fbpx

Sami jak palec w Ojcowskim Parku Narodowym

Do Ojcowa trafię na rowerze z zamkniętymi oczami – przekonuje sprzedawca na stacji benzynowej na krajowej „siódemce” gdzieś w okolicach Radomia. – Ale dlaczego jedziecie tam w środku zimy? – dopytuje niepokojąco.
Tak, jest połowa lutego, zima w pełni, śniegu ciągle przybywa, a my postanowiliśmy przypomnieć sobie ulubione miejsce polskich nauczycielek. Bo przecież w Ojcowskim Parku Narodowym był na wycieczce szkolnej chyba każdy – no, może pomijając jakiegoś zbłąkanego ucznia szkoły w Szczecinie, którego klasa miała bliżej na ruchome piaski okolic Łeby.

Wydawać by się mogło, że najmniejszy park narodowy w Polsce (na jedynie 21,5 km2 znajdziemy tu 233 km szlaków), znajdujący się niemal na przedmieściach Krakowa, cały rok tętnić musi życiem, a jego szlaki przypominać alejki stołecznego Parku Skaryszewskiego w czasie majówki. Otóż nie. Zimowy Ojców to miejsce niemal wymarłe, gdzie turystę spotkać można jedynie przy kuflu grzanego wina. „Wspaniale” – chce się zakrzyknąć, przecież nie po to uciekamy na weekend z miasta, by spędzić go z tłumem poobiednich spacerowiczów. Racja. OPN zimą jest urzekający, mimo iż mniej w nim atrakcji, niż w słoneczną czerwcową sobotę.

Parking pod ojcowskim zamkiem świeci pustkami. Zostawiamy auto, by już po zmroku pospacerować po Ojcowie – XIX-wiecznym uzdrowisku, w którym swego czasu widywano niejedną sławę z kart podręczników do historii – choćby Fryderyka Chopina.

Główna ulica Ojcowa jest zaśnieżona, delikatne światło latarni odbija się od świeżego śniegu. Na co dzień mieszka tu ledwie ponad 200 osób, reszta to kuracjusze i turyści, ale dziś chyba wszyscy zostali w domach. Czujemy się jak na planie filmowym – wszystkie reflektory na nas. Cięcie? Ależ skąd, wciąż snujemy się fragmentem szlaku idącym wzdłuż doliny Prądnika, małego potoku, który swoimi zawijasami i zakolami wypełnia przestrzeń ograniczoną wymyślnymi formami skalnymi.

Symbolem założonego w 1956 roku na terenie pięciu podkrakowskich gmin OPN jest nietoperz – jednak przez trzy spędzone w okolicy dni nie dane nam zobaczyć ani jednego – oczywiście poza tym umieszczonym w logo parku. Nocne marki zwisają właśnie głowami w dół w ponad 630 tutejszych jaskiniach, które na czas zimy zostały zamknięte. Nie dane nam więc będzie zajrzeć m.in. do kryjówki króla Władysława Łokietka, który miał tu schronić się po ucieczce z Krakowa. Według legendy, życie uratował mu pająk, który pajęczyną zasłonił wejście do groty, myląc w ten sposób pościg czeskiej armii.

Zamiast tego oglądamy niezwykłą budowlę postawioną… na wodzie. Mowa o ojcowskiej kaplicy, której fundamenty oparte są o dno Prądnika. Skąd ta wymyślna konstrukcja? Otóż na terenie rosyjskiego zaboru car Mikołaj II zakazał budowania wszelkich budowli sakralnych. Pomysłowi ojcowianie postawili więc kaplicę nie na ziemi, a właśnie na wodzie. Dziś uroczy, drewniany budynek otwierany jest w niedziele, na czas nabożeństw. Warto zobaczyć go po zmroku – gdy oświetlona kaplica rzuca cień na znajdujące się za nią skały. Wtedy znów wydaje nam się, że gdzieś obok czai się operator z kamerą, a ktoś za chwilę przerwie scenę.

Następnego dnia jedziemy do Pieskowej Skały, by w tamtejszym zamku zjeść wystawne śniadanie. Znajdująca się na jego terenie restauracja pamięta jeszcze czasy PRL-u, co ma swój ogromny urok. Kelnerka krząta się po pustej sali. W kącie siedzi młoda para. Są już jakiś czas po ślubie – przyjechali tu na sesję zdjęciową.

Posileni, idziemy na spacer do Maczugi Herkulesa. 25-metrowa wapienna skała stoi na zboczu wzgórza zamkowego. Jest dokładnie taka, jaką zapamiętaliśmy ją ze szkolnych wycieczek. Dumna, pocztówkowa.

Ostatni przystanek – kościół i samotnia błogosławionej Salomei w Grodzisku. Zostawiamy samochód na parkingu i wdrapujemy się na zasypany czerwony szlak łączący Pieskową Skałę z Ojcowem. Tu czeka na nas niespodzianka – obelisk ze słoniem u podstawy. „Ciężar mój lekkim jest” – głosi wybita na nim łacińska maksyma. Powtarzamy ją sobie, schodząc stromym, śliskim zejściem do szosy.

Wrócimy tu latem – choćby po to, by zajrzeć do opuszczonych wówczas przez nietoperze jaskiń. Szkoda tylko, że wówczas groty pełne będą innych – dwunożnych – ssaków. Rocznie wpada ich tu bowiem ok. 400 tys.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze