fbpx

Bezdomność – tak trudno zrozumieć, a tak warto!

Bezdomność - tak trudno zrozumieć, a tak warto!
123RF.com

Jest ich trzech: filmowy Edi, amerykański Ted i polski Eugeniusz. Bezdomni. Wzbudzają emocje. Od sympatii i niemal uwielbienia po dezaprobatę i potępienie. W środku cała gama zachowań pośrednich. Na co naprawdę zasługują z naszej strony?

Jedyne, co ich łączy tak naprawdę, to ten specyficzny zapach stęchlizny, który unosi się nad nimi i wokół nich. Wcale nie alkohol, choć często wśród nich występuje. „My po prostu sięgamy do dna życia – mówi Eugeniusz, 72-letni bezdomny wędrowiec od trzydziestu kilku lat. – Tak ono pachnie, kiedy zedrzeć zeń wszystkie maski”.

Dlaczego znaleźli się bez dachu nad głową? To pytanie zadają sobie zwykli przechodnie i uczeni. Ale odpowiedzi, nim się je spróbuje skategoryzować, jest na początku tyle, ilu jest w Polsce bezdomnych. Tylko nikt nie wie ilu dokładnie. Podobno między 30 a 300 tysięcy.

Wolność Eugeniusza

Eugeniusz ma taką odpowiedź: – Miałem dobrą pracę, byłem z życia zadowolony, dobrze zarabiałem, miałem gdzie mieszkać. Ale coś mnie ciągnęło w Polskę. Coś, co po wielu latach nazwałem potrzebą wolności. Prawdziwej

wolności. Bez zobowiązań wobec kogokolwiek i czegokolwiek.

Ta wolność w wydaniu pana Eugeniusza to mały wózek na rowerowych obręczach (jego cały dom), gruby składany karton (łóżko) i brak stałego adresu zamieszkania. Wędruje w nocy, bez wyraźnego celu. Zbiera butelki i puszki po piwie, złom. Za kilkaset złotych – jak mówi – może wyżyć cały rok. Nigdy nie jest pijany ani naćpany. Zawsze trzeźwy. „Alkohol i narkotyki zamulają jasność widzenia – mówi – a jeszcze mogę tyle tego pięknego świata zobaczyć”. I w ten świat gna go żądza poznawania miejsc, bo nie ludzi.

Czy marzył kiedyś o normalnym domu, rodzinie? „A co to jest normalność? – odpowiada pytaniem na pytanie. – Ja jestem normalny, tylko wyłamuję się z pewnego stereotypu, chociaż większość ludzi, którzy mnie mijają – wiem to – widzi we mnie degenerata. Dlaczego? Może to oni powinni popatrzeć na siebie uważniej…”

Pana Eugeniusza dobrze znają policjanci w całym Świętokrzyskiem i są o nim jak najlepszego zdania. „Uczciwy, porządny człowiek – mówią – chociaż na pierwszy rzut oka, to prawda, taki trochę bliżej dna.”

Ted zwycięzca

Ted Wiliams to czarnoskóry bezdomny z Columbus w stanie Ohio. Czy łączy go cokolwiek z polskim Eugeniuszem? Chyba tylko to, że obaj wylądowali na ulicy. Tyle że Ted z zupełnie innych powodów niż Eugeniusz. Jemu po prostu sława uderzyła do głowy. Był w mieście znany przede wszystkim z radiowych występów, ze swego „złotego głosu” i marki świetnego przewodnika po mieście, czym zyskał sobie uznanie wielu sławnych osób odwiedzających Columbus. Miał szczęśliwą rodzinę. I zaczął… zdradzać żonę, brać narkotyki, pić na umór. Stracił pracę, żona wyrzuciła go z domu, zaczął kraść, bo nie mógł się wydobyć z uzależnień. Dostał się za kratki, wyszedł… I nagle otrzeźwiał. Zrozumiał: znalazł się na ulicach Columbus, bo nie zapanował nad swoją sławą i pozorną wolnością, którą mu ona dawała. On chciał wrócić tam, gdzie był. Tylko jak? Znalazł więc sporej wielkości tekturowy karton i wielkimi literami namazał na niej flamastrem: „Otrzymałem od Boga dar głosu. Jestem byłym spikerem radiowym, który wpadł w tarapaty. Będę dozgonnie wdzięczny za każdą pomoc. Dziękuję i niech Bóg Was błogosławi”.

I los wysłuchał tych słów. Spotkał na swej drodze dziennikarza miejscowej gazety, który go wyspowiadał, a potem zaproponował nakręcenie filmu o nim. Film umieścił na YouToube. W ciągu kilku dni obejrzało go ponad 4 miliony osób! Kariera Teda zaczęła się na nowo: telewizja, radio, filmy, nawet spikerowanie na zawodach drużyny koszykarskiej. Sam mówi o przemianie duchowej, jaka się w nim dokonała i dziękuje Bogu, że dał mu drugą szansę. „Teraz już wiem – mówi – że wolność to normalność w poukładanym własnym świecie, bez szkody dla innych. Różnym dla każdego z ludzi. Nie ma podobnych wolności. Każdy ma ją inną.”

Ludzie się wzruszają, kochają go, choć wcześniej w większości odwracali od niego wzrok z odrazą i potępieniem. Tak jak od Eugeniusza, który nie ma złotego głosu i na ten ludzki „niesmak” skazany jest na co dzień. A i wolność ma zupełnie inną.

 

Edi – nasze alibi

Edi nie istnieje. Jest bohaterem filmu o tym samym tytule. Jego styk z rzeczywistością to inspiracja codziennym życiem łódzkich złomiarzy i epizod w życiu Henryka Gołębiewskiego, który odtwarza tę rolę. Złomiarz Edi zbiera na śmietnikach książki (potem je czyta), opiekuje się 17-letnią dziewczyną na życzenie jej braci, potem zostaje oskarżony o gwałt i choć nie jest winny, bierze to na siebie. Twórcy filmu mówią, iż chcieli w ten sposób postawić w centrum naszej uwagi „problem czynu bezinteresownego, czynu dokonanego w najgłębszej pokorze, czynu o znamionach świętości w świecie pełnym brudu i biedy”.

– Ten Edi – mówi Henryk Gołębiewski – to takie alibi dla sumienia wielu z nas. Po takim filmie widz czuje się lepszy, bo współczuje, rozumie, rozgrzesza się z poprzednich złych myśli o podobnych ludziach jak Edi. Ale szybko o nich zapomina. Bo oni nie mieszczą się w stereotypie normalności. Tylko co to jest normalność?

Ba, to pytanie stawia sobie nie tylko Edi, Ted i Eugeniusz. To pytanie egzystencjalne od wieków. Najprościej mówiąc – za licznymi uczonymi książkami z dziedziny psychologii i socjologii – normalność to taka umiejętność życia, która nie jest ani autodestrukcyjna, ani nie szkodzi innym. Czy bezdomność mieści się w tej kategorii?

Słowa Profesorów

Prof. Kazimierz W. Frieske z Uniwersytetu Warszawskiego, który zajmuje się problemami bezdomności od dawna, zwraca uwagę na to, jak pochopnie klasyfikuje się ludzi bez dachu nad głową, posługując się powierzchownymi obserwacjami i nazywając ich narkomanami, alkoholikami czy degeneratami. To ułatwia „porządkowanie” świata według własnych wyobrażeń, ale niczego nie wyjaśnia, zwłaszcza gdy chodzi o ludzi zawodowo zajmujących się rozwiązywaniem problemów bezdomności. Bo bezdomność nie jedno ma imię i próby szukania stereotypów żadną miarą nie zwalniają „od nieustannego pamiętania o traumie ludzi, którym się nie wiedzie, ludzi, którzy dla tych czy innych powodów znaleźli się w sytuacji odstającej od konwencjonalnej normalności”. I profesor dodaje: „Bezdomność to termin ogólny, którym posługujemy się wtedy, gdy zawodzą inne próby opisania całej złożoności ludzkich losów, a też i wtedy, gdy bezradne okazują się instytucje służące utrzymywaniu ludzi w karbach konwencjonalnej normalności”.

Prof. Peter Rossi, amerykański badacz bezdomności, ujmuje to jeszcze dosadniej: „Dopóki społeczeństwa, najpierw elity intelektualne, a potem prości obywatele, nie nauczą się tolerancji wobec wszelkich inności i wszelkich mniejszości, nie szkodzących swym istnieniem nikomu, dopóty bezdomność będzie wkładana w jeden worek dewiacji i degeneracji. A bezdomność jest na szarych końcu do powszechnego uznania, tuż za gejami”.

W liście do tygodnika „Extra Powiśle”, który szeroko opisywał los Eugeniusza, czytelnik napisał: „Tak trudno zrozumieć, a tak warto!”

Właśnie…

14 kwietnia obchodzony jest w Polsce Dzień Ludzi Bezdomnych. Inicjatorem tego szczególnego „święta” był Marek Kotański – twórca stowarzyszenia Monar oraz Ruchu Wychodzenia z Bezdomności – Markot.