fbpx

Long drink i zaimki małżeńskie w „Małej encyklopedii małżeńskiej” Krystyny Kofty

Long drink i zaimki małżeńskie w "Małej encyklopedii małżeńskiej" Krystyny Kofty
123rf.com

Każde małżeństwo tworzy własne rytuały. Gdy mija szał młodości, dziesiątek spotkań, wielkich imprez, wesel przyjaciół, parapetówek, chrzcin, imienin, życie towarzyskie przygasa. Następuje eliminacja znajomych i zamykanie się w czterech ścianach.
Wieczorem mieszczańskie małżeństwa jadają razem kolację, a potem oglądają telewizję. Czasami patrzy się na ekran, jedząc sałatę z sosem czosnkowym i popijając wino. Kieliszek wina nie jest long drinkiem, czasami jednak „przedłuża się” go do dwóch lub trzech i w ten sposób, w zależności od potrzeb, obala się butelkę lub dwie. Long drinkiem nie jest także „pół litra na łba” czystej lub pochodnych, barwionych na fioletowo alkoholi, jakie popija się w innych, mniej mieszczańskich sferach.

Prawdziwy long drink to różne mieszańce. Ulubiony long drink angielskiej królowej babki, tej miłej staruszki, która żyła sto lat, matki długo panującej królowej Elżbiety, składał się z ginu z tonikiem. Tyle że królowa babcia popijała ten zdrowotny napój już na śniadanie. Na różnych imprezach pije się modne long drinki, które zapewniają sponsorzy. Potem pary naśladują te straszne mieszanki okropnych, gęstych soków z wódką czystą. Pija się codziennie, a long drink jest tylko przykrywką dla tego popijania. Kobiety często piją „dla towarzystwa”, żeby ich mąż czy konkubent nie pił sam, żeby nie było mu przykro albo też żeby zagłuszyć natrętne myśli, że on jest alkoholikiem.

Problem w tym, że mają większą skłonność do uzależniania się, dlatego przy każdej okazji, przy szczęściu czy nieszczęściu, sięgają po long drinka. Wtedy już bardzo, bardzo długiego, w zasadzie nieprzerwanego. Piją w ukryciu, chowają butelki przed dziećmi, które tymczasem dorastają, bo proces uzależnienia trwa długo. Regularne picie kobiet często zaczyna się, gdy dzieci są już prawie dorosłe lub wychodzą z domu i pojawia się „syndrom opuszczonego gniazda”. Bywa, że to gniazdo opuszcza również mąż, a wówczas mamy do czynienia z degradacją, z dramatem samotnej, starzejącej się kobiety. Opisuje to Simone de Beauvoir w świetnej, małej, jakże jednak treściwej powieści Kobieta zawiedziona.

Zaimki małżeńskie

Gdy zawiera się oficjalny związek małżeński, ze stułą czy z pieczęcią, para zaczyna funkcjonować jako byt podwójny. Trzeba się na początku trochę pomęczyć, żeby przywyknąć do tego, że od teraz będzie się za nami wlokła druga osoba, że będziemy z nią połączeni jak więzień skuty z szeryfem w westernie. Ludzie godzą się z tym, że są jak „dwie połówki jabłka” albo dwa gołąbki. Uznają, że powinni stracić pojedynczość, własną tożsamość na rzecz jakiegoś złożenia. Zaimek „ja” traci na znaczeniu. Wypiera go zaimek „my”. Pojawiają się idiotyczne formy, mówi się na przykład, że byli u nas „Stasiowie”, a nie chodzi o związek gejów, lecz o Stasia i Alę. Ta forma wychodzi z użycia, jednak jej istota, czyli byt podwójny, zostaje.

Gdy wszystko układa się nieźle, zaimek „my” nie razi, odpowiada bowiem sytuacji psychologicznej. Nie ma wtedy fałszu. Gdy zaś świat związku się rozpada, wtedy „my” staje się czystą formą, prezentowaną na użytek rodziny, sąsiadów, księdza z parafii, koleżeństwa z firmy czy mediów w przypadku celebrytów. Można czasem zauważyć puste oczy, podczas gdy para uśmiecha się lakierowanymi zębami. Walki wewnętrzne w takich parach są chyba jeszcze gorsze niż wśród tak zwanych zwykłych ludzi, którzy udają tylko przed rodziną, żeby ojciec nie dostał zawału, a matka nie przestała zajmować się pociechą. W kłótniach rzadko pojawia się wówczas zaimek „my”. „My” występuje w opozycji do kogoś.

Opozycje w małżeństwie są wielorakie: „my” to znaczy mąż i żona w roli matki i ojca „ich”, czyli nieznośnych dzieciaków. „My nie będziemy tolerować…”. Jeśli oczywiście się zgadzają i nie stawiają dziecka w ogniu sprzecznych rozkazów. W dobrych związkach „my” występuje jako jedność przeciwko teściom albo rodzicom, dziadkom, pociotkom itd. Czasami mąż z synem stają przeciw matce: „my mężczyźni”. Albo córka z matką przeciw ojcu: „my kobiety wiemy lepiej”. „My” ma różne oblicza. W kłótniach zaimek osobowy „ty” pojawia się w zbitce z zaimkiem wskazującym i dzierżawczym: „Ty i ta twoja rodzina!”, mającym wyrażać najwyższą pogardę dla klanu. To bardzo często używana forma obrzucania się obelgami, robi to zarówno jedna, jak i druga strona.

Do zaimków można dorzucić coś mocniejszego, w zależności od środowiska, kultury, statusu, chociaż ostatnio nie ma tak wielkich różnic jak kiedyś. Zarówno wśród meneli, jak i wśród wyższych sfer medialnych można usłyszeć zaimki nieokreślone: „byle kto nie będzie mi mówił, co mam robić”, oraz osobowe i dzierżawcze wzmocnione przymiotnikami: „ty chuju złamany, z tą twoją pierdoloną rodzinką…”. W rozmowach ze swoją rodziną o rodzinie żony mówi się „oni”. „Oni” to klan teściów: „oni nie mają klasy”. Kobiety lubią stosować zbitkę: „bo ty zawsze”, „bo ty nigdy”, globalizując sprawy. Mąż mówi: „czy ty możesz się zamknąć?” Zaimki dają wiele różnych możliwości, także bardzie wyrafinowanych, niestety te elegantsze formy nie są zbyt częste. A przecież można posłać kogoś do diabła, mówiąc: „idź dokądkolwiek i nie wracaj”.

Powyższe fragmenty pochodzą z książki Krystyny Kofty „Mała encyklopedia małżeńska”. Premiera 8 lutego 2012, wydawnictwo W.A.B.

W.A.B