fbpx

Anna Janko: Komputerowe wdowy

Anna Janko: Komputerowe wdowy
123rf.com

…cztery razy zginął, pięć razy zmartwychwstał, boski się czuje…
O trzeciej w nocy po cichutku wymknęła się z małżeńskiego łóżka do sąsiedniego pokoju. Klawiaturą rozbiła 19-calowy monitor, wszystkie płyty CD porysowała i połamała. Obudowę komputera wyrzuciła przez okno, a drukarkę utopiła w wannie. Potem wróciła do sypialni, do ciepłej pościeli, i przytuliła się z miłością do śpiącego, nic niepodejrzewającego męża. Zasnęła w błogim przeświadczeniu, że odtąd cały wolny czas będzie on przeznaczał na ich miłość. Do końca życia pozostały jej jeszcze niecałe cztery godziny…

To historyjka złowiona w sieci. Może się komuś wydawać absurdalna, nierealna, bo dlaczego żona miałaby niszczyć „park maszynowy” swego męża, a on potem zabijać ją za to w szale zemsty? A jednak nie takie to nieprawdopodobne. Żony uzależnionych od gier komputerowych znają ten charakterystyczny morderczy błysk w oku męża. Znają dzikie wrzaski i ciskanie wszelkim meblem, co się uchwycić da, trzaskanie drzwiami, nawet rękoczyny jako reakcje na próby odciągnięcia męża od komputera. A nade wszystko – znają samotność.

We troje

Małżeństwo we troje, więc i samotność we troje… Bo mówimy tu o trójkącie: mąż, żona i komputer, z którym on ją zdradza, ją i resztę świata, tego realnego. Wraca z pracy małżonek, coś tam mruknie na dzień dobry, od dziecka się opędzi jak od uprzykrzonej muchy i natychmiast zaczyna zdradzać. Olśniony (blaskiem ekranu) dłoń kładzie (na myszce) z czułością i cały oddaje się swemu szczęściu. Przez trzy, sześć, dziewięć godzin, a w weekendy nawet kilkanaście! Możesz do niego mówić, możesz prosić, grozić i tak masz dla siebie tylko jego plecy. Co jakiś czas wstaje mąż do toalety. Jeśli jednak gra w Multiplayera on-line, może bohatersko wytrzymywać parcie na pęcherz nawet do rana! Albo jeśli ma już IQ podkręcone na maksa, odda mocz do słoja z zakrętką. Możesz go litościwie karmić, podstawiając pod nos cokolwiek, on i tak nie wie, co je.

W tym przypadku złota reguła: przez żołądek do serca mężczyzny, nie zadziała, niestety. Jeśli się zbuntujesz i przestaniesz w ogóle gotować, nie szkodzi, on przeżyje na paru red bullach i paczce czipsów. Jego organizm bowiem przechodzi na odżywianie wewnętrzne – syci się adrenaliną i innymi neuroprzekaźnikami, takimi jak serotonina. U każdego nałogowca, wszystko jedno czy
to alkoholik, czy hazardzista, czy komputerowy „groholik”, chemiczne podłoże psychicznego stanu jest podobne. Wszelkie uzależnienie to choroba emocji, którą chory człowiek próbuje uśmierzyć we własnym zakresie… Najpierw „homeopatycznie”, czyli mikrodawkami trucizny, z czasem gracz (nieraz już w miesiąc, dwa!) daje sobie „w żyłę” ilości oszałamiające, odczłowieczające.

Bo ten, co wstaje od komputera po 20 godzinach „zabijania”, nie jest już człowiekiem, lecz jakimś kosmoidem nadprzyrodzonym: cztery razy zginął, pięć razy zmartwychwstał, boski się czuje, bo „nad poziomy wyleciał”, osiągając najwyższy level w „Tibii” (nazwa gry), diabelską moc w sobie ma, przecież uśmiercał całą noc mieczem, karabinem, czołgiem. Zapytałam mojego syna, który ostatnio trzy razy przeprowadzał się ze swoją rodziną, czy nie ma poczucia wykorzenienia, a on na to: „Tam dom mój, gdzie mój komputer”. Zamarłam i może w słup soli bym się zamieniła, gdyby nie to, że zawołał natychmiast, widząc moją minę: „żartowałem, mamo!”. „Żartowałem, żartowałem”… w każdym żarcie tkwi ziarno prawdy, a on przecież pracuje akurat w tym biznesie.

Martwy mąż

Wieczorem kobieta usypia dziecko, sprząta kuchnię, bierze kąpiel, po czym kładzie się do łóżka. Marzy o czułych dotknięciach, pocałunkach, bliskości, o seksie marzy! On woła od biurka, że już kończy, jeszcze tylko trzech Niemców załatwi i zaraz będzie przy niej. Mija godzina, mija druga, ona wreszcie wstaje, naga, i podchodzi do niego, i pochyla się kusząco, pachnie upojnie. Nic z tego, jego wzrok nie pobłądzi, z ekranu się nie omsknie, on ściga uciekającego ludzika, bierze kolejne zakręty, przeskakuje mury i strzela, strzela, strzela. „Na co komu seks, jeśli można odpalić grę i godzinami wyzwalać hormony szczęścia!” – piszą z przekąsem co bardziej świadomi internauci. Gra jest lepsza od seksu, reguły są jasno określone, doznania gwarantowane, i żadnych reklamacji!

Za pół roku żona podejdzie do męża całkiem ubrana i wyszarpnie kabel ze ściany, będzie wrzeszczeć i grozić, że wyrzuci wszystkie gry, nawet kartę graficzną wyrwie z bebechów tej cholernej maszyny, że jego samego też wyrzuci. Za rok położy na klawiaturze pozew rozwodowy, a jego walizki będą stały spakowane w przedpokoju… Bo tak się nie daje żyć – bez żadnej pomocy, bez odpowiedzialności za cokolwiek, bez współpracy, współbycia, współmiłości. Nie daje się żyć z martwym człowiekiem, społecznie martwym.

Na wielu forach internetowych żony „martwych” mężów dzielą się swoimi doświadczeniami, swoim gniewem, łzami, także nadzieją i pomysłami na wyleczenie. Część z nich jest współuzależniona, nie potrafi zmienić sytuacji, nie potrafi odejść. Ratują instynktownie, matkują, walczą i ulegają, kontrolują, śledzą, zamykają komputer w piwnicy, łykają tabletki i kłamstwa, kochają i wierzą kolejny raz. Przecież nie jest pijakiem, na dziwki nie chodzi i jeszcze wciąż go z pracy nie wyrzucili
– tłumaczą sobie. Albo powtarzają, że każdy facet to duże dziecko. Te, co „pamięcią kultury” dysponują, dodają usprawiedliwienie historycznie uzasadnione: mężczyźni zawsze chodzili na wojnę, zawsze walczyli o coś z kimś gdzieś, polowali, zabijali, ginęli. I tylko dzisiaj mają bliżej, bo pole walki roztacza się – na biurku.

„Ogłosiłam strajk głodowy” – wyznała jedna z żon na forum kobiecym, i jak dla mnie, był to wyczyn ekstremalny, bardziej rozpaczliwy niż odejście od męża. „Przestałam jeść, w ciągu tygodnia schudłam trzy kilo, potem pięć kilo i ważyłam już 48! Ciągle leżałam w łóżku i byłam słaba. Naprawdę wtedy dużo potrafiłam zrobić, żeby mąż nie grał”. Nie wiem, niestety, jaki był finał głodowego protestu. Inna forumowiczka założyła sobie konto, aby razem z partnerem „zabijać tych Niemców”, jednak ją to znudziło. Okazuje się bowiem, że wirtualne gry aktywujące w mózgu rejon nagrody i uzależnienia od nagrody działają o wiele silniej w męskich mózgach niż w żeńskich. U kobiet nie ma aż takiego popędu neurologicznego do wygrywania.

W sieci mnóstwo jest dowcipów, anegdot, filmików i zdjęć wyśmiewających problem. Na przykład kabel od myszki krępujący nadgarstki albo wczepiony w żyłę przedramienia jak rurka kroplówki czy oferta sprzedaży koszulki z atrakcyjnym napisem: „Gry zrujnowały mi życie”. Na szczęście mam jeszcze dwa dodatkowe życia. A pod spodem trzy serca: dwa czerwone (świecące) i jedno czarne (wygaszone).Albo z innym napisem, bardziej wymownym: „Wygrałem w »Battlefielda«, przegrałem życie”. „Battlefield” to jedna z najpopularniejszych pierwszoosobowych strzelanek, gier wojennych, „stawiająca na realizm, wiarygodność i uczucie”, jak podkreślają producenci i recenzenci. Szczególnie owo „uczucie” przekonuje, prawda? Choćby w kontekście tego ciepłego dowcipu rodzinnego chodzącego w sieci: Syn wraca do domu i mówi: „cześć tato, wróciłem”. Ojciec siedzący przy kompie, nie podnosząc głowy, odpowiada: „O, już jesteś? A gdzie byłeś?”. Syn: „w wojsku, tato…”.

?>