fbpx

Takt i nietakt

Nie wiem, czy wy też tak macie. Czasami, zwykle po zmroku, podkradają się do mnie nietakty, jakie popełniłem, niektóre mają już tyle lat, że zupełnie są siwe. Nic nie mówią, milczą – oto my, twoje żenujące nietakty.

Są ludzie ze szczególnym talentem do nietaktu. Z reguły o tym nie wiedzą, mogę to więc być ja, możesz to być nawet ty. A dotknięci nietaktem często tego nie okazują, są taktowni, nie chcą sprawiać przykrości, w milczeniu połykają nasze żaby. Jak tu uczyć się na błędach?

Spotkania z nietaktownymi zostawiają niesmak, czasami blizny. Oni jednak nie czynią tego ze złej woli. Są pozbawieni jakiegoś czujnika – to daltoniści taktu. A trzeba przyznać, że gra, jaka toczy się między ludźmi, nie jest prosta. Błędy popełniają wszyscy. Dzieci z braku doświadczenia są mistrzami nietaktu. Mówią, co myślą i czują. Też to, że król jest nagi. Na świecie pełno nagich królów, którzy udają ubranych, więc dzieci i nietaktowni mają mnóstwo roboty. Bycie taktownym to też umiejętność ładnego kłamstwa i stosowania kulturalnych reguł gry obowiązujących w naszej obyczajowości oraz uruchamiania empatii, czyli wczuwania się w drugiego człowieka. Nie potrafią tego psychopaci, ma z tym kłopot narcyz, człowiek roztargniony i ekscentryk.

Dar taktu ma wiele wspólnego z inteligencją, ale z tą emocjonalną, dlatego geniusze bywają genialnie nietaktowni. Skupieni na sobie słabo widzą innych, mogą nawet przez nieuwagę kogoś rozdeptać.

Pamiętam z dzieciństwa geniusza nietaktu, to był nasz sąsiad, znakomity krytyk i eseista Artur Sandauer. Rozdeptał kiedyś przez nieuwagę własnego kota. Tacy ludzie jak Sandauer w naturalny sposób dostarczyli potomności niezliczonej ilości anegdot. Wielki nietakt bywa śmieszny. Krytyk przyszedł kiedyś do znajomych na obiad i przyniósł zwiędłe i ociekające wodą kwiaty wyjęte przed chwilą z wazonu. „Słyszałem, że jak się przychodzi na obiad, to przynosi się kwiaty”.

Śmiech jednak zamiera mi tu na ustach – wśród własnych nietaktów mam też kwiatowy. Odwiedziłem w latach 70. słynną malarkę Hannę Rudzką-Cybisową. Był listopad, więc niejako naturalnie przyniosłem jej bukiet chryzantem. Zdziwiłem się, że nagle jakby posmutniała.

Zaprosiłem kiedyś kobietę z klasą do baru mlecznego. Było to w czasach, gdy bary odchodziły już w niebyt, zdawało mi się, że to oryginalny pomysł. Ona jednak chciała szyku i wielkiego świata. Potraktowała propozycję jako odtrącenie.

Z moich nietaktów światowych w czołówce jest chwila, gdy idąc z Jolantą Kwaśniewską, wtedy żoną urzędującego prezydenta, chwytam ją małomiasteczkowym odruchem pod łokieć. Czuję uderzenie, to ochroniarz dał mi po łapie, tak mocno, że pani prezydentowa odwróciła się zdumiona. On chyba też był nietaktowny.

I mam nawet na sumieniu incydent królewski. Instytut Polski w Sztokholmie, którym wtedy kierowałem, odwiedziła szwedzka para królewska. W salach wisiała wystawa rysunków Mleczki. Nie powinienem im tego pokazywać. Zapomniałem, że były tam sceny kopulacyjne. To się biedni napatrzyli.

Ale to takie nietakty spektakularne, czyli godne sceny. Można się nimi od biedy nawet pochwalić. A ile jest takich malutkich, a też kłują jak komary. Jak mogłem spojrzeć nieufnie na kasjerkę, która w banku wypłacała mi sporą sumę.  Zabolało ją to. Ile razy wykazałem się brakiem cierpliwości wobec zmęczonej dziewczyny za kasą w spożywczym. Wybaczcie mi wszyscy. Jak widać, próbuję sobie poradzić z natrętnymi nietaktami, które żyją własnym mrocznym życiem, ujawniając je. Niech zdychają w dziennym świetle. Żegnajcie!  Czy jednak upublicznianie ich nie jest kolejnym nietaktem?