fbpx

Katarzyna Miller: Pożegnanie z Olgą

Katarzyna Miller: Pożegnanie z Olgą
123rf.com

Dlaczego nie umierają tylko ci, których nie lubimy?!
Częścią naszego życia jest nasza śmierć i nasze umieranie. I częścią naszego życia jest umieranie i śmierć ważnych dla nas ludzi. Olga Doraczyńska jest ważna dla całego Kazimierza nad Wisłą, sporej części Warszawy i wielu ludzi z całego świata. Jeśli się ją kiedyś spotkało, już się jej nie zapominało. Architektka, żona architekta Waldka, matka ślicznej Natalii – też architektki. Kobieta o niezwykłej, oryginalnej urodzie, o wielkich oczach smoczycy ze „Shreka”, zawsze zgrabna, szybka, ruchliwa.

Człowiek z taką energią, że kiedy dowiedzieliśmy się, że jest w szpitalu z podejrzeniem raka, mieliśmy prawie pewność, że ONA sobie z tym poradzi. Tak jak radziła sobie zawsze z mnóstwem zajęć i pomysłów. Współpracą z Waldkiem, dzięki której Kazimierz wzbogaca się o najpiękniejsze domy, zajmowaniem się czterema psami i trzema kotami, bujnym życiem towarzyskim i społecznym. Miała rzadką i niezwykle cenną dla wszystkich umiejętność – potrafiła kojarzyć ze sobą różnych ludzi w różnych sprawach; dla zabawy i tworzenia. A to jasełka, a to teatr, a to bal na rzecz jakiegoś istotnego kawałeczka Kazimierza.

Olga na balach to osobny temat. Tańczyła zabójczo. Najbardziej zostanie mi w pamięci w czarnej obcisłej bluzeczce, kloszowej spódnicy w czerwono-czarną kratę, czarnych rajstopach i pantofelkach, wywijająca rock and rolle, jakby wciąż była na studiach. A razem z Waldkiem tańczyli bosko. W końcu przetańczyli razem kawał życia. Stanowili pokazową parę, on wysoki, przystojny, z bujną czupryną, ona nieduża, urokliwa. Olga w czerwonej sukni z powiewającymi godetami, Waldek w smokingu, płynący oboje w walcu czy w tangu… Bywają ludzie jak z kina.

Tak jak Olga na ich najpiękniejszym balkonie na Rynku, obłożona pieskami, głaszcząca je z miłością. Waldek robi pyszną kawę, wspaniale gotuje, przewijają się przemili ludzie z Kazimierza i całego świata… Ta para i ten dom w takim miejscu to rodzaj konsulatu kulturalnego. O, cholera! Jej już nie ma! Można tylko płakać. Dlaczego nie umierają tylko ci, których nie lubimy?! Może być, żeby Olgi ktoś nie lubił? Może jakieś zazdrośnice lub odrzuceni adoratorzy. Bo jestem przekonana, że spędzała sen z oczu niejednemu.

Znałam Olgę od dawna i zawsze byłam Nią i Nimi zachwycona. Projektowali nasz dom. Kolegowali się ze wszystkimi (chyba?), którym projektowali. Pomocni, cierpliwi, użyczający wszelkiej wiedzy, adresów, kontaktów i pomysłów daleko wykraczających poza zadania projektantów. I Olgi frajdą było stwarzać okazje, by wszystkich poznać ze sobą i sprawić, by czuli się coraz bliżej. Sama wnosiła tyle i wiedziała, jak inni ludzie mogą siebie wzajemnie i całe środowisko wzbogacać. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna i nie ja jedna. Uwielbiałam spędzać z Nią, Nimi czas. Był gęsty od ciekawych opowieści, rozmów, żartów, wychodziłam z tych spotkań jak z cudownej kąpieli i dla ciała, i dla umysłu…

Ucieszyło mnie, że zainspirowała reżyserkę kazimierskiego teatru amatorskiego Ewę Wolny do zaadaptowania jednej z moich książek i przygotowania występu, w którym, niestety, sama już wziąć udziału nie mogła, a wiem, że miała ochotę. Towarzyszyła koleżankom ze szpitala. Czekaliśmy z tęsknotą, kiedy wróci. Minęło pół roku. Bolesnych dla Olgi i Jej Rodziny.

Waldek i Natalka zajmowali się Nią w chorobie z takim oddaniem i miłością, jaką rzadko dane jest spotkać. Robili to po prostu, tacy są, taka była i jest ich bliskość wzajemna, ich porozumienie, lojalność. Waldku, Natalio, przed Wami trudny, bolesny czas. Nikt nie może sobie wyobrazić, co tracą ludzie tak ze sobą zżyci. Pozwólcie sobie choć trochę towarzyszyć w Waszej żałobie w miarę naszych możliwości.

Zostaje dziura, lej po bombie. Puste miejsce, nie do zapełnienia. W moim sercu i wielu sercach zostajesz na zawsze, Olgo…

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze