fbpx

Kropki i krople w locie

Jestem po lekturze kilkuset dzienników, które napłynęły na kolejny nasz konkurs w magazynie. Znowu więc zanurzyłem się w Waszym życiu tak głęboko, że teraz niechętnie wracam do swojego. Może też dlatego, że mimo wszystko łatwiej znosić cudze dramaty niż swoje.

Wiele prac jest świetnie pisanych. Kilka przybyło z głębokiej wsi, jest dziennik z Pakistanu (autorka musi być ukrywana przez pakistańskiego męża przed rodziną, okazało sie, że na miejscu juz ma on żonę), są dzienniki z Bułgarii, z Kalifornii… wszędzie juz jesteśmy na długo lub na stałe. Uderza szczerość i otwartość w pisaniu o kobiecej fizjologii, o seksie, uczuciach, porażkach w relacjach. Młoda autorka notuje: „Jestem jak moja mama. Kropka w kropkę. Moja córa będzie taka jak ja. I wszyscy będą nieszczęśliwi”. Na szczęście to tylko zagrożenie, a kropki i krople w locie zmieniają kształt. Największy jednak problem mają kobiety z mężczyznami, oni za mało czują, na dodatek dawna męska rola jest w rozsypce. Jak teraz złożyć facetów do kupy?

Zawsze interesowało mnie, na ile większość ludzi żyje w rzeczywistości, a na ile w fikcji. Rozumiem, że trudno zawsze patrzeć prawdzie w oczy. Są jednak takie miejsca, gdzie szczególnie często bawimy sie w ciuciubabkę. To zagadka śmierci. Nie da sie żyć, patrząc jej w oczy, ona pod znakiem zapytania stawia sens życia. Dlatego tak niezwykły krajobraz otwiera data 10 kwietnia 2010 roku. Katastrofa samolotu uderzyła w nas jak piorun, echo
słychać do dzisiaj. W każdym dzienniku widać szeroka bliznę. Skala wypadku uświadomiła wszystkim znikomość i niepewność istnienia. Zeszliśmy nagle wszyscy, jak to sie mawia, na ziemię, ale wielu z nas tego nie wytrzymało. Ci zanurzyli się w mgle smoleńskiej, w mrocznych spiskach, w micie polskiej martyrologii. A przecież w wypadkach samochodowych na naszych dziurawych drogach w ciągu tygodnia ginie więcej ludzi niż w tej katastrofie. Ale ze względu na rangę ofiar liczni zobaczyli tu palec boży. Doprawdy ciekawe, co Pan chciał nam tym palcem pokazać.  Wielką naiwnością, powszechną też w tych dziennikach, okazało się przekonanie, ze to nieszczęście uczyni nas lepszymi. A jak jest, każdy widzi. Nasze autorki jednak ominęło myślenie plemienne, jak też odruch martyrologiczny. Dzienniki ukazują walkę o samowiedzę i przemyślenia otwarte, liberalne. Takie chyba tez próbuje być nasze pismo.

Jedna z autorek mieszka w Londynie, wywiesza polską flagę, by napisać: „Nie lubię mojego kraju, a jednak jakoś go kocham. Całym obolałym sercem. Kraju, w którym od setek lat panuje bajzel i prywata, który jest dumny z przegranych powstań, katolicko-konserwatywny i bogoojczyźniany do »urzygania«. Gdzie połowa ludzi pije, bije, kantuje, ale w niedziele juz wytrzeźwiona stawia się w kościele, gdyż z dziesięciu przykazań pamięta tylko, aby dzień święty święcić. Kraj, który w światowych newsach pojawia sie tylko z okazji katastrof. A kiedy do niego się wraca, tyle zaniedbań, bywa brudno i szaro”. To też, niestety, jest jakaś prawda o nas, z daleka czasami widać ostrzej. Większość jednak żyje i chce żyć w „tym kraju” też po to, by zmieniać stan rzeczy. Zabieram wiec mojego synka, jego o rok starszą sąsiadkę, farby i pędzle, idziemy malować na różne kolory pobliską blaszaną szopę, opuszczoną przez Boga i ludzi, ale nie przez rdzę. Od jakiegoś czasu uważam, ze jeśli nie wszystko, to bardzo wiele jest w naszych rekach.