W ciszy kwitnie przemoc: o przemocy seksualnej

fot. istock

Pragnienie, by to, co zniszczyło mi życie, uczynić czymś konstruktywnym, było moją największą motywacją – mówi Thordis Elva, autorka książki „Chcę spojrzeć ci w oczy”. Napisała ją wspólnie z Tomem Strangerem, mężczyzną, który ją zgwałcił

Zapytam wprost. Jak to się stało, że napisałaś książkę o swoim doświadczeniu gwałtu wspólnie z człowiekiem, który za ten gwałt jest odpowiedzialny?

Żyłam z tym doświadczeniem przez wiele lat i miało ono ogromny wpływ na moje dorosłe życie. Próbując się uleczyć, starałam się jak najwięcej nauczyć i dowiedzieć na temat przemocy seksualnej. W 2009 roku napisałam książkę, która prezentowała stanowisko Islandii, mojej ojczyzny, w kwestii przemocy seksualnej. Pokazywała, jak z przemocą walczą media, sądownictwo, politycy i jak wygląda dyskurs publiczny na ten temat. Jeździłam po świecie, brałam udział w konferencjach, próbując zrozumieć złożoność tego problemu. Zauważyłam pewną prawidłowość: mimo że większość osób doświadczających przemocy seksualnej to kobiety, a większość osób, która się jej dopuszcza, to mężczyźni – to w jakiejkolwiek konferencji czy debacie brałam udział, publiczność stanowiły głównie kobiety. Zrozumiałam, że ten temat potrzebuje uwagi mężczyzn, a nie dostanie jej, jeśli nie pojawi się choć jeden mężczyzna, który przekona innych, że warto się zaangażować.

I to jest moment, kiedy pojawia się Tom Stranger, sprawca twojego gwałtu i twojego cierpienia.

Kiedy opowiadamy o naszym wspólnym doświadczeniu, część słuchaczy identyfikuje się ze mną. Tom skupia uwagę tych, którzy ze mną się nie utożsamią. Razem mamy szansę dotrzeć do większego grona zainteresowanych, a przede wszystkim uczynić sprawców gwałtu widzialnymi i pociągnąć ich do odpowiedzialności. Bo tak długo, jak są niewidzialni, istnieją na zasadach mitycznych potworów. Każdy z nas zna pewnie kogoś, kto doświadczył jakiegoś rodzaju przemocy seksualnej, ale dziwnym trafem nikt nie zna sprawcy tego typu przemocy. Jak to możliwe? Sprawcy wciąż nie mają nazwiska, twarzy, są ukryci w cieniu. Dopóki pozostają anonimowi, pozwalamy, by kierowały nami stereotypy na temat tego, kto popełnia przestępstwa seksualne.

Obecnie o statystycznych sprawcach gwałtu wiemy dużo więcej. Zazwyczaj są to osoby z bliskiego otoczenia zgwałconych, którym one ufały. Z którymi się spotykały, chodziły do szkoły, brały ślub. W 1996 roku, kiedy sama zostałam zgwałcona, moja cała nastoletnia wiedza na ten temat pochodziła z filmów. Gwałciciel był dla mnie zamaskowanym szaleńcem, chowającym się w krzakach lub w ciemnym zaułku. I dlatego kiedy Tom użył wobec mnie przemocy, nie wiedziałam, jak to nazwać, jak jego nazwać. W końcu był moim chłopakiem, a nie obcym zwyrodnialcem. Ja to nazywam „mitem o potworze”. Kiedy wydaje nam się, że z góry wiemy, kim jest sprawca, nie chcemy uwierzyć zgwałconej, gdy mówi, że to nie był potwór, tylko sąsiad, wujek czy mąż.

Niektórych niepokoi fakt, że napisałaś książkę wspólnie ze swoim gwałcicielem. Spotkałaś się z zarzutem, że trywializujesz przemoc seksualną?

Tak, spotkałam się z uwagami, że normalizuję gwałt. Ja go raczej demaskuję. Gwarantuję, że gdyby Tom podczas naszych publicznych przemówień, debat czy wywiadów próbował umniejszyć swój udział w tamtym gwałcie, obniżyć swój poziom winy i wybielić się lub otrzymać odkupienie w oczach opinii publicznej – wówczas uznałabym to za hańbiący sposób podejścia do tematu i nigdy bym w czymś takim nie wzięła udziału. My robimy coś zupełnie przeciwnego. Współpracujemy, by podkreślić, jak poważną, ale i jak powszechną sprawą jest przemoc seksualna.

To swoista ironia, że ludzie nazywają nasze działanie normalizującym przemoc seksualną, podczas gdy nasze społeczeństwo robi to cały czas. Jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie, Donald Trump, mówi o przemocy seksualnej żartobliwie i nazywa ją „gadką w męskiej szatni”, jakby to była część bycia facetem, część samczej kultury. A w nagrodę Amerykanie wybierają go na prezydenta! Dlatego zmiana postrzegania przemocy seksualnej wymaga współpracy kobiet i mężczyzn. Ona jest powszechna w tym sensie, że przejawia się niezależnie od kraju, religii, grupy etnicznej czy wiekowej, ale to nie znaczy, że jest normalna.

Uważnie dobierasz słowa. Nie mówisz „ofiara gwałtu” („victim”), ale „osoba, która przeżyła gwałt” („survivor”), nie używasz słowa „gwałciciel”, ale „sprawca gwałtu”. Dlaczego to dla ciebie takie ważne?

WW islandzkim, moim ojczystym języku, „ofiara” oznacza owcę prowadzoną na rzeź, co od razu pozbawia opisywaną w ten sposób osobę władzy nad sobą, samostanowienia. A jeśli próbujesz odbudować swoje życie po doświadczeniu przemocy, zaraz po tym, gdy ktoś ograbił cię z całej twojej siły, nie potrzebujesz takiej etykietki. Myślę, że trudno jest odzyskać wiarę w siebie i siłę, gdy ktoś nazywa cię „ofiarą”, bo to słowo czyni cię bezwolną, oznacza, że nie ma dla ciebie ratunku. Dlatego słownictwo, jakim się posługujemy, musi być neutralne, to nie „ofiary” powinny nosić piętno, nie one powinny się wstydzić. „Survivor”, czyli „osoba, która przeżyła gwałt” oznacza, że coś ci się przytrafiło, ale wyszłaś z tego. Jest w tym nadzieja, przyszłość i siła. Takie słowo pozwala ludziom się otworzyć i mówić o swoim doświadczeniu. A bardzo potrzebujemy ich świadectwa, cisza zawsze sprzyja sprawcom gwałtu.

Dlaczego „sprawca gwałtu”, a nie „gwałciciel”?

„Gwałciciel” to może być ktoś, kto dopuścił się gwałtu, ale to także może być określenie na kogoś, w kogo osobowość gwałt wpisał się na stałe. Ja uważam, że gwałt to czyn, a nie tożsamość. Dlatego bardziej trafny jest termin „sprawca gwałtu”, bo wówczas skupiamy się na zachowaniu, na czynności gwałtu. Jeśli uznalibyśmy, że gwałt to kwestia tożsamości, niosłoby to ze sobą stwierdzenie, że gwałciciel nie może zmienić swojego zachowania. Oczywiście to prawda, że niektórzy ludzie nie zmienią się nigdy, ale w wielu przypadkach poprawa jest możliwa, dlatego ważne jest, by skupić się na czynach, nie na osobach.

Gdybyś myślała o Tomie jako o gwałcicielu, ta książka nigdy by nie powstała.

Zanim zdecydowałam się na korespondencję z Tomem, która trwała osiem lat i zakończyła się spotkaniem, zapytałam go o to, czy skrzywdził kogoś jeszcze. Gdybym odniosła wrażenie, że jest seryjnym sprawcą, wówczas przerwałabym kontakt i próbowała powiadomić odpowiednie służby. Jako nastolatka miałam mylne wyobrażenie na temat gwałtu i tego, kim jest gwałciciel, nie nazwałam tego, czego doświadczyłam, gwałtem, a kiedy już to do mnie dotarło, Tom był po drugiej stronie globu i na innym etapie życia. Moje rany się zagoiły, świadków zdarzenia nie było, więc wniesienie oskarżenia nic by nie dało. Napisałam do Toma list, a w odpowiedzi otrzymałam jego przyznanie się do gwałtu. Przez osiem lat czytał moje listy, w których tłumaczyłam mu wpływ tego, co zrobił, na moje życie. W końcu spotkaliśmy się po to, by rozliczyć się z przeszłością oraz stać się bardziej świadomymi ludźmi. Pragnienie, by coś, co zniszczyło mi życie, uczynić czymś konstruktywnym, było moją największą motywacją. Z listów, jakie otrzymuję od ludzi z całego świata, widzę, że wiele osób odnalazło ukojenie i nadzieję w naszej historii.

Jesteś głosem i twarzą kobiet, które przeżyły gwałt. Czy trudno jest mówić o przeszłości po tylu latach?

Nie robiłabym tego, gdyby było to dla mnie bolesne, bo nauczyłam się stawiać najwyżej moje dobre samopoczucie. Ale to nigdy nie będzie dla mnie neutralny temat. I dobrze, ten temat powinien nas dotykać, wytrącać z równowagi. Kiedyś nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie mówiącej o tym publicznie, więc jeśli czyta ten wywiad jakaś zgwałcona kobieta, która myśli, że nigdy nie opowie o tym, co ją spotkało, to mam jej do przekazania te słowa: też tak kiedyś czułam, ale to nie ty masz się wstydzić, tylko sprawca, bo to on jest odpowiedzialny za to, co się stało. Na końcu tego ciemnego tunelu czeka na ciebie nadzieja i światło.

Według danych w Polsce może dochodzić do 200 przypadków gwałtów dziennie, jednak sprawcy nie trafiają równie często do więzienia. Czemu tak się dzieje?

Jedną z typowych reakcji osób, które doświadczyły gwałtu, jest obwinianie siebie. To produkt naszego społeczeństwa, uczy się nas, że są pewne zasady, których powinnyśmy przestrzegać, by uniknąć przemocy. Wmawia się nam, że jak będziemy się odpowiednio ubierać czy zachowywać – zmniejszymy ryzyko gwałtu. Zatem skoro społeczeństwo zafundowało nam szkolenie, żeby nie nosić miniówek i nie zostawiać niedopitego drinka na stole, a mimo to zostałyśmy zgwałcone, to po prostu zawaliłyśmy sprawę. Uczy się nas, że odpowiedzialność leży po naszej stronie, podczas gdy osobą odpowiedzialną za nasz gwałt jest JEDYNIE osoba, która stosuje przemoc. Gdybyśmy tyle czasu i energii, co na pranie mózgu kobietom, poświęcali na uczenie chłopców i mężczyzn, że nie wolno przekraczać granic drugiej osoby, nie wolno naruszać jej nietykalności bez zgody – współczynnik obwiniania się przez osoby zgwałcone byłby niższy. W wyniku poczucia winy i obwiniania się pojawia się cisza. A w ciszy kwitnie przemoc. Gdy skrzywdzeni milczą, sprawcy mogą robić swoje. Dlatego potrzebujemy, by osoby, które przeżyły gwałt, zaczęły głośno mówić o swoim doświadczeniu. Edukacją powinno się także objąć policjantów, sędziów, prokuratorów, by wiedzieli, że nie ma jednego wzorca reakcji po gwałcie, nie wszyscy też od razu mają objawy traumy, co czasem wykorzystywane jest przeciwko nim. Niektórzy uważają, że jeśli kobieta przychodzi do pracy, zachowując się pozornie normalnie, to nie jest w szoku posttraumatycznym. Ja też tak myślałam jako nastolatka, że nikt mi nie uwierzy, bo nadal chodzę do tej samej szkoły co Tom.

Co możemy zrobić w tej sprawie jako społeczeństwo, a co jako poszczególne jednostki?

Trzeba zacząć od edukacji i wpajania dzieciom tego, jak ważne jest respektowanie własnych i cudzych granic. Kiedy chodziłam do szkoły, chłopcy czasem ciągnęli mnie za włosy. Zawsze wtedy słyszałam: „O, podobasz mu się”. Jakie przesłanie za tym szło? Że kiedy chłopiec cię lubi, to na pewno cię skrzywdzi? Na zajęciach z edukacji seksualnej nie powinno się uczyć jedynie o tym, skąd się biorą dzieci czy jak uniknąć HIV, ale także o tym, że w sytuacji intymnej należy upewnić się na każdym etapie waszego zbliżenia, że jest na nie zgoda po obu stronach.

Mówmy też głośno o toksycznych wzorcach męskości. Jak ten, że prawdziwy mężczyzna opiera swoje męstwo na dominacji. Takie postrzeganie sprawy jest szkodliwe dla kobiet, ale też dla samych mężczyzn, bo ogranicza definicję bycia mężczyzną, zubaża ją i wulgaryzuje.

THORDIS ELVA

pisarka, dziennikarka, prelegentka. W 2015 roku została Kobietą Roku w Islandii za niestrudzoną kampanię na rzecz równości płciowej. Stara się przerwać zmowę milczenia na temat przemocy seksualnej, czego wyrazem jest książka „Chcę spojrzeć ci w oczy”
(wyd. Czarna Owca)

PRZECZYTAJ I ZOBACZ

Kino i literatura coraz odważniej sięgają po bohaterki, które doświadczyły gwałtu. Stają się nie tylko heroinami dramatów psychologicznych, ale i thrillerów.

Najnowszy z nich – film „Una” w reż. Benedicta Andrewsa z Rooney Marą – miał swoją premierę podczas festiwalu Nowe Horyzonty. Główną bohaterkę poznajemy jako dorosłą kobietę ze skomplikowanym życiem osobistym. Okazuje się, że w wieku 13 lat była wykorzystywana seksualnie przez starszego od siebie mężczyznę, a może miała z nim romans? Film stawia pytanie, ile w tym było uczucia, a ile krzywdy.

Ta sama Rooney Mara kilka lat temu w filmie „Dziewczyna z tatuażem” wcieliła się w rolę Lisbeth Salander, prawdziwej współczesnej wojowniczki, która pomimo doznanych w dzieciństwie i młodości krzywd, w tym gwałtu, stworzyła własny i niezłomny system wartości. Równie silne, choć naznaczone blizną gwałtu, są bohaterki dwóch świetnych serii kryminalnych: Robin Ellacott z serii o Cormoranie Strike‘u („Wołanie kukułki”, „Jedwabnik”, „Żniwa zła”) autorstwa Roberta Galbraitha (czyli tak naprawdę J.K. Rowling) oraz komisarz Reiko Himekawa z kryminalnej serii „Przeczucie”, której autorem jest Tetsuya Honda.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »