fbpx

Po lekturze chwalić publicznie

Na początek, aby złagodzić nieco lipcowe upały, taki oto obrazek: Austria, stok alpejski, słonecznie, ale mroźno. Narciarze grzecznie ustawieni w niewielką kolejkę czekają, aby przejść przez bramkę, przygotowując swoje ski-passy. Z zadumy wyrywa mnie męski głos posługujący się dobrze znanym mi, środkowoeuropejskim językiem. „Bartek, zobacz! Ogrodzili ten stok tylko do połowy. Jakby tam lasem w nocy podejść z nartami i zjechać już za tą bramką nad ranem, toby się przecież nikt nie zorientował i by można se jeździć za darmo!” „No rzeczywiście! – odpowiedział, jak mniemam, Bartek. – Ale frajerzy!”

No rzeczywiście, pomyślałem. A myśl ta wydała mi się naturalna w tych okolicznościach, bo o czymże dumać na salzburskim śniegu. Następnie jednak rozejrzałem się po twarzach narciarzy z innych krajów i, o dziwo, nie wyglądali, jakby myśleli o tym samym co my. Stali nieświadomi możliwości, jakie ich otaczają. My co prawda zapłaciliśmy za swoje ski-passy dokładnie tyle samo co oni, ale przynajmniej mieliśmy świadomość, jak nas rąbią i jak by tu można rąbnąć ich. No i chyba, pomyślałem, właśnie o tę świadomość, o to kombinowanie tu chodzi. Bo przecież ani ja, ani, przypuszczam, pan Bartek i jego kolega, nie będziemy z tymi nartami nocą po alpejskich lasach hasać. Jednak samo dostrzeżenie tej możliwości wydaje się naszym narodowym obowiązkiem, a nawet przymusem! Kartę telefoniczną na Europę kupuje się w Nowym Jorku za pięć dolarów. Można na nią rozmawiać 15 minut. Ale po co ją kupować na Manhattanie, skoro za te same pięć dolarów na Greenpoincie, w polskim kiosku, dostaniemy taką, że po wystukaniu specjalnego kodu i przekierowaniu rozmowy w bardzo sprytnym kierunku będziemy mogli gadać z ojczyzną dwie godziny?

Trudno orzec, czy ta niewiarygodna siła, która nas pcha do nieustannych kombinacji, to przekleństwo, czy błogosławieństwo. Ale faktem jest, że na temat każdego prawa, każdego przepisu, regulaminu, porządku, normy czy zwyczaju musimy wyrobić sobie własne zdanie. A taki, dajmy na to Austriak, Szwajcar czy Japończyk wydają się takiej potrzeby nie mieć.

Może Polacy uwielbiają otaczać się regulaminami, żeby im łatwiej było wyrobić sobie to swoje zdanie. Nie ma w Polsce pływalni, w której nie wisiałby regulamin kąpieliska. Każde dziecko wie, że nie powinno wchodzić nietrzeźwe na plac zabaw, no ale czas pokaże, jak będzie. W każdym pociągu widnieje regulamin przewozu osób, rzeczy i zwierząt, z moim ukochanym punktem 6, par. 8: „Nie wolno zajmować miejsca już zajętego przez inną osobę, jeżeli dowód zajęcia jest widoczny”.A jeżeli rząd ogłasza alarm powodziowy i ewakuację, oznacza to, że o wyznaczonej porze należy udać się na wały i mosty, popatrzeć i podumać, co dalej.

W trosce o komfort naszego czytelnika pragnę nadrobić wstydliwy brak, przedstawiając Regulamin Czytania „Zwierciadła”:

  • Wejdź w legalny sposób w posiadanie magazynu „Zwierciadło”.

  • Aby zapoznać się z treścią pisma, otwórz je. Zabrania się ślinienia palca w celu obrócenia strony. No chyba, że już naprawdę inaczej się nie da.

  • Litery należy łączyć w wyrazy, wyrazy w zdania, zdania w sensy. Odwrotnie jest bez sensu.

  • Jeżeli rozmawiasz przez telefon, poprawiasz makijaż i jednocześnie prowadzisz samochód, odłóż przynajmniej „Zwierciadło”.

  • Wysyłanie listów do redakcji z pytaniem: ale o co chodzi?, surowo wzbronione!

  •  Czytelnik, który oprócz „Zwierciadła” zakupił prasę szmatławą, telewizyjną lub pornograficzną, zobowiązany jest pod karą chłosty do schowania tej drugiej w to pierwsze. Po przybyciu do domu strony sąsiadujące z innymi gazetami przemyć delikatnie ściereczką.

  •  Po lekturze chwalić publicznie.

  • Nie podstawiać pod meble.

  • Po usłyszeniu w towarzystwie czegoś mądrego i/lub dowcipnego, skomentować: Zupełnie jak u Stuhra w felietonie!

  • 10. Nie czytać tekstów do samego końca.


I tu cię mam, kombinatorze jeden!