nienawidzi, gdy wszyscy wiedzą o niej wszystko. I oczywiście wszystko wiedzą najlepiej. – Ale tak naprawdę uwielbiam to życie, to poddanie się człowieka sile natury. Wielu ludzi dostaje lapońskiej gorączki: przyjeżdżają i zostają. Najpierw jest noc polarna, potem dni polarne… Najbardziej lubię maj – ulicami płyną rzeki topniejącego śniegu, wtedy nie przyjeżdża tu nikt. Nawet jeśli któregoś dnia stąd ucieknę, na pewno wrócę.

Patrz duchom głęboko w oczy

Pytam Japończyków, czy mogę zabrać się z nimi. Stanowczo odmawiają. Kiedy jedni na zorzę polują, inni się przed nią chowają. Saami, rdzenni mieszkańcy Laponii, wierzyli, że zorza porywa samotne dziewczyny. Jeśli wyjdziesz na dwór sama, w najlepszym wypadku zorza spali ci włosy. Zorza to wściekły lis, który biega między górami z płonącym ogonem. Dzieciom do tej pory mówi się, żeby siedziały cicho, kiedy na niebie świeci zorza.

A przecież to tylko słoneczny wiatr. Kiedy zderza się z polem magnetycznym Ziemi, jest przyciągany na bieguny. Cząsteczki promieniowania słonecznego uaktywniają znajdujące się w atmosferze gazy. W zależności od ilości energii, jaką ze sobą niosą, widzimy inny kolor zorzy. Fala światła rozbija się na kolory jak tęcza.

A może się mylę? Może istnieje alternatywny świat, równoległy do naszego, zamieszkany przez duchy. Czasem idziesz lasem i widzisz stado reniferów i ich właściciela. A potem odwracasz się na chwilę, a kiedy patrzysz znowu, ani jego, ani reniferów już nie ma. – Bo oni są z tamtego świata, ze świata duchów – tłumaczy mi Maria. – Te duchy są z natury dobre, ale uważaj na nie. Nigdy nie buduj domu tam, gdzie mają wejście do swojego świata, ani nie wchodź im w drogę, bo się rozzłoszczą. Nie wolno też pozwolić, aby stanęły ci za plecami – trzeba zawsze patrzeć im głęboko w oczy. A jeśli chcesz być bogata, weź nóż i rzuć nim ponad stadem reniferów. Jeśli uda ci się przerzucić nóż ponad kilkuset reniferami, będziesz opływać w dostatki!

Maria i Satu są Saami. Saami przywędrowali do Finlandii z Syberii. Ich najstarsze osady znajdowały się w okolicach Inari 8 tys. lat temu. W tamtym czasie osady leżały nad morzem. Później wynurzył się ląd i obecnie miejscowość Inari leży nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie, daleko od morza. Jezioro jest ogromne: znajduje się na nim 3 tysiące wysp, a linia brzegowa ma 3 tysiące kilometrów.

Laponia to region kulturowy, który ciągnie się od Norwegii, poprzez Szwecję i Finlandię, do części Półwyspu Kolskiego w Rosji. Są to ziemie tradycyjnie zamieszkane przez Saami. W samej Finlandii na obszarze 17 tys. km kw. żyje 7 tysięcy osób, średnio jedna na dwa kilometry.

Ich życie nie należy do najłatwiejszych. Na karetkę lub policję czeka się dwie godziny, chyba że to nagły wypadek, wtedy przylatuje helikopter. Głównymi źródłami utrzymania były jeszcze do niedawna hodowla reniferów i łowienie ryb. Teraz zajmuje się tym zaledwie jedna dziesiąta ludności. Utrzymać można się tu jeszcze tylko z turystyki. Bezrobocie sięga 40 proc.

 

Każdy chce być Saami

Saami posługują się trzema różnymi językami. Po wojnie rząd zabronił ich używać, zmuszał Saami do porzucenia tradycyjnego sposobu życia. Teraz bardzo dba o zachowanie ich kulturowego dziedzictwa. W Inari jest ogromne muzeum sztuki Saami. Mają też własny parlament, rozgłośnię radiową i rzecznika swoich praw.

Ze względu na języki Saami system szkolnictwa w Laponii jest niezwykle rozbudowany. Każdy może uczyć się po fińsku i studiować język Saami jako przedmiot dodatkowy. Można też wybrać naukę w jednym z trzech języków Saami i dodatkowo uczyć się fińskiego. W szkole musi więc być nauczyciel, który uczy wszystkich przedmiotów po fińsku, i nauczyciel, który uczy fińskiego jako opcji. Musi być również nauczyciel, który uczy wszystkiego w jednym języku Saami, i nauczyciel, który uczy tego języka jako opcji. A także nauczyciel, który uczy wszystkiego w drugim języku Saami, itd.

O tym, czy jesteś Saami, decyduje parlament. Co cztery lata można zgłaszać wnioski o orzeczenie pochodzenia. Decydują o tym trzy elementy: pochodzenie przodków (czy ktoś z rodziny jest lub był zarejestrowany jako Saami), czy czujesz się Saami i czy mówisz którymś z języków Saami. Czasem dochodzi do absurdów, dlatego system będzie musiał ulec modyfikacjom. Zdarza się, że z dwojga dzieci tych samych rodziców jedno jest Saami, a drugie nie. Albo ojciec jest Saami, a matka nie. Albo oboje rodzice nie są, bo należą do pokolenia, w którym zabraniano używać tradycyjnego języka.

Teraz każdy chce być Saami. Dlaczego? Przekonują mnie, że chodzi o prawo głosu w sprawach, które dotyczą ich społeczności – parlament Saami ma głos doradczy w parlamencie fińskim. Tak naprawdę jednak chodzi o pomoc państwa w hodowli reniferów i rozwiązanie kwestii własności ziemi. Saami uważają, że ziemie Laponii im się należą.

Wielu jednak ucieka od tutejszego surowego życia. Największe społeczności Saami zamieszkują metropolie na południu – Helsinki, Sztokholm, Oslo. Zostają tylko najbardziej wytrwali, tacy jak Satu i jej mąż, Maria i jej rodzina. Maria należy do północnych Saami, jej mąż i syn to Saami Inari. Córka, podobnie jak matka, jest północną Saami. Rozmawiają po fińsku, inaczej by się nie zrozumieli. Maria, podobnie jak Satu, prowadzi z mężem farmę reniferów. Od czasu do czasu udostępnia ją także turystom, żeby mogli poznać kulturę i codzienność jej ludu. Maria zna wiele starych pieśni joiku. W jej wykonaniu pełne są głębi i mocy.

Jeśli zabraknie reniferów…

Podobno znają każdego swojego renifera. Stoisz, rozmawiasz z kimś, a on nagle mówi, że musi iść, bo wraca jego renifer. Rozglądasz się i nie widzisz nic, dopiero po chwili wynurzają się zza drzew jakieś zwierzęce uszy. Kiedy pędzi się stada, dzieci nie idą do szkoły, bo jak tłumaczą, renifery ich potrzebują

Ilona mówi, że uwielbia Saami. – Są niesamowici. Tak zespoleni z naturą. Widzą cię raz i pamiętają przez całe życie. Spotykasz ich po pięciu latach, a oni pytają, co teraz robisz.

Podobno znają każdego swojego renifera. Stoisz, rozmawiasz z kimś, a on nagle mówi, że musi iść, bo wraca jego renifer. Rozglądasz się i nie widzisz nic, dopiero po chwili wynurzają się zza drzew jakieś zwierzęce uszy. Kiedy pędzi się stada, dzieci dostają zwolnienie od szkoły. Po prostu przychodzą i mówią, że nie mogą być w szkole, bo renifery ich potrzebują.

Renifery są dla Saami wszystkim. Jest ich jednak coraz mniej, bo hodowla – bardzo ciężka praca – jest opłacalna tylko przy dużych stadach. – Jeśli zabraknie reniferów, nie będzie tu nic – mówi Satu.

W takich małych miasteczkach jak Saariselka największą plagą zdają się łosie wybiegające kierowcom na drogę i muszki owocowe latem, a jedynym szaleństwem malowanie domów na czerwony kolor.

Mija wiele dni, a niebo pozostaje zachmurzone. Mówię do naszej przewodniczki: – Dzwoń. Dzwoń do obserwatorium i pytaj. Niech ściągają autokar. Dzisiaj wieczorem jedziemy szukać zorzy jak Japończycy.