fbpx

Felieton Hanny Samson: Być matką i nie zwariować!

Felieton Hanny Samson: Być matką i nie zwariować!
fot.123rf

Jeśli masz małe dziecko, pewnie co jakiś czas nachodzi cię myśl, że za chwilę oszalejesz. Skąd to wiem? Bo jest to doświadczenie wielu kobiet. Choć nie trzeba już prasować pieluch, to macierzyństwo jest dziś trudniejsze, niż było w przeszłości.
Gdy byłam mała, mój ojciec czytał mi książeczki przed snem. Te, które chciałam. A chciałam te, które dobrze znałam. I mogłam ich słuchać bez końca. Ale mój ojciec zmieniał czasem jakieś słowo, co bardzo mi przeszkadzało. Natychmiast go poprawiałam, a on za chwilę znowu coś przekręcał. Wołałam na pomoc mamę.

– Mamo, tata zmienia słowa! – skarżyłam się z płaczem, a mama przywoływała ojca do porządku.

– Jesteś bardziej dziecinny niż ona! – diagnozowała. – Przestań się wygłupiać i czytaj normalnie!

I ojciec czytał po raz setny tę samą historyjkę o króliczku albo koziołku, a potem znów coś przekręcał.

Zrozumiałam mojego ojca dopiero wtedy, gdy sama zostałam matką. On wcale nie był dziecinny. Był dorosły i strasznie się nudził w powtarzalności dziecięcego świata.

Kiedy moja córka była mała, uwielbiała bawić się w sklep. Kilkanaście razy dziennie stawała przede mną i mówiła:

– Jestem w sklepu. Co ty cesz?

Patrzyła mi ufnie w oczy, wierząc, że chcę coś kupić, więc nie mogłam jej zawieść. Kupowałam. Sklep był wielobranżowy, mydło, powidło, meble, samochody – mogłam kupić, cokolwiek chciałam. Tyle że ja nie chciałam kupować! „Kupię jeszcze kilogram mąki i zwariuję” – myślałam, karcąc się jednocześnie za tę myśl. No bo co jest strasznego w wymyślaniu coraz to nowych rzeczy do kupienia? Niby nic. Kupowałam chmury, pazury, odrzutowce, a i tak się nudziłam śmiertelnie. Miałam poczucie winy, że jestem złą matką, ponieważ nie cieszy mnie zabawa z córką. Chętnie pobawiłabym się w coś innego, chętnie nie bawiłabym się w nic… Ale od sklepu nie było ucieczki. Przez kilka miesięcy żadna inna zabawa nie była dla mojej córki tak atrakcyjna jak sklep. Więc kupowałam z poczuciem winy za złe myśli i z obawą, że zaraz zwariuję.

Te historie są sprzed wielu lat, ale dziś zajmowanie się dzieckiem wcale nie jest łatwiejsze. Wręcz przeciwnie. Pisze o tym Jennifer Senior w świetnej książce „Dużo radości, mniej przyjemności. Paradoks współczesnego rodzicielstwa”, która niedawno ukazała się w Polsce. Ta książka nie jest poradnikiem, ale pozwala lepiej zrozumieć to, co dzieje się w naszym życiu i z nami, gdy pojawia się dziecko. Umieszcza nasze doświadczenia w szerszym kontekście kulturowych przemian, zbiera to, co już wiemy, oraz to, co przeczuwamy, i popiera wynikami badań. Niewyspanie, stres, chaos, zmęczenie, utrata autonomii, problemy w życiu zawodowym i w małżeństwie są wpisane we współczesne rodzicielstwo, którego nie da się w dodatku oprzeć na tradycyjnych wzorach.

Jennifer Senior pokazuje wiele specyficznych trudności, z jakimi mierzą się współcześni rodzice, ale ja jeszcze chwilę zostanę przy nudzie, którą znały też poprzednie pokolenia. Nie dlatego, że jest najważniejsza, ale dlatego, że o niej się zwykle nie mówi.

Nudzić się z własnym dzieckiem? To nie świadczy dobrze o rodzicach. A jednak jest to zjawisko powszechne. Jedna z bohaterek książki Jennifer Senior wyznaje, że bardzo nudziła ją zabawa z córką zabawkami z serii My Little Pony. Jeden z bohaterów wspomina nudę jako najbardziej dotkliwe doświadczenie w roli ojca. „Nieustanne rzucanie piłeczką i jej odrzucanie, rzucanie i odrzucanie, rzucanie i odrzucanie. Ciągłe powtórki i prośby: zrób to jeszcze, zrób to jeszcze, i czytanie na okrągło tej samej historyjki. Czasami myślałem sobie: Niech ktoś mi da pistolet”.

Jennifer Senior pisze o badaniach dotyczących matek z Teksasu. Naukowcy sprawdzili, które zajęcia sprawiają im najwięcej przyjemności, i okazało się, że opieka nad dzieckiem zajęła szesnaste na dziewiętnaście miejsc! Przed nią znalazły się między innymi przygotowywanie posiłków, oglądanie telewizji, drzemka, zakupy, a nawet sprzątanie. Może różnimy się od Teksanek, ale warto o tych wynikach pamiętać. Nie po to, żeby zniechęcać się do rodzicielstwa, ale żeby łatwiej się z nim mierzyć.

Jeżeli wierzymy w to, że matka powinna lubić bawić się z własnym dzieckiem, trudno nie mieć poczucia winy, gdy zabawa szybko nas nudzi. Świadomość, że nuda jest powszechnym doświadczeniem rodziców, pomaga lepiej sobie z nią radzić i uniknąć poczucia winy, które towarzyszy wielu kobietom. Nie wierzmy w mity, a będzie nam łatwiej po raz setny wykrzyknąć:
a kuku!

Kontakt z małym dzieckiem nie jest źródłem nieustającej radości. W 1971 roku troje naukowców z Harvardu obserwowało dziewięćdziesiąt matek z małymi dziećmi – każdą z tych par po pięć godzin. Średnio co trzy minuty matki wydawały polecenie, odmawiały dziecku lub spełniały jego często nierozsądne i płaczliwie stawiane żądanie. Dzieci z kolei były posłuszne jedynie przez 60 procent czasu.

W tym kontekście odkrycie Matthew Killingswortha, naukowca z Uniwersytetu Berkeley, że dzieci zajmują niską pozycję na liście osób, których towarzystwo sprawia rodzicom przyjemność, nie wydaje się bynajmniej zaskakujące. Oto rodzicielska lista: „Kontakt z przyjaciółmi jest lepszy niż kontakt ze współmałżonkiem, kontakt z nim jest lepszy niż kontakt z krewnymi, który z kolei jest lepszy niż kontakt ze znajomymi, który jest lepszy niż kontakt z rodzicami, który jest lepszy niż kontakt z dziećmi. Dzieci stoją na równi z obcymi”.

Ale to wcale nie oznacza, że ich nie kochamy! Dzieci to – jak głosi tytuł książki – dużo radości, mniej przyjemności. Utrudniają nasze życie, ale również wzbogacają je w stopniu, który trudno przecenić. Rodzicielstwo daje wiele satysfakcji, choć wiąże się z wysokimi kosztami.

Chcemy, by nasze dzieci były szczęśliwe. Ale my też chcemy żyć pełnią życia. Książka Jennifer Senior pokazuje rodzicielskie dylematy podbudowane wynikami badań. Niektóre z tych wyników zaskakują. Na przykład ten, że współczesne matki, które pracują zawodowo, spędzają z dziećmi kilka godzin tygodniowo więcej niż matki z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, które nie pracowały. Wciąż podnosimy sobie poprzeczkę i mamy poczucie winy, że nie jesteśmy doskonałe.