fbpx

Społeczeństwo dziś: Mieć czy nie mieć

Społeczeństwo dziś: Mieć czy nie mieć
123rf.com

Demografowie przestrzegają: nadchodzące pokolenie z o wiele mniejszą potencjalną liczbą matek niż teraz przyniesie jeszcze mniejszą liczbę urodzeń. To ostatni moment, żeby coś zmienić. Problem w tym, by młodzi chcieli rodzicielstwa.
Kilka miesięcy temu Maria Czubaszek, poetka, satyryczka, dziennikarka, wywołała prawdziwą burzę wypowiedzią, że tak naprawdę nigdy nie chciała mieć dzieci i dwukrotnie poddała się aborcji. W naszym katolickim kraju to nie do pomyślenia – wszak wszyscy powinni chcieć dzieci, taki nasz święty obowiązek.

Szkopuł w tym, że coraz więcej młodych ludzi jawnie deklaruje, że w najbliższym czasie dzieci mieć nie zamierza. Jak wynika z badań Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej, twierdzi tak ponad połowa Polaków w wieku 20–39 lat! Na pytanie, czy w ciągu trzech lat planują potomstwo, około 50 procent bezdzietnych kobiet i prawie 60 procent bezdzietnych mężczyzn odpowiada: „nie”. Podobnie deklaruje około 53 procent kobiet i 45 procent mężczyzn z jednym dzieckiem.

Żeby pracowały na nasze emerytury

Demografowie biją na alarm. W Polsce co prawda odnotowuje się obecnie więcej urodzeń niż zgonów (przeciwne zjawisko, czyli depresję urodzeniową, zaobserwowano w latach 2002–2004), ale spada tak zwana dzietność, czyli średnia liczba dzieci przypadająca na 100 kobiet. Powinna oscylować między 210 a 215, tymczasem wynosi 138, co oznacza, że na 100 kobiet przypada zaledwie 138 dzieci. Tendencję spadkową obserwuje się od początku lat 90., kiedy to na każde dziesięć tysięcy Polaków rodziło się ponad 40 dzieci, w 2010 roku dziewięcioro, a rok później – tylko czworo. Taki trend odnotuje się także w innych krajach Europy.

Kinga, 32 lata, copywriterka w dużej firmie reklamowej, od dwóch lat w wolnym związku: – Dzieci? Jeszcze nie teraz. Teraz chcę wycisnąć z życia co się da, nacieszyć się wolnością, podróżować, bawić się, poznawać ludzi. Na razie nie wyobrażam sobie siebie jako mamy. Mam dużo pomysłów, planów, marzeń. Nie da się ich pogodzić z macierzyństwem. Na dziecko przyjdzie czas. Kiedy? Jak nasycę się wolnością, zarobię na większe mieszkanie, lepszy samochód, odłożę na opiekunki i dobrą szkołę.

W podobnym tonie wypowiada się wiele potencjalnych rodziców. Jak wynika z badań SGH, których współautorkami są Monika Mynarska i Anna Matysiak, młodzi ludzie pytani o dzieci na ogół odpowiadają, że w ogóle to i owszem, chcą je mieć, tylko nie teraz. I odkładają decyzję o rodzicielstwie, czasem na wieczne nigdy.

Demografka społeczna Monika Mynarska: – Kobiety, pytane o powody odraczania decyzji o macierzyństwie, podają takie argumenty, jak: brak partnera, nieukończoną edukację, trudną sytuację materialną, brak mieszkania, nieustabilizowaną pozycję zawodową. Właściwie wszędzie kobiety uzależniają posiadanie dzieci od ukończenia nauki, a – jak pokazują badania Anny Matysiak – w Polsce dodatkowo – od stabilizacji zawodowej. Polkom nie wystarczy dobrze zarabiający partner. Zanim zaczną myśleć o dzieciach, chcą również mieć stały dochód. W badaniach przyznają się też do obaw, czy sobie poradzą z obowiązkami, czy pogodzą macierzyństwo i pracę zawodową, czy zapewnią dziecku dobry poziom życia i nauki, dodatkowe zajęcia, bo wiedzą, ile kosztuje żłobek, przedszkole, a nie wszystkie mogą liczyć na pomoc babci.

Na drugim biegunie obserwujemy dziś więcej kobiet w ciąży (pokolenie wyżu lat 80.), ale to nie poprawia niepokojących tendencji demograficznych, ponieważ tak zwana dzietność jest wciąż drastycznie niska. A co się stanie, gdy (już za kilka lat) w wiek reprodukcyjny wejdzie niż demograficzny?

Demografowie przestrzegają: nadchodzące pokolenie z o wiele mniejszą potencjalną liczbą matek niż teraz przyniesie jeszcze mniejszą liczbę urodzeń. To ostatni moment, aby coś zmienić.

Problem w tym, by młodzi chcieli rodzicielstwa. Ale oni pytają wprost: „po co nam dzieci?”. Politycy ze wszystkich właściwie opcji politycznych przekonują, że tylko dzieci mogą zapracować na nasze przyszłe emerytury. Jednak zachęt prourodzeniowych jak na lekarstwo.

Żeby miał kto zaopiekować się na starość

W jednostkowym i rodzinnym wymiarze raczej w ogóle nie uzasadnia się potrzeby posiadania dzieci. Jeżeli już, to tym, żeby miał kto na starość podać szklankę wody.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Współcześni rodzice są bardzo przejęci swoją rolą: chodzą do szkół rodzenia, potem na warsztaty dla rodziców, dyskutują o wychowaniu na forach internetowych, czytają poradniki, często jednak takie, jakie wpadną im w ręce, a w tych poradnikach jedna teoria zaprzecza drugiej. Starają się, ale miotają od ściany do ściany. Kiedy pytam ich: „A właściwie po co wam dzieci, na kogo chcecie je wychować, jakie wartości zaszczepić?”, nie wiedzą, co powiedzieć. Jedna z matek, skądinąd inteligentna, wykształcona, wypaliła mi szczerze, że dziecko potrzebne było jej jako argument do ślubu. Młoda, atrakcyjna doktorantka, on, znany profesor mający rodzinę i dzieci – stary jak świat schemat romansu. Ona w pewnym momencie nalega na małżeństwo, on nie mógł się zdecydować i dziecko jest tym języczkiem u wagi. Kobieta postanawia „złapać” mężczyznę na dziecko, co zresztą jest nie tylko domeną kobiet, mężczyźni też usidlają w ten sposób kobiety. Z mojej praktyki wynika, że mało jest takiej dogłębnej refleksji na temat rodzicielstwa. Dzieci się ma, bo wszyscy mają. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Będzie kto miał się nami zaopiekować. Mało kto zadaje sobie pytanie: „dlaczego chcemy mieć dzieci?”.

Postanowiłam zapytać o to kilkoro młodych rodziców w różnych miejscach Warszawy, gdzie bywają rodzice z dziećmi.

W kinie Muranów po sobotnim poranku filmowym podeszłam do Magdy, 29 lat, mamy Kacpra (cztery lata) i Mai (dwa lata). Po chwili namysłu odpowiedziała: – Szczerze? Nasze dzieci nie były planowane. Tak wyszło. Oczywiście, chcieliśmy je mieć, ale nie tak wcześnie. Dlaczego chcieliśmy? Co za pytanie! Dom bez dzieci jest ułomny, jak gdyby niedokończony. Obydwoje z mężem pochodzimy z wielodzietnych rodzin, ja mam brata i siostrę, mąż – trzech braci. Nie wyobrażaliśmy sobie, żeby w naszym domu mogło być inaczej. Ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że dzieci wprowadzają w życie aż taką rewolucję. Zmieniają wszystko, nic nie jest już tak jak wcześniej. Bywa naprawdę ciężko. Ale dzięki temu człowiek docenia każdą chwilę bez gorączek, zaparć, cieszy się z banalnych rzeczy, jak wyjście do sklepu czy fryzjera. I chyba po to są dzieci – żeby było trudno i żeby umieć cieszyć się, gdy sobie z tymi trudnościami poradzimy.

Żeby mieć dla kogo żyć

W ogródku jordanowskim przy ulicy Grochowskiej spotkałam Katarzynę, 44 lata, mamę trzyletniego Jasia (a także 19-letniej Jagody, 18-letniej Sylwii i Michała, lat dziesięć):
– Jesteśmy wierzący, praktykujący. Poznaliśmy się z mężem na rekolekcjach, działamy w katolickim środowisku. Dla nas dzieci to dar od Boga, to jego świadectwo. Nigdy się nie zastanawialiśmy, ile mieć i kiedy. One przyszły do nas, a my je po prostu przyjęliśmy z miłością i pokorą. Po urodzeniu starszych córek miałam poważne problemy ze zdrowiem, lekarze orzekli, że już nie będę mogła mieć dzieci, a tu, proszę, po latach Bóg zesłał nam Michała, a potem Jasia. Dla nas dzieci są nieodłączną częścią nas, a jednocześnie dowodem na istnienie Boga. Nieustannie przypominają nam, co w życiu ważne. Jak człowiek ma dzieci i jest prawdziwie wierzący, to nie ma szansy, żeby się pogubił. Wie, jaki jest sens tej jego krzątaniny na ziemi.

W kawiarni Plac Zabaw przy Jeżewskiego zwrócił moją uwagę Jacek, lat 35, tata Janeczki (trzy lata). Najpierw wykręcał się od odpowiedzi:

– Niech sobie przypomnę… No chyba jednak nie mam nic do powiedzenia, bo nie chciałem mieć dzieci. Nie żeby w ogóle, ale na pewno nie wtedy. Gdy facet kończy trzydziestkę, dopiero zaczyna się rozkręcać, a dzieci to megaodpowiedzialność.

– To skąd Janeczka? – dopytuję.

– Z miłości. Szalonej. Poznaliśmy się z Kaśką, odebrało nam rozum i stało się… urodziła się Janka.

– No i jak jest? – ciągnę za język.

– A nie widać? Kompletnie mną zawładnęła. Od pierwszych dni po urodzeniu wywróciła mi świat do góry nogami. Nagle musiałem stać się dorosły. Nie myśleć tylko o tym, gdzie pojechać na wakacje, gdzie zaszaleć w weekend, z kim się napić, a z kim zagrać w tenisa. Bo wcześniej tak żyłem: jeździłem po świecie, imprezowałem, ale ciągle czegoś człowiekowi brakowało, mało co cieszyło. Teraz cieszy wszystko. Na przykład, że Janka powiedziała nowe słowo, zjadła obiad, przespała noc.

– Po to potrzebne jest dziecko?

– Mnie córka postawiła do pionu. Wiem, dla kogo żyję.

Żeby zobaczyć w nich siebie

Przeprowadziłam jako dziennikarka dziesiątki rozmów z rodzicami, a także z ludźmi, którzy jak Dorota Kędzierzawska, reżyserka, i Artur Reinhardt, operator, z wyboru pracują z dziećmi. Dla większości z nich pytanie: po co dzieci?, jest pytaniem retorycznym.

Dorota Kędzierzawska (mama córki): – Jestem zakochana w naszych filmowych dzieciach, szczególnie tych z „Jutro będzie lepiej”. Najmłodsze z nich, Oleg Ryba, dzieciństwo spędziło w domu, bardzo rzadko gdzieś z niego wychodziło. Ma niesamowitą wrażliwość i wyobraźnię. Po pierwszym etapie zdjęć jest ognisko, a on, który pierwszy raz w życiu coś takiego widzi, stoi, wpatruje się z przejęciem w ogień i nagle zaczyna płakać. Pytam, co się dzieje, a on mówi, pochlipując: „przecież to drewno boli”. To coś niebywałego, żeby do palącego drewna poczuć tyle empatii!

I drugi obrazek: jesteśmy pierwszy raz na zdjęciach w lesie, starsi chłopcy już przeszli wyznaczoną ścieżkę, a Oleg idzie ostatni. Nagle zatrzymuje się w połowie drogi, odwraca się tyłem do kamery, podnosi coś z ziemi i krzyczy z takim przejęciem, jakby znalazł nie wiadomo co: „Mama, mama, ja szyszku naszoł!”. To niesamowite, że można cieszyć się z każdego drobiazgu. Taki zachwyt w odkrywaniu świata zawsze mnie dziko wzrusza. Myślę sobie wtedy: „szkoda, że to zatraciliśmy”.

Artur Reinhardt: – Uczę się od dzieci uczciwości, szczerości i otwartości. One nikogo nie udają, są sobą, mówią, co myślą, pokazują, co czują. Nie lubię czytać recenzji filmowych, a uwielbiam czytać te, które dostajemy od dzieci. Nie ma w nich zakłamania, a emocje są zupełnie czyste. Uczę się tego od nich, bo lubię szczere, uczciwe relacje.

Danuta Stenka (mama dwóch córek): – Złapałam się kiedyś na tym – i to wypisało mi się drukowanymi literami – że wszystkie cechy i zachowania, które mnie w nich drażnią, które usiłuję w nich wytępić, dostały ode mnie. Prawdopodobnie gdzieś na dnie głowy nie akceptuję ich w sobie i w ten sposób z nimi walczę. Dzieci to takie zwierciadełka. Można w nich zobaczyć siebie.

Podobnego zdania jest aktor Wiesław Komasa, tata czworga dzieci: – Człowiek opiekuje się dziećmi, chce je wychowywać, a potem okazuje się, że one od samego początku też nas wychowują. Pod ich wpływem musimy przestawiać swoje myślenie, powściągnąć egoizm, dojrzeć i dzieje się to w sposób naturalny. Zauważyłem, że to, co mnie najbardziej w nich denerwuje, to są moje cechy, które w nich widzę. Irytują mnie, ale tak sobie myślę, że to ja muszę z tym coś najpierw zrobić.

Dzieci bardzo mnie ukształtowały. Dopowiedziały wiele rzeczy, ponazywały, ale też jakoś ograniczały. Szybko jednak zrozumiałem, że to ograniczenie czyni człowieka dojrzałym inaczej. Tak mi się wydaje. Bo tak naprawdę ponazywać ten radosny obowiązek jest trudno. Ale cóż to znaczy wobec wigilijnego stołu?

Henryk Sawka (tata dwojga dorosłych dzieci): – Dzieci mnie bardzo inspirują. Kuba ma dużą świadomość językową. Mówię mu na przykład: „idziemy na uroczystość”, a on (miał wtedy pięć lat) stwierdza: „To znaczy, że będzie uroczo i czysto”. Innym razem proponuję: „zostaniesz sam w domu”. Protestuje. Pytam: „A pamiętasz Kevina samego w domu?”. On: „Kevin nie był sam, przecież tam były kamery”.

Marta Hryniak (córka Krzysztofa Kieślowskiego, mama trzech córek): – Dla mnie bycie mamą to walka ze sobą, ze swoimi egoistycznymi potrzebami, lękami. Dlatego gdy chcę coś zmienić w dzieciach, zaczynam od siebie.

Katarzyna Stoparczyk (mama dwóch synów): – Wierzę, że to dzieci wybierają sobie rodziców. One nie są naszą własnością, tylko naszym wielkim przywilejem. Mamy szczęście, że możemy je wychowywać. Życie nas kiedyś rozliczy, co z tym przywilejem zrobiliśmy.

Żeby stać się bogatym

To, że dzieci wybierają sobie rodziców, a nie odwrotnie, głosi wiele duchowych teorii. Według nich dusze, zanim poczną się w łonie matki, dość perfekcyjnie wybierają sobie ojca i matkę. A wszystko po to, aby optymalnie, oczywiście z duchowego punktu widzenia, przejść lekcję życia tu, na ziemi.

Ksiądz profesor Janusz Tarnowski, pedagog, wychowawca kilku pokoleń uczniów, słynie z tego, że ma wyjątkowy kontakt z dziećmi. Wszędzie podkreśla, że to on uczy się od dzieci. Powiedział mi w jednym z wywiadów, że nie może zgodzić się z porównaniem wychowawcy do rzeźbiarza, który z bezkształtnej bryły marmuru powoli kształtuje rzeźbę. Według niego taka wizja wychowania jest nie do przyjęcia. Po pierwsze dlatego, że degraduje wychowanka do roli przedmiotu, a po drugie – rolę aktywną przeznacza jedynie dla wychowawcy. A według profesora Tarnowskiego wychowanie to spotkanie współdziałających stron, a każda z nich – choć w różnym stopniu odpowiedzialności – ma charakter podmiotowy.

W książce „Szczęśliwsze i prostsze życie z dziećmi” (Studio Emka) Wernera Tikiego Kustenmachera, ewangelickiego pastora, i jego żony Marion, czytam: „Ten, kto posiada dziecko, jest bogaty. To zdanie napiszcie dużymi literami nad drzwiami pokoju dziecinnego, na segregatorze, gdzie trzymacie wszystkie rachunki bankowe. Myślcie o tym stwierdzeniu nawet wtedy, gdy środki masowego przekazu będą was bombardować zdaniem: Nie stać nas na posiadanie dzieci. Śledząc losy ludzkości, dowiecie się, że już od zarania dziejów pieniądze i dobra materialne nie były dla ludzi najważniejszą zdobyczą. Dobre samopoczucie, sens życia, bogate życie wewnętrzne możemy na pewno osiągnąć, jeżeli będziemy posiadać potomstwo. Nieważne jest to, czy rodzice są małżeństwem, czy żyją bez ślubu, czy też mieszkają osobno”.

Jako mama dwóch synów – potwierdzam, choć muszę dopowiedzieć, że owo bogactwo okupione bywa potwornym zmęczeniem, trudami, wątpliwościami. Ale to dzięki dzieciom stajemy się prawdziwie dorośli, potrafimy lepiej się zorganizować, ustawić swoje priorytety, cieszyć się z małych spraw. Dzieci wyostrzają naszą wrażliwość, leczą z egoizmu, choć z drugiej strony – dopingują też do walki o siebie. Rozwijają nas i uczą. Ja na przykład dzięki starszemu synowi parę ładnych lat temu zgłębiłam tajniki komputera i Internetu, przekonałam się do sportu, muzyki w stylu grunge, dredów i martensów. Młodszy, pasjonat gotowania, pokazał mi kuchnię jako sztukę i cały czas uczy życia w tempie slow. Świat bez nich? Niewyobrażalny.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>