fbpx

Tomasz Jastrun: Dzikie wino

Tomasz Jastrun: Dzikie wino
123rf.com

„Tomek! Co ty robisz?! Jak ty się zachowujesz!?”.
Dom zarósł dzikim winem. Dzieci zasypiają w samochodzie, a niesione potem do łóżek leją się przez ręce. W pokojach kwiaty nie mają już siły, by prosić o wodę. Jestem tak zmęczony rodzinnymi wakacjami, że marzę, by mieć teraz dwa tygodnie urlopu. Skoro tak ciężko wytrzymać
z trzema „potworami” – moją żonę też tu liczę – w naszym obszernym domu, to proszę sobie wyobrazić, jak ciężko w małym hotelowym pokoju, nawet luksusowym.

Wita nas gęsty zapach naszej nieobecności. Na razie same dobre wiadomości: nic nie przeciekło, nie było włamania. Patrzę świeżym okiem na pokoje, obrazy na ścianach znowu odzyskały mowę. Idę spać o trzeciej w nocy. Po chwili budzi mnie żona. Nasza studnia z pompą hałasuje, jakby wstąpił w nią demon. Półprzytomny idę do ogrodu, nagie stopy mówią, jak wysoka jest już sierść trawy i mokra od rosy. Podnoszę ciężką pokrywę, by gramolić się z trudem do studni – chyba jednak nieźle zardzewiałem przez te lata. Na dnie sporo wody, pompa i zbiornik drżą i rzężą. Oczywiście, nie mam pojęcia, o co chodzi. Coś włączam, wyłączam i nagle taki spokój. Wspinam się, widzę stopy ogrodu. Już świta. I nagła myśl: co ja tu robię na trzeciej planecie od Słońca, senny, półnagi, bezradny. Mam 61 lat, dwójkę małych dzieci, które śpią zanurzone w snach. Czasami trzeba wejść do nory, aby zobaczyć gwiazdy albo doznać metafizycznego zdumienia własnym istnieniem.

Wcześniej z malutkiej wsi kaszubskiej jednym skokiem – z przerwą na kolację – do Warszawy. Większość dramatów dzieje się właśnie w przerwach. Elegancka restauracja, próbuję nie jeść, to kolejne postanowienie, by zrzucić kilka kilo. Zamawiam tylko barszcz. Gdy kelnerka pyta: „z pasztecikiem?” – odmawiam ze stanowczością człowieka, który ma misję do wypełnienia. Niestety, przybywa spaghetti carbonara dla Antosia, które uwielbiam, porcja gigantyczna, jak nie pomogę, to się zmarnuje…

Cytryna kołysze się w herbacie, a dzieci baraszkują. I nachodzi mnie nagle poczucie wielkiego szczęścia, o które łatwiej w podróży niż gdzie indziej. W podróży nasze życie zdaje się wolne od trosk codziennych, gdyż jest jakby w zawieszeniu. Próbuję zapisać to uczucie w notatniku, taka chwila ulotna, więc chwytać ją trzeba szybko, ale nie za mocno, pęka wtedy jak bańka. Antoś z Franiem wleźli pod stół. Franio nagle wstaje.

I buch, uderza się w główkę. Płacze. Jest wybitnym specjalistą w zderzaniu się głową z twardą rzeczywistością. Dwa razy lądował już w szpitalu z pęknięciem czaszki (okropnie to brzmi, prawda?). Ewa krzyczy na Antosia, potem na mnie – minęły tygodnie, a nadal spieramy się, już bez nadziei ustalenia prawdziwego przebiegu wydarzeń pod stołem i poza stołem. Jak zwykle patrząc na to samo, widzieliśmy coś zupełnie innego. Zbliża się czas, gdy nie tylko politycy, ale też małżeństwa będą wszystko nagrywać i filmować, a sąd rodzinny będzie rozstrzygał.

Jest zgoda między nami dopiero co do sceny, kiedy Ewa z płaczącym Franiem na ręku daje Antosiowi klapsa. A ten jej oddaje. Jeśli było szczęście, to już jest nieszczęście. Proszę – szczęście za pomocą takiego malutkiego „nie” zmienia się w sekundę w swe przeciwieństwo, a cały nasz byt w niebyt. A co do klapsa, to jestem wrogiem bicia dzieci, nawet w tej formie, ale tydzień temu sam dałem Antosiowi soczystego. Słowa nie działały. A wtedy krzyknął: „Tomek! Co ty robisz?! Jak ty się zachowujesz!?”.

Co to będzie? Instytucja małżeństwa się sypie, rodzicielstwo też. Kiedyś kobieta była przykuta do związku łańcuchem, a facet fruwał sobie wokół. Teraz obie strony fruwają. A dzieci nie wiedzieć kiedy i jak stały się naszymi kumplami i są obywatelami demokratycznego świata. Właśnie zgasiłem Antosiowi telewizor, by już nie narkotyzował się filmami. Wzburzony woła: „ja też mam swoje prawa!”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>