fbpx

Chrząstka się zużywa, lecz…

Ponoć Andrzejewski pytany o to, ile ma lat, zwykł odpowiadać: „Jak to ile?! Tyle, co wszyscy!”. To mądra odpowiedź. Nie inaczej i ja dziś odpowiadam. Mam tyle lat, co wszyscy. Część z Państwa jest w moim wieku, część będzie, a jeszcze inna, i tu mój należny szacunek, była. Ja również jestem, byłem i, miejmy kruchą nadzieję, będę w Państwa wieku.

Ta wspólnota przeszłych, teraźniejszych i przyszłych doświadczeń dodaje nam otuchy w nierównej walce dobra ze złem, jaką jest nasze zmaganie się z upływającym czasem. Ta walka oczywiście idzie nam różnie, raz lepiej, raz gorzej. Przeważnie gorzej. I nie mówię tu o tym, co właśnie dobiega do mnie z włączonego telewizora („z wiekiem chrząstka stawowa zużywa się…”), raczej o tym, co trafnie ujął niezwykle utalentowany szansonista: „Na pewno czułeś kiedyś wielki strach/Że oto mija twój najlepszy czas”.

Mówiąc o lękach, przeczuciach i strachach, inny niezwykle utalentowany szansonista, choć o pokolenie starszy, opowiadał kiedyś prostą historię, która dała mi sporo do myślenia. U szczytu swojej kariery spacerował sobie pewnego dnia po mieście wraz z kompanami. Żeby było im weselej, rzucali pod nogi niczego niespodziewających się przechodniów głośno strzelające kapiszony. Śmiechom i żartom nie było końca. Aż tu nagle prowadząca szkolną wycieczkę nauczycielka odważyła się wskazać naszego gwiazdora palcem i spokojnie powiedziała: „uważaj!”. Jedno małe, ciche „uważaj!”. Bohater tej opowieści, choć bardzo próbował, nie mógł się od tego słówka uwolnić. Co ono w nim uruchomiło, dlaczego się zagnieździło – nie wiem. Od tego czasu jego wspaniała kariera jakby nieco przygasła.

Nie jest moim zamiarem zarażać Państwa swoimi lękami. Wręcz przeciwnie, zacząłem się zastanawiać, co możemy zrobić, żeby się nie dać. Jak rozgrzewać w sobie myśl: najlepsze dopiero przyjdzie! Jak przestać się bać tego, co dobre, bo po nim z pewnością musi przyjść gorsze? Oczywiście, mimo posiadanego fakultetu żaden ze mnie fachowiec od dawania życiowych porad, ale tekst ten zainspirowało pewne odkrycie, którym postanowiłem się z Państwem podzielić.

Ostatnio moja znajoma przyłapała mnie na tym, że podczas jednej rozmowy trzy razy użyłem sformułowania „pierwszy raz w życiu”, opowiadając o różnych prywatnych i zawodowych sytuacjach. No bo pierwszy raz na przykład pracuję z młodszym od siebie reżyserem i z młodziutkimi aktorami, co jest uczuciem bardzo dziwnym, bo nagle to ja, po raz pierwszy, jestem tym z większym doświadczeniem, a więc w sytuacji człowieka, który teoretycznie powinien coś wiedzieć – i czuję się z tym nieporadnie. I dopiero teraz, poniewczasie, doceniam komfort przebywania w otoczeniu ludzi starszych i mądrzejszych. Zrozumiałem, że dużo lepiej jest mieć mistrzów. Bycie mistrzem jest chyba ogromną pułapką. Albo na przykład po raz pierwszy zagrałem jakąś rolę głównie dlatego, że mi dobrze zapłacili. I znów nowe, dziwne wrażenia. Nigdy nie traktowałem tego, co robię, jako tylko i wyłącznie zawodu. Czy jest w tym coś złego? Może trzeba walczyć o zatrzymanie w sobie tej chłopięcej pasji? A może właśnie należy przestać traktować ten zawód jako coś niezwykłego i zająć się prawdziwym życiem?

Krótko mówiąc, niezależnie od tego, ile mamy lat, los wciąż stawia nas w pewnych sytuacjach po raz pierwszy w życiu. I całe nasze doświadczenie, opinie, nawyki trzeba na nowo weryfikować. Może nie trzeba, ale czasem warto. Właśnie te „pierwsze razy w życiu” powodują, że życie zaczynamy przeżywać od nowa. Że znów patrzymy w przyszłość. Że zaczynamy znów wierzyć. Zwróćmy na nie uwagę. Mówiąc językiem Facebooka: „Pierwszy raz w życiu” – Lubię to!