fbpx

Zew natu

Wcześniej czy później musiałam to napisać. Będzie jak słowo na niedzielę, odezwa do narodu, propaganda prosto z serca. Uwaga! Nadchodzi przekaz. Jako matka karmiąca piersią swoje małe poczułam naturalny zew. Widzę, jak ta buzia przyssana do mojej piersi w tej chwili jest szczęśliwa i zdrowa. Ale myślę sobie: „Co dalej ? Co jej gotować potem? Jak żyć i mieć małe w Warszawie, tej plastikowej dżungli, w której palma na placu de Gaulle’astaje się powoli pomnikiem przyrody?”.

Dociera do mnie, że moją rolą będzie przekazywanie dziecku mego światopoglądu. Mam nadzieję, że naturalnie, w środku córka będzie czuła to, co ja i jej tata. Wiem, że zasada ahinsy (niekrzywdzenia)w stosunku do siebie samej i świata będzie najważniejsza.

Tak zatem będę jej powoli tłumaczyć, że nie wszystkie rzeczy, na jakie każą nam wydawać pieniądze w reklamach, są nam tak naprawdę potrzebne. Będziemy razem segregować śmieci i starać się, by nie były ich tony. Nauczę córkę ekologii, szanowania zasobów wody i pokażę, że ziemię boli, jak ją tak męczymy.

Opowiem historię, jaką przytoczył Ryszard Kapuściński, że kiedy z kontenerów na odzież używaną nasze dresy i stare dżinsy trafiają do Afryki, zdarza się, iż tamtejsza ludność nie chce ich przyjąć. Oni myślą, że to ubrania po nieboszczykach, bo nie mogą pojąć, jak można wyrzucić niezniszczone rzeczy. Rzeczywiście zaczynamy działać wbrew logice i naturze – niezdrowo i nienaturalnie. Umarły instynktowne odruchy. Zniknął zew.

Będę chciała też, aby moja córeczka jak najdłużej swobodnie czuła się nago. Żeby sobie biegała z gołą dupką po plaży, a nie w bikini w wieku dwóch lat. Chcę, by później też w swoim ciele czuła to nieskrępowane szczęście.

Tymczasem jak okiem sięgnąć niewielu „myślicieli” wysiadujących w biurach po godzinach ma ciało przypominające rzeźby Rodina. Przelewamy się z jednych dżinsów w kolejne. Wciąż się katujemy paskami, butami i tym męczącym jedzeniem. Potem stosujemy diety – triki na naszych organizmach – i gubimy 10–15, a nawet więcej kilogramów. Raz nie jemy węglowodanów, raz tłuszczów, a bywają momenty na samym mięsie, gdy czujemy taki napływ agresji, że nasze relacje z bliskimi wystawiane są na próbę. MYŚLIMY, że jesteśmy ładni lub brzydcy, grubi czy chudzi. MYŚLIMY, że tyle a tyle powinniśmy ważyć. MYŚLIMY, że mamy na coś ochotę czy apetyt. MYŚLIMY, a nie CZUJEMY tego wcale… W zasadzie nie wiemy, czym jest naturalny głód. Jesteśmy obżarci i niedożywieni jednocześnie. Powiem jej, że jest tylko jedna jedyna dieta cud – dobro i współczucie. Że jedząc to, co uzyskane bezboleśnie, zapewniamy sobie zdrowe ciało i umysł. Bo nie chcę, by pewnej nocy przyśniło się jej, że przytula się do psa ulepionego z mielonego mięsa.

Chcę, by kuchnia stała się dla niej magicznym miejscem, gdzie zaczyna się zdrowie. By znała się na ziołach i warzywach. By potrafiła świetnie gotować i dbać o siebie i swoją rodzinę.

Chcę, by z mnisim szacunkiem umiała jeść proste potrawy. Przecież nie każdy wegański obiad to kulinarna wyprawa do Indii czy Tajlandii. Chcę, by szanowała owsiankę i polskie jabłka. Uświadomię jej potem, że jest konsumentką. Że ma swój miniwpływ na to, co dzieje się na górze. Że może kupować to lub tamto, podczas gdy tamto może nie być już fair.

Nauczę ją też cierpliwości dla państwa pantofagów – ludzi, którzy jedzą wszystko, podczas gdy mogą wybierać. Będzie musiała dać im spokój i czas na rozwój w kierunku miłości do wszystkich gatunków – nie tylko ludzi. Powiem, że tylko spokojną rozmową oraz będąc przykładem zdrowia i szczęścia może oswoić mięsożercę. I być może pewnego dnia, gdy poczęstuje go cudownym wegańskim obiadem, on zje, a jego serce dojdzie do głosu.

Ponad wszystko nauczę ją śpiewać – bo to sposób na kontakt z sercem. Kiedy to robimy, życie staje się procesem uzdrawiania. Siebie i świata. W przyszłości i przeszłości.