fbpx

Ogon komety

„Zwierciadło” zaproponowało mi pisanie bloga na swoim portalu. To taka niemoralna propozycja, można ją odrzucić, czy jednak wypada? Problem, że prawie wszyscy blogują, kto więc mnie usłyszy w tym zgiełku. Po co od razu być słyszanym? I czy pisząc tak wiele, mam jeszcze wolną krew, kości i mięso, by je rzucić wam na pożarcie?

A jednak zgodziłem się. Podobnie jak na swój jubileusz. Taki jubileusz kojarzy się z upupieniem starca, co genialnie opisał Boy, ośmieszając w swej fraszce jubileusze raz na zawsze. Nagle jednak zaczęło mi zależeć, by zrobić to z metafizycznym rozmachem. Chyba udało się, byli ludzie ze wszystkich pokoi i niepokoi mego życia, z dzieciństwa, z klasy, nawet z mojej celi w więzieniu. Mama przeczytała trzy takie ładne wiersze, jeden o moich narodzinach, ale kiedy ja czytałem swój wiersz o niej, krzyknęła w złości: „to ja ci dziękuję, synu…!”. Pytałem: „mamo, a na co ty się tak gniewasz?”. „Napisałeś, że jestem stara”.

Ania Nasiłowska, mówiąc o moich felietonach, tych jeszcze z paryskiej „Kultury”, zauważyła, że byłem w latach 80. pierwszym w Polsce blogerem. Że też coś tak oczywistego nigdy mi nie przyszło do głowy. Patrząc na znajomych zgromadzonych na sali, myślałem: wszystko, co pamiętam z przeszłości, to jak kosmiczny pył i garść frunących kamyków pamięci… Nasza pamięć kręci film życia, ale akcja się rwie. Są tylko sceny, czasami nawet z zapachem, kolorowe lub czarno-białe, z puentą lub bez. Kręcimy nieustannie taki film w naszej głowie, z czasem coraz więcej scen blednie, ale niektóre takie wyraźne nawet po latach, jakby kręcone wczoraj…

Rozmawiam o tym z Andrzejem Wajdą i Krystyną Zachwatowicz. Pytam Wajdę, czy pamięta fiordy na szwedzkim wybrzeżu, staliśmy w oknie, w którym burzyło się granatowe morze, rzucił wtedy: „co za ponurość, tylko popełnić samobójstwo”. Zamyśla się i mówi: „wiesz, nie nakręciłem tego w głowie, ale pamiętam tylko ten nastrój wisielczy…”. Wtedy Krystyna pyta mnie, czy nakręciłem scenkę w swoim gabinecie w Sztokholmie, byłem tam dyrektorem dopiero od kilku dni. Królestwo Instytutu Kultury właśnie opuścił mój poprzednik, oficer Służby Bezpieczeństwa. Na ścianach obrazy, które pewnie lubił, kiczowaty rysunek damskiego tyłeczka z różą. Zachwatowicz wykrzyknęła: „Jezus Maria!”, i załamała ręce. (Nikt tak pięknie jak ona nie załamuje rąk). Wszedłem od razu na krzesło i zdjąłem dzieło. To jej scena i jej kamyk.

Pamiętam dokładnie to samo. A to rzadkie, zwykle tę samą scenę pamiętamy trochę lub zupełnie inaczej. Nie ma więc jednego filmu, są wersje. Czy nie ma więc też jednej prawdy? A historia jest tylko prawdą z trudem uzgodnioną.

Znowu wracam na swój jubileusz. Kiedy patrzę na salę, z każdym z mych gości kojarzy mi się inny kamyk wspomnień. W pierwszym rzędzie Piotr Paszkowski, teraz szef gabinetu ministra Sikorskiego… Rok ’68, śpimy w nędznej izbie drewnianej chałupy gdzieś pod Karwią. Nagle wkracza gospodarz, zakłopotany, ale twardo mówi, że ma innych gości, wynocha! Opiera się o stół tak, by mu się napiął muskuł. Po latach jego twarzy nie pamiętam, mięsień tak. Obok Zosia Nowak, żona już od dawna nieżyjącego Tadeusza Nowaka, świetnego poety. Mrok stanu wojennego, a my w blasku światła pijemy wódkę, trąca się ze mną kieliszkiem żona Pawła Jasienicy. Teraz już wiem, że agentka SB, kryptonim „Ewa”.

Rząd dalej Adam Sandauer, Agnieszka i Monika, moi przyjaciele z dzieciństwa… Siedzę oto z Adamem pod łóżkiem, ciemno, dziewczynki tańczą tylko w majteczkach, umieram z ciekawości, więc wznoszę się na wyżyny dyplomacji: „zapalcie światło, nie ma się czego wstydzić, to tylko skóra”. I tak mógłbym gromadzić te kamyki przez całą noc.

Czy kiedy odfruwamy z tego świata, jak za głową komety ciągniemy za sobą warkocz płonących kamyków wspomnień?

Czytaj więcej na na blogu Tomasz Jatruna