fbpx

Lato poza siecią

Filmowe dziwactwo mistrza Coppoli. W adaptacji jednej z powieści wybitnego rumuńskiego filozofa Mircei Eliadego dawno niewidziany Tim Roth gra faustowską postać 70-letniego profesora ubolewającego nad tym, że nie udało mu się stworzyć dzieła życia i dotrzeć do początków historii języka na Ziemi.

Czy przyczyną wszystkich moich dolegliwości może być kilkuletnie siedzenie przed komputerem?

Na każdego mieszkańca globu przypadają już 62 klocki lego! Wiadomość tę przekazuje mi mąż siedzący przy swoim biurku w drugim pokoju. – Skąd to masz? – pytam przez otwarte między pokojami drzwi. – Z Internetu, przeglądam archiwalne numery „Forum” – odpowiada i dodaje: – Czy wiesz, że Grenlandia chce się oderwać od Danii? No, niebywałe rzeczy tu czytam! – I milknie, ginie w morzu informacji, tonie w źródle wiedzy wszelakiej. A ja pochylam głowę nad kartką w kratkę i piszę. Piszę piórem kulkowym, piszę sobie ręcznie, na papierze stawiam litery, jak w latach 60. czy 70. XX wieku, kiedy to już byłam na świecie, ale świat był całkiem czymś innym niż teraz… Taki regres uprawiam, wstecznictwo i wypieranie się osiągnięć cywilizacji technicznej.

Łokieć tenisisty, nadgarstek golfisty

Od dwóch tygodni żyję w stylu retro, to znaczy nie wpatruję się w żaden ekran, ani komputerowy, ani telewizyjny, ani nawet komórkowy. Piszę piórem to, co najpilniejsze, i patrzę w oczy żywym ludziom, np. lekarzom, żeby wyczytać z tych oczu prawdę o tym, co się ze mną dzieje, z moim wzrokiem, z moją ręką i nerwami. I czy przyczyną wszystkiego może być kilkuletnie siedzenie przy komputerze. Rozmawiają ze mną oględnie, mówią mi to, co już wiem z Internetu, bo przecież zanim zaczęłam chodzić po gabinetach lekarskich, najpierw przeczytałam wszystko w sieci i zrobiłam sobie test Amslera, który też można tam znaleźć; zresztą teraz, patrząc na kartkę w kratkę, której linie falują mi przed oczami, cały czas mam owo testowanie na bieżąco…

Choroba siatkówki, zwana w skrócie AMD, zwyrodnienie plamki żółtej, upośledzające ostrość widzenia i mogące prowadzić do ślepoty, jest nie do cofnięcia. Co do łokcia, którego ból nęka mnie już czwarty miesiąc, także mam pełną informację, z artykułów na portalach medycznych, z relacji na forach sportowych. Łokieć tenisisty, taka przypadłość, nie potrzebuje rakiety i piłeczki, wystarczą nagminnie aplikowane mikrourazy przy klawiaturze komputera. Oczywiście najczęściej podczas gry w tenisa albo na siłowni ludzie dorabiają się tej kontuzji, naturalne to i sprawiedliwe, ale żeby przy klawiszach i myszce? A jednak… „Po sześciu godzinach pracy w nieergonomicznych warunkach przy komputerze poziom aktywności lewego palca wskazującego i związanych z tym obciążeń jest porównywalny z pracą nóg podczas 40-kilometrowego marszu” – przeczytałam w tekście zamieszczonym w sieci, gdy jeszcze klikałam sobie bezkarnie. I dalej: „Rozwój objawów pozostaje utajniony, bo mózg tak jest skoncentrowany na tym, co dzieje się na ekranie, że nie interpretuje sygnałów ostrzegawczych, są one zagłuszane aż do momentu, gdy stają się nie do wytrzymania”.

Jest nie do wytrzymania. Widzę marnie, po dwóch godzinach czytania moje oczy są już tak zmęczone, że litery skaczą i żaden wątek nie jest w stanie przykuć uwagi. Łokieć boli tak, że lewą rękę noszę na stałe w kieszeni, bo nie tylko jej podnieść się nie da, by się np. w ucho podrapać, ale nawet swobodnie wisieć nie może. A syn mi mówił tytułem pocieszenia, że ostatnio jego kolega informatyk operował sobie nadgarstek, bo się przy pracy zespołu cieśni nadgarstka dorobił. Kontuzja ta zwana jest nadgarstkiem golfisty, ale to już chyba nazwa archiwalna na pamiątkę lepszych, bardziej ekskluzywnych przyczyn tego kalectwa.

Świat się nie śmieje

Jest lato. Świeci słońce. Ale teraz to ja już się słońca boję, nie wyjdę bez ciemnych okularów i kapelusza. Słońce dobije moje osłabione oczy, czuję, jakie natrętne i żrące są jego promienie. W środku wakacji przepełnia mnie ponurość. Jak ja będę żyła? Bez czytania i pisania nie wyobrażam sobie życia, zresztą nic więcej nie umiem, tymczasem omijam książki i komputer szerokim łukiem. Idę na spacer z psem, patrzę na zielone drzewa, na białe obłoki, ale to nic nie pomaga, i tak czuję się jak niesterowny wrak pędzący przez czarny, zimny kosmos. Świat nie jest piękny sam z siebie, ale poprzez nasze samopoczucie. Dla mnie wszystkie róże w parku są dziś szare, a ptaki śpiewają bezdźwięcznie.

Czy to początek końca? Wysiądą mi kolejne podstacje, aż wreszcie wszystko zgaśnie? I co ja zrobię, przecież jestem tak bardzo do siebie przywiązana! Tak bardzo lubię swój dom i piękne przedmioty na półkach, dzbanki, filiżanki i żabkę z porcelany ręcznie malowaną w czerwone maki… I kilka najbliższych osób jest mi stale potrzebnych. I czasem muszę spotkać się z kimś w kawiarni, popatrzeć, jak na mnie spogląda, poczuć, jak dotyka moich palców. Radość z posiadania zmysłów, z posiadania ciała, o, jakże wielka może być radość z posiadania ciała! Nie chcę go stracić. Nie chcę zostać z samą tylko duszą.

Grenlandia chce się oderwać od Danii? Ale po co właściwie? Przecież tam zimno, śniegi, mróz, nie lepiej się trzymać zorganizowanej, cywilizowanej Danii? Czy ja mam depresję? W środku lata? Wokół mnie różane klomby, ławeczki, staw z wysepkami lilii i grążeli, przy brzegu kaczka z kaczętami, to już chyba drugi lęg, łabędź pod mosteczkiem płynie, a ja jestem dogłębnie smutna i jakaś „ostateczna”. Czy ktoś mi może pomóc?

Najpiekniejsza kobieta wszech czasów

„Jeśli szukasz pomocnej dłoni, masz ją na końcu własnego ramienia”, powiedziała kiedyś Audrey Hepburn. Wyczytałam to na stronie internetowej aktorki, którą to stronę założyła jej jakaś polska miłośniczka. Najpiękniejsza Kobieta Wszech Czasów – taki tytuł przyznano jej pośmiertnie. Umarła w wieku 62 lat na raka okrężnicy, chorobę popularną i w mojej rodzinie.

Oczywiście boję się, że i ja na to umrę. Wszyscy umrzemy. Ale ja najbardziej. Wszystkich coś boli, ale mnie najmocniej. Każdy się boi, ale ja naprawdę. Inni nie są mną, a więc istnieją jakby trochę na niby, czuję ich tylko na zasadzie analogii, empatia jest taką organiczną analogią. W domu wyjęłam płytę z filmem, myślałam, że obejrzę sobie „Rzymskie wakacje”, że poczuję tamten nastrój, rodzące się uczucia, męski urok młodego Gregory’ego Pecka, popatrzę na młodość i urodę Hepburn, ale nie, otwieram na chwilkę Internet i oglądam galerię zdjęć z ostatnich lat życia Audrey. Ależ była piękna, nawet gdy już miała sześćdziesiątkę. Umarła nie tak znowu dawno, w 1992.

„Jeśli szukasz pomocnej dłoni, to masz ją na końcu własnego ramienia”. Podnoszę dłonie, zakrywam nimi oczy i wyobrażam sobie czerń, najczarniejszą, absolutną czerń. To się nazywa palming. Umożliwia relaks zmęczonym oczom. Tak powinni odpoczywać wszyscy podczas pracy przy komputerze. Tak widzę świat tego lata, gdy dopadł mnie egzystencjalny smutek…