fbpx

Relacje międzyludzkie: gdzie ten sukces?

Gdzie ten sukces
123rf.com

„To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”. Taka reakcja na odniesiony sukces może świadczyć o tym, że mężczyźnie brakuje wewnętrznego doświadczenia satysfakcji, iż coś się udało, coś osiągnął, a ważne dla niego osoby to doceniają, patrzą z podziwem. Być może pod maską kogoś, kto odnosi sukcesy, skrywa się samotny, zraniony chłopiec – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.
Pięćdziesięciolatek, uznany twórca z branży filmowej, mówi mi o swoich niepokojach związanych z tym, jak niewiele w życiu osiągnął. Rozczarowany sobą, i to bardzo, jest również podróżnik o międzynarodowej sławie i znany pisarz, i właściciel kilku dobrze prosperujących restauracji. Ci mężczyźni mówią o gigantycznym wewnętrznym kryzysie, który dopada po czterdziestce: Co ja robię? Gdzie jestem? Czy aby nie w ciemnym lesie? Bilans połowy życia dla znacznej części mężczyzn wypada nieszczególnie. Zadziwiające, że niezadowoleni są mężczyźni, którzy odnieśli niekwestionowany sukces.

Mnie to nie dziwi. Pierwsza połowa życia toczy się w sposób naturalny. Wszystkie drzwi są otwarte. Jest tak wiele do zrobienia, a świat stwarza mnóstwo możliwości. Mamy dostęp do wszelkiej informacji, możemy swobodnie podróżować, kształcić się, gdzie dusza zapragnie, w szkołach prywatnych i państwowych. Te możliwości motywują, żeby osiągać, zdobywać, realizować cele. Jesteśmy młodzi, mamy siłę, energię i ciekawość. Żyjemy intensywnie – pracujemy, uczymy się, bawimy, angażujemy towarzysko. Około czterdziestki przychodzi bardzo ciekawy moment – patrzymy na to, co się wydarzyło, i dochodzimy do wniosku, że nigdy nie osiągniemy wszystkiego, co jest do osiągnięcia. Producenci samochodów, gadżetów z pewnością zadbają o to, proponując coraz to nowe kuszące przedmioty, usługi i oferty.

I to budzi smutek, gorycz niespełnienia?

Jesteśmy jak charty goniące za sztucznym lisem. Cały czas uczestniczymy w wyścigu. Wyścigi chartów świetnie pokazują, jak to wygląda. Maszyna przesuwa rudą kitkę w szybkim tempie. Charty biegną po torze, wydaje się, że cel jest bliski, więc biegną jeszcze szybciej. Jeden wyprzedza innych, już, już jest u celu. Ale nie, kitka się oddala. W tej zabawie chodzi o to, by charty biegły, a nie, by dopadły zdobycz. Można powiedzieć, że nasze życie jest tak skonstruowane; nie da się złapać wszystkich lisów, nie da się osiągnąć wszystkiego.

A jest w mężczyznach taka wola, ambicja, by osiągnąć wszystko?

Uruchamia się działanie instynktowne, odruchowe. Pojawia się coś nowego – rzucamy się w pogoń. Ludzki mózg jest tak skonstruowany, uwarunkowany, że wychwytuje z otoczenia to, co wyłania się z tła i przykuwa uwagę. Naszym przodkom pomagało to przetrwać. Gdy pojawiały się nowe możliwości, uczyli się, jak je wykorzystać, aby przeżyć. Dzisiaj ten mechanizm nakręca konsumpcję. Specjaliści od neuromarketingu wykorzystują go do oferowania wciąż nowych produktów i usług. Ale nie da rady – życia w ten sposób nie skonsumujemy, nie nasycimy wewnętrznego głodu.

Tu nie chodzi tylko o dobra materialne. Ci mężczyźni nie czują satysfakcji ze swoich realnych i wymiernych osiągnięć – napisanych książek, nakręconych filmów, zdobytych górskich szczytów, rozkręconych biznesów.

Działa tu podobny mechanizm – konsumujemy sukcesy, chcemy być lepsi, najlepsi, ale ideał, do którego dążymy, ciągle się oddala.

Przyczyny?

Jest ich wiele. To, oczywiście, może dotyczyć mężczyzn, którzy nigdy w swoim życiu nie zostali w stu procentach docenieni, pochwaleni. Cokolwiek dobrego zrobili, rodzice mówili: „Ale Kazio zrobił lepiej. Musisz się jeszcze bardziej postarać”. Gdy chłopiec postarał się bardziej i dostał wreszcie szóstkę tak jak Kazio, rodzice nie chwalili, żeby mu się nie poprzewracało w głowie, żeby nie stracił motywacji do dalszej nauki i starań. Jeśli taka sytuacja powtarza się raz czy drugi, to niewiele znaczy. Ale jeśli trwa latami, jeśli to stała tendencja, wzorzec zachowania, który panuje w domu, wtedy chłopiec czuje się niespełniony, niedoceniony. To, oczywiście, powoduje w nim dużo napięcia, frustracje, smutek i agresję. Nie może jednak pozwolić sobie, aby je ujawnić, wyrazić, bo ryzykowałby utratę miłości rodziców albo ich smutek czy gniew. Nie okazuje więc uczuć, za to ciągle się stara. Biegnie jak chart goniący sztucznego lisa. Nigdy nie osiągnie celu, bo zawsze znajdą się tacy, którzy będą lepsi.

Jeden z mężczyzn powiedział mi: „Niby wszystko mam, żona mnie kocha, stara się, dzieci dobrze się uczą, firma jak na złość w tym kryzysie świetnie prosperuje, rozkwita. Ale ja się nie cieszę. Mam poczucie braku, dyskomfortu”.

Jakby te sukcesy, osiągnięcia dotyczyły kogoś innego?

„To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”.

Aha, więc ci mężczyźni musieliby stworzyć coś wyjątkowego, coś naprawdę na ich miarę.

I to jest właśnie iluzja, miraż na pustyni. Tworzą pozorny obraz oazy, do której dążą. Im bardziej się zbliżają, tym bardziej się oddala. Za każdym razem cel ma charakter iluzoryczny. Coś, co ze swojej natury nie jest w pełni osiągalne. Mężczyzna mówi: „Gdybym znał języki obce…”. Ile języków? Zna biegle dwa, ale jest dużo więcej języków! Do ich poznania zabrakłoby życia. „Mam najlepszą firmę w swojej branży na polskim rynku, ale są inne rynki, światowe”. Ci mężczyźni oddzielają swoje ciało, uczucia od idealnego iluzorycznego obrazu siebie. Najkrótsza droga do nieszczęścia.

W wewnętrznym świecie nie ma odzwierciedlenia radości?

I uznania. W swojej przeszłości nie rozwinęli takiej umiejętności. Otoczenie im w tym nie pomogło. Wręcz przeciwnie – nieustannie podnoszono poprzeczkę, pomniejszano, nie nagradzano. Opiekunowie opierali się na błędnych założeniach dotyczących wychowania dzieci. Może być też tak, że rodzice mówili: „Nam się nie udało, ty masz szansę. Musisz się postarać”. W podtekście jest oczekiwanie, aby dziecko było kimś wyjątkowym. W ten sposób powstaje narcystyczne zranienie: rozwijamy siłę, możliwości wywierania wpływu, kontroli, ale nie czujemy smaku życia. Pod maską mężczyzny odnoszącego sukcesy skrywa się samotny, zraniony chłopiec.

A widać kogoś, kto wydaje się pewny siebie, wybitnie uzdolniony, towarzyski, pozazdrościć. Co ciekawe jednak: nie reaguje na dobre słowa o sobie, o swoich talentach, możliwościach, nie słucha, nie słyszy.

Tak, świat zewnętrzny odzwierciedla osiągnięcia. Przyjaciele, ale też eksperci z dziedziny, w której mężczyzna działa, wyrażają uznanie, podziwiają, nagradzają. Zewnętrzne potwierdzenia nie mogą się jednak przebić. Mężczyzna mówi wtedy: „Słyszę, co ludzie mówią, nawet im wierzę, ale czuję jedynie smutek”. Może być też tak, że mężczyzna nie ceni swoich osiągnięć, ponieważ przeżywa konflikt wewnętrzny. Zdaje sobie sprawę, że inni mu zazdroszczą, jednak w głębi serca wie, że nie zajmuje się tym, czym pragnąłby się zajmować. Dlatego to, co robi, w jego oczach nie ma wartości. Nie ceni tego. Jestem na przykład uznanym prawnikiem, mam pozycję, dom, samochód, rodzinę, jednak wiem, że nie ja wybrałem tę drogę. Uległem namowom, modzie, koniunkturze. To nie jest moja pasja. Zapewnia mi byt, pomnażam majątek, ale nie mam radości.

Gdy mamy 30 lat, wewnętrzna radość nie ma aż takiego znaczenia, bo działamy siłą rozpędu – ludzie nas podziwiają, rodzina jest zadowolona. Gdy mija 40 lat, 45, 50 i więcej, wtedy w sposób coraz bardziej dotkliwy dociera do nas, że nie idziemy swoją drogą, nie robimy tego, co by nas cieszyło.

No i przebija się świadomość, że nie ma już tak wiele czasu.

Patrzę wstecz na swoje życie i zastanawiam się, po co to wszystko, skoro czuję głównie brak i żal. Osiągam, ale tracę intymny kontakt z życiem, ze światem, z bliskimi. Stąd frustracja, niezadowolenie. Kłopot w tym, że ci mężczyźni, którzy żyją nieświadomie, rzucają się w wir jeszcze większej aktywności. Jeden z nich powiedział mi: „Trzeba zakasać rękawy i do roboty, żeby głupoty nie lęgły się w głowie!”. Te głupoty to wątpliwości, pytania.

Trzeba by zakwestionować pół życia, uznać, że się błądziło.

Skonfrontować się z frustracją. To trudne, więc racjonalizują: „Co prawda haruję, ale gdyby w moim związku było inaczej, gdyby dzieci były inne…”. Trzeba by zadać sobie pytanie, czym jest sukces. Na przykład młodym ludziom utalentowanym muzycznie na ogół wybija się z głowy kształcenie w tym kierunku. „Z gitary chcesz wyżyć, będziesz grał na weselach?”

Tymczasem znam szczęśliwego mężczyznę, który gra na weselach, przyjęciach, imieninach, zabawach. Gdy patrzę na niego, widzę, jak się tym cieszy. Pytanie, czy to jest człowiek sukcesu. Nie jest prezesem, menedżerem, nie piastuje stanowisk, nie kręci filmów. Ale świetnie się bawi. I sprawia, że ludzie się bawią. Pracuje tylko w weekendy, więc ma sporo wolnego czasu na inne zainteresowania. Jest rozluźniony, serdeczny.

Jest takie znane powiedzenie Emersona: „Zostawić świat nieco lepszym: lepszym o zdrowe dziecko, grządkę w ogrodzie lub lepsze warunki społeczne – to znaczy odnieść sukces”. To naprawdę dobry punkt odniesienia.

Daje do myślenia.

Co zrobić z dziedzictwem braku docenienia siebie, uznania własnych osiągnięć?

Jeśli mamy do czynienia ze zranieniami z przeszłości, potrzebna byłaby psychoterapia. W wielu mężczyznach budzi się opór: „Z moją pozycją na psychoterapię? To się w głowie nie mieści. Mężczyzna, który sam nie potrafi rozwiązać swoich problemów, to pierdoła. Po tylu latach wyrzeczeń, trudu mam uznać, że nie poradzę sobie sam?”.

Co ciekawe, kobiety nie mają takich oporów. Prezeski, menedżerki z reguły bez problemu proszą o pomoc, chcą się rozwijać, lepiej żyć. Chociaż wiele się zmienia. Ostatnio usłyszałem od pracownika znanej światowej firmy: „Chciałbym robić coś dla ludzi, coś naprawdę pożytecznego”. Jeśli wypowiadamy taką intencję, to wiele znaczy. To punkt zwrotny.